poniedziałek, 30 maja 2011

dylematy w ekspresie do...

Maj się kończy… od pewnego czasu zadziwia mnie, jak wielkimi krokami codzienność pędzi naprzód. Czasem czuję się jak w rozpędzonym pociągu, tylko włos mi powiewa przy przemierzaniu kolejnych tygodni… Pani w szkole rodzenia namawiała nas ostatnio do całkowitego zwolnienia tempa, żeby móc nacieszyć się ciążą. Ja się nią cieszę codziennie :) Słońce świeci przepięknie od samego rana, mam czas na odświeżający spacer do pracy, w ciągu dnia zawsze coś ciekawego do zrobienia, potem spacerek powrotny – zależnie od dnia do domu, szkoły rodzenia, do rodziców… w domu nogi do góry i Małż podaje herbatkę. Trochę gibania na piłce, trochę pływania, trochę dyskusji o wszystkim i niczym. Odrobina planów i marzeń, szczypta codziennych obowiązków (z których coraz częściej mój ukochany mnie zwalnia :P). Pchełka ma dni sportowe i dni relaksacyjne, ale zgrywamy się całkiem nieźle – rzadko jej aktywność mi dokucza. Żyć nie umierać… fajnie być w ciąży :D
Po naszym pierwszym Dniu Matki wielkimi krokami zbliża się pierwszy Dzień Dziecka. Zaczęłam się intensywnie zastanawiać, jaki prezent sprawić naszej Pchełce na jej pierwsze (choć mało namacalne) święto… od kilku dni intensywnie studiuję opisy chust do noszenia maluszków. Szukam wszystkich „za” i ewentualnych „przeciw” kangurzenia :) Na razie wygląda na to, że bonusy przeważają możliwe minusy i chyba zdecyduję się na kupno. Zastanawia mnie jednakowoż, czy Małż zapała do chusty oczekiwaną atencją i będzie chciał nosić swoją pierworodną na piersi. I jeśli już chusta to jaka? Jak bardzo powinna być długa i szeroka, żeby wygodnie ją było zamotać i żeby Pchełce w niej było bezpiecznie? Nie wiem też, czy wybierać chustę tkaną czy elastyczną, i czy warto w jakikolwiek sposób kierować się nazwą producenta lub ceną? Widełki są niesamowicie szerokie. Sama idea „chustonoszenia” bardzo mi odpowiada :D Malec jest blisko „nosiciela”, cały czas przytulony i bezpieczny. Wydaje się, że to najlepszy sposób na spacerowanie, zwłaszcza po miejscach, które ciężko osiągnąć wózkiem. Albo wtedy, gdy targanie ze sobą wózka jest ostatnią rzeczą na którą umęczeni rodzice mają ochotę… ciekawa jestem Waszych doświadczeń i ewentualnych wskazań chustowych – łatwiej mi będzie wybrać :)

czwartek, 26 maja 2011

ja - mama...

Niesamowite... mój pierwszy Dzień Matki :) Nie widziałam siebie jako mamy przez pierwszą połowę ciąży. Dopiero od nieśmiałych ruchów Pchełki zaczęła się moja własna świadomość. Teraz, mimo że jeszcze jej nie ma na świecie czuję się pełnoprawną matką :)))
Wszystkim mamom - tym szczęśliwie posiadającym i tym wciąż oczekującym życzę wszystkiego najlepszego z okazji NASZEGO święta!

wtorek, 24 maja 2011

Cukier to ZŁO...

Walczę i walczę, ale nie zawsze udaje mi się zapanować nad tym, co pokazuje bezlitosny glukometr… diety zasadniczo się trzymam (niewielkie odstępstwa owocowo-sokowe… i jedna pizza), spaceruję, jem często i o określonych porach – a mimo to poziom cukru na czczo przekracza 90mg/Dl. Niby nie dużo: 2, 3, 4 jednostki. Ale dziś rano już na przykład 9. I nie widzę poprawy po wieczornych dawkach insuliny. Cały czas to samo. Zadziwia mnie mój własny metabolizm. Dzisiejszy pomiar nocny (3 nad ranem!?!) wykazał poziom 92 jednostek, a tuż po podniesieniu z łóżka – 99. Wychodzi na to, że sama siebie trawię… nie byłoby to złe, zważywszy na ilość dodatkowych kilogramów nabytych podczas hodowania Pchełki, ale obawiam się, że ani to tak prosto nie działa, ani nie jest korzyścią dla nas obu :( Później przez cały dzień, niezależnie od tego co zjem, poziom cukru trzyma się absolutnie w granicach normy, ale rano… Postanowiłam się tym faktem nie dręczyć, chociaż każda wizyta u diabetologa to stres i nagły wzrost ciśnienia…

piątek, 20 maja 2011

Łoj!

