środa, 27 kwietnia 2011

tak daleko choć tak blisko...

Zanotowałam dziś rano ciekawostkę geodezyjną. Wszystko co było blisko z tygodnia na tydzień niepostrzeżenie się oddala ;) Na razie nie tyle dystans mi się zwiększa, co czas niepokojąco wydłuża… Wyszłam do pracy jak zwykle, licząc 45 minut na przejście tych 3 km dynamicznym spacerkiem. W trzech czwartych trasy bezmyślnie zerknęłam na zegarek, raczej kontrolnie… i okazało się, że gdzieś po drodze zgubiłam pół godziny!?! Z tygodnia na tydzień wędruję do pracy coraz wolniej – i nawet tego nie zauważam. Niedługo będę musiała wstawać o piątej żeby dotrzeć do pracy na ósmą hehe… albo poprosić o dyspensę czasową na coraz wolniejsze dotaczanie się do miejsc docelowych –taki akademicki „prawie kwadrans” :-D

piątek, 22 kwietnia 2011

bujania w obłokach skutki ;)

Od samego początku Małż mój najukochańszy powtarzał, że ma ze mną w ciąży wyjątkowo lekko, bo ani żadne nieprzyjemne objawy mi nie towarzyszyły ani – jak on sam twierdzi – nie miewam humorów, zmiennych nastrojów i generalnie jestem nastawiona wyjątkowo optymistycznie :)
Tak twierdził do ubiegłego miesiąca… okazało się bowiem, że głównym objawem drugiej połowy mojego błogosławionego stanu jest nie dające się ogarnąć rozkojarzenie. I to się niestety nasila ;) W ciągu miesiąca stałam się mistrzem w tej technice. Zaczęło się niewinnie, od zapominania kluczy, komórki i pomyłek przy liczeniu punktów w scrabble. Ale wczoraj chyba przeszłam samą siebie :-D Po południu dostałam mężowski „prikaz” odstawienia auta do mechanika na naprawy przeróżne połączone z wymianą opon. Nic mi pamiętać nie kazał poza swoim numerem telefonu który mam rzeczonemu mechanikowi podać w celu wszelkich szczegółowych ustaleń. No i pojechałam. Stawiam autko, wchodzę do biura, grzecznie informuję, że mąż się z panem umawiał i tak dalej. Pan przygląda mi się z dużą sympatią mówi, że wszystko wie, rozumie i oczywiście zrobi, a opony na pewno w bagażniku to on już sobie poradzi… aaa…. Yyy… no tak, opony. No więc opon, jakby, zapomniałam! Taaak… mechanik kiwał głowa z wyrozumiałością a ja gimnastykowałam się, jakby mu to dostarczyć opony bez samochodu :) Jakby tego było mało, dziś rano wybrałam się do pracy i na parkingu kilka minut gapiłam się na stojące auta zastanawiając się, gdzie do diabła postawiłam wczoraj naszą granatową strzałę. Zanim dotarło do mnie, że sama wczoraj odstawiłam ją do warsztatu, zdążyłam nawrzucać sobie od sklerotyczek… a później oczywiście czekał mnie dłuższy spacerek, no i do pracy dotarłam z półgodzinnym opóźnieniem :))))))))

czwartek, 21 kwietnia 2011

Streching

Wczoraj spotkała mnie kolejna z magicznych nowości. Leżymy sobie z Pchełką wieczorkiem, wypoczywamy i nagle… czuję jak pod dłonią mój brzuch rozciąga się i wybrzusza. Na brzuchu utworzył się gulek, rozciągał się, rozciągał… a później ręka zaczęła opadać :) Schował się jak wielorybek w oceanie. Cudowne i niesamowite uczucie - nasza mała akrobatka :D



Suwaczek z babyboom.pl

środa, 20 kwietnia 2011

Jeszcze tylko setka :)

