sobota, 18 czerwca 2011

urlopie - nadchodzę ;)))

Opuszczam chwilowo swoją poczekalnię i Was dziewczyny... nie ukrywam, że z pewnym żalem. Wybywamy z Małżem na tydzień do lasu odpocząć, więc o necie nie ma mowy ;) Do zobaczenia wkrótce!!!

środa, 15 czerwca 2011

bez przewrotu :(

Wczorajsze badanie USG ujawniło niestety miednicową pozycję Pchełki.
W związku z nieuchronnym zbliżaniem się końca ciąży gin kazał mi się mentalnie szykować na cesarkę :(  Mała na dzień dzisiejszy waży 1900g i zmniejszają się szanse na spontatniczny obrót główką do dołu. Nie wiem sama jaka jest szansa, że w tych ostatnich tygodniach ułoży się jeszcze jak należy - na razie lewituje półskosem, dupką prościutko ku dołowi. No cóż, nie można miec wszystkiego...

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Jaka pani dzielna :)

Trochę schłodziło się na zewnątrz, za co jestem losowi bardzo wdzięczna, bo może nie tyle upały, co ta straszna duchota i brak powietrza które można by nabrać w płuca, zaczęły mi się dawać we znaki. Poza tym lubię burze :) Takie buntownicze, gniewne epizody pogodowe zawsze wprowadzają mnie w refleksyjny nastrój. Oczywiście po kilku dniach będę marzyć o powrocie słonecznych dni, ale kto powiedział, że w tym stanie muszę być konsekwentna?  Z żalem stwierdziłam, że oprócz tego, że stojąc przestaję widzieć własne stopy, mam też coraz większe kłopoty z zadarciem nóg na większe wysokości. Znacznie mnie to ogranicza pielęgnacyjnie, postanowiłam więc zrobić sobie małą przyjemność i wybrałam się na pedicure. Obietnica lakiero-żelu, który utrzyma się na paznokciach  „co najmniej miesiąc”, czyli teoretycznie do porodu mnie skusiła :). Tym bardziej, że w sobotę czekało nas wesele… Kupno weselnej sukni na 34-tygodniowe brzuszysko nie jest sprawą ani łatwą, ani specjalnie przyjemną zważywszy na panującą dotychczas aurę. Przymierzanie to koszmar, wszystko się lepiło… i koniec końców zamówiłam kieckę przez allegro :). Wyszło nieźle – nie mogę powiedzieć, że się wyszalałam, bo do królowej parkietu w obecnym stanie jest mi daleko. Ale Małż mój ukochany regularnie wyprowadzał mnie na parkiet, więc trochę potańczyłam. Obtańcowałam nawet dziadka :D. Urwaliśmy się z imprezy tuż po północy jak Kopciuszki i rano, kiedy cały hotel pogrążony był jeszcze w poimprezowym