Wczoraj chyba się dowiedziałam, co to znaczy rwa kulszowa… o matko! Na szczęście Pchełka łaskawie „przekulała” się w inną pozycję dość szybko, w przeciwnym razie ten post miałby zupełnie inny wydźwięk ;))) Wszystkie pojawiające się znienacka i ustępujące nie wiedzieć od czego dolegliwości utwierdzają mnie w przekonaniu, że to co się we mnie dzieje faktycznie jest czymś trudnym do ogarnięcia… cudem :D
Z niespodzianek: odkryłam, że codziennie mam większy brzuch :) do tej pory jego przyrost mierzyłam w skali miesięcy. Od początku maja już raczej w tygodniach, ale teraz rano jak wstaję mam wrażenie, że z dnia na dzień rosnę. Ciekawe ile jeszcze… Pchełka waży ok. 1100 gram (wersja Gina… według mojej czasem z 10 kg), a zostały jeszcze dwa miesiące, czyli szczyt fazy progresywnej. Cały czas trwają też debaty imienne… przekorny los podarował nam w prezencie córeczkę, choć to imiona dla chłopca mieliśmy od dawna ustalone ;) Udało nam się zawęzić listę do trzech propozycji, ale dalej ani rusz…

czwartek, 12 maja 2011

Między ciszą a ciszą

Lubię te krótkie okresy, kiedy naprawdę niewiele się dzieje… żadnych przewrotów, niespodzianek, nowych zmartwień :) Pogoda jest piękna, więc sporo z Pchełką spacerujemy – rano do pracy, później z powrotem i jeszcze mała przebieżka przed snem. To takie momenty kiedy w brzuchu panuje absolutny spokój. Mała nie kopie, nie rozpycha się… śpi albo marzy jak ja :D Podobnie jest co tydzień na basenie. Po zanurzeniu się w wodzie moja buntowniczka natychmiast zamiera ;) Potem fika ze zdwojoną siłą i sama nie wiem – z radości, czy tęsknoty za miłym stanem nieważkości i chlupotania. Mnie też basen sprawia coraz więcej przyjemności. Brzuch rośnie, krzyż zaczyna mi dokuczać i łydki się kurczą a kiedy wchodzę do wody znowu jestem o parę dobrych kilo lżejsza i wszystkie ciężary z dolnych partii ciała uchodzą… do tego stopnia że wygrzebując się z basenu po drabince za każdym razem czuję się trochę zaskoczona, że tak mi ciężko ;))) Ostatnia wizyta u Gina potwierdziła 29 tygodni na liczniku i ponad kilogram masy Pchełki – podtuczyłam ją trochę mimo cukrzycowej diety i w końcu opuściłyśmy dręczącą mnie „granicę niedożywienia” na której balansowałyśmy do tej pory. I wszystko przebiega wzorcowo – nie mam powodów do zmartwień ani zbędnego zastanawiania się. Do cotygodniowych „przeżyć” cukrowych zdążyłam przywyknąć i jakoś przestały spędzać mi sen z powiek. Oczywiście, jak rasowa kobieta z braku poważniejszych znalazłam sobie bardziej błahe problemy… zastanawiam się nad szkołą rodzenia. Czy warto? Gin twierdzi, że szkoły rodzenia odbierają porodowi naturalność i rodząca zamiast wsłuchiwać się w swoje ciało na siłę stara się wcielać rady wyniesione ze szkoły. Więc jego zdaniem lepiej po prostu wynająć do porodu położną. Ale już wśród dziewczyn, które urodziły opinie na ten temat są podzielone. Połowa mówi, że absolutnie tak a drugie tyle, że w ogóle nie warto. Więc jeśli tak, to kiedy zacząć? Jaką szkołę wybrać? W szpitalu, w którym planuję urodzić szkoły rodzenia nie ma. Pozostałe oferują przeróżne czasy trwania i intensywność zajęć. Czasem wydaje mi się, że takie zajęcia mogą dać więcej korzyści Małżowi niż mnie – dla niego przecież całe to doświadczenie jest znacznie bardziej wirtualne. Jest o czym myśleć… a co Wy sądzicie? Skorzystałyście ze szkoły rodzenia, czy zastąpiłyście ją czymś innym?



Suwaczek z babyboom.pl