Miałyśmy z Pchełką studniówkę dwa dni temu. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze tylko ta setka przed nami… Z tej okazji gin zaprosił nas na „połówkowe” USG. Trochę późno, ale ostatnio przy badaniu stwierdził, że maleństwo jest nieduże i żeby ją dokładnie wymierzyć potrzeba jeszcze kilku tygodni. Dlatego dopiero teraz. Z lekką obawą przyglądałam się jego poczynaniom, zwłaszcza kiedy zdarzało mu się zamilknąć na dłuższą chwilę… zaraz domagałam się tłumaczenia, czego szuka i jak to ma wyglądać – po czym szukałam razem z nim ;) Trochę stresu mnie to kosztowało, na szczęście jednak okazało się, że Pchełka ma wszystko na swoim miejscu i kompletne. Rozczuliło mnie liczenie paluszków u rąk i stópek – już teraz są takie śliczne że nic tylko całować i tulić :)))) Oczywiście w trakcie badania nasza dziewczynka nie chciała współpracować, co wywołało liczne komentarze ze strony podglądacza. Ale broniłam jej jak lwica – nie musi w końcu poddawać się sugestiom obcego bądź co bądź faceta ;) Już teraz mam w sobie potrzebę chronienia i reprezentowania jej potrzeb. Co to będzie dalej??? Oczywiście wizyta nie obyła się bez drobnego zgrzytu. Okazało się bowiem, że Pchełka rozmiarowo plasuje się na granicy dolnej średniej, co nie zadowoliło lekarza. Dostało mi się za to, że jem za mało bo jakoby boję się utyć a w ciąży trzeba przecież tyć i tak dalej… przypomniałam więc panu doktorowi, że nie dalej jak miesiąc temu sam wysłał mnie do diabetologa i na dietę cukrzycową twierdząc, że nawet przy tych lekko podwyższonych poziomach cukrów dziecko na pewno będzie makrosomikiem i nie powinnam tyle jeść. Więc ma tego skutki – nie lubię jak ludzie traktują mnie jak idiotkę tylko dlatego że nie jestem specjalistką w ich dziedzinie. A dieta jest do przeżycia, dobrze się na niej czuję i wcale nie jest tak że nie jadam. Jadam normalnie, tylko trochę inne rzeczy… i nie bez momentów słabości do tych „złych”. W końcu doszliśmy do konsensusu – to znaczy lekarz zgodził się, że mała nie musi być duża, wystarczy, że przybiera na wadze, rośnie w normalnym tempie i mieści się w „swojej grupie wiekowej”. Wracałam do domu uspokojona i miałam godzinkę na wchłanianie uroków wiosny, która zdaje się w końcu przyszła na dobre…

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

czysta magia

Uwielbiam być kopana przez moją Pchełkę, tak znienacka :) Wtedy naprawdę czuję, jakbym posiadła jedną z tych magicznych tajemnic życia dostępnych tylko wybranym… zawieszam się w tym poczuciu wyjątkowości z cokolwiek nieobecnym (może głupawym) uśmiechem na twarzy, bo ja JUŻ WIEM :))))))

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

zen

Jak tak pada i pada, to rodzi się we mnie nastrój cokolwiek filozoficzny. Cierpi na tym trochę praca, bo poza absolutnie koniecznymi kwestiami nie wykazuję się specjalnie kreatywnością ;) Myśli same uciekają i błądzą gdzieś, nie wiadomo gdzie… czasem zupełnie bez celu. Coraz częściej zastanawiam się, co też porabia moja Fasola tam, w środku. Trochę mi smutno, że siedzi tam sama i nie wiem nawet, czy moje pocieszające słowa i głaskania przenikają do jej małej główki i serduszka. Myślę sobie jak będzie wyglądać i jak będzie wyglądać nasze życie we trójkę… tak bardzo chcieliśmy dziecka, że nasze myślenie obracało się głównie wokół tego „chcenia”. Później przyszła radość i szczęście tak wielkie, że prawie nie do opisania. Potem strach i obawa, czy wszystko będzie dobrze. Poczucie odpowiedzialności za nowe życie przychodzi znacznie później i z każdym miesiącem przybiera na sile. Nie jestem jeszcze na tyle blisko rozwiązania żeby martwić się o przebieg porodu, za to świetnie sprawdza się martwienie tym, co będzie potem. Czy damy sobie radę? Czy nie damy się pożreć rodzinnym podpowiadaczom i wujkom-ciociom „dobra rada”? Czy będę dobrą matką, albo czy będę złą jeśli zechcę wrócić do pracy? Jakim Małż będzie ojcem? Jakim Fasola będzie dzieckiem? Czy poradzimy sobie finansowo? Jak wyrobimy się czasowo… setki, tysiące pytań, a każda odpowiedź rodzi następne. Hmmm… może nie najlepiej to ujęłam – nie jest tak, że się zamartwiam. Bardziej zastanawiam, rozważam, planuję. Okazuje się, że mam podświadomą obsesję planowania. Spisywania. Tworzenia list. Odkreślania i zakreślania – niesamowite, do tej pory zupełnie się to nie objawiało :) Owszem, żyje z kalendarzem w ręku, ale jak człowiek pracuje na dwóch etatach, musi między nie wciskać ginekologa, endokrynologa, diabetologa i różnych innych „ogów” a dodatkowo jeszcze chce znaleźć czas na własne zainteresowania i pasje, to kalendarz jest jak trzecia ręka… albo druga głowa ;))) Ale nie tworzyłam nigdy tak zaawansowanych planów. Małża to bawi, mnie złości, bo jak już stworzę plan to chciałabym jego realizacji JUŻ – a tu nic! Wygląda na to, że jednak nic się nie da przyspieszyć i muszę wrócić do podejścia rodem „bardziej zen”…

konkurs!

Biorę i ja udział w konkursie na blog miesiąca :) Zapraszam do zaglądania na http://www.blog.przedporodem.pl/

środa, 6 kwietnia 2011

Witamy tatę w gronie wtajemniczonych ;)

Przyszedł czas i na Małża, co bardzo mnie cieszy, bo do tej pory ruchy naszej pchełki były dla niego czysto wirtualne. A w sobotę mała pokazała co potrafi i faktycznie, pierwszy raz kopnęła mnie tak, że brzuch mi się zatrząsł cały. Szczęśliwie akurat w czasie, kiedy Małż próbował coś z jego wnętrza wydobyć ;) Radość ogromna i zaskoczenie na Jego twarzy - bezcenne. Lubi Pchełka tatusia :)))

wtorek, 5 kwietnia 2011

szósty miesiąc czas zacząć ;)

Cóż, męczące jest to pilnowanie cukru. Dieta zdrowa, ale w momencie nadejścia zachcianki też męcząca ;) Zabawne, że największe zachcianki nachodzą mnie od kiedy wiem, że mam dietkę… przemożna siła autosugestii. Natychmiast wydaje mi się, że akurat tego chcę, czego nie mogę. Ale staram się – przez ostatnie 5 dni wszystkie wartości trzymają się ściśle w normach. Dopiero dzisiejszy nocny pomiar (o 3 w nocy… kto to wymyślił?!?) wyskoczył o dwie jednostki. Podobno powinnam zmieścić się w 100, wyszło 102. Ale to też chyba nie dramat. Ciekawi mnie, co będzie jak te cukry będą dalej w normie – pozwolą mi przestać się dziabać po palcach, czy to już tak do końca? I jak to dalej będzie wyglądać – krzywa cukrowa do powtórzenia? Co z porodem? Czy sam fakt pozostawania pod opieką diabetologa, nawet jeśli z glukozą wszystko ok. coś zmienia w podejściu do ciężarnej i porodu?

W weekend „nadejszła wijekopomna chwila” i nawiedziła nas szeroko pojęta rodzinka – wydawałam obiad prawie świąteczny. W sobotę udało nam się załatwić wiosenne porządki… ja komenderowałam ;-D W niedzielę gości powitały czyściutkie okna i pachnące firanki. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że tak bardzo zmęczy mnie ta impreza. Kiedy już zostaliśmy sami i wszystko udało się w miarę wrócić do codziennego porządku, myślałam że nogi mi odpadną. Do porodu koniec z wyprawianiem czegokolwiek na większą skalę – zaczynam odpoczywać…

Zaopatrzyłam się ostatnio w trampki na rzepy. Okazało się bowiem, że jakimś cudem stopy robią mi się nie tyle dłuższe co szersze. Na lekkie sandałki jeszcze stanowczo za zimno, trzeba więc było wymyślić coś pośredniego. A że perspektywicznie mogę mieć problem ze sznurówkami, padło na rzepy. Udało mi się po kilku dniach poszukiwań :) Zostały mi jeszcze balerinki, ale jak pod koniec dnia nogi puchną to wyłażą z nich jak ciasto. Zna ktoś sposób na spuchnięte nogi, który można przeprowadzić w warunkach służbowych i który nie wymaga moczenia, smarowania? Lekarz powtarza, że na problemy z opuchlizną najlepiej pomoże codzienne długie chodzenie. I ja co dzień rano powtarzam sobie, że tym razem to już na pewno wiosna i chcę biec do pracy piechotą… a potem prognozy (czemu właśnie te złe zwykle się sprawdzają?!?) anonsują zimno i deszcze. Dziś jest pięknie, chciałoby się łazić po tym wiosennym powietrzu bez końca – założę się, że do wyjścia z pracy lunie jak z cebra ;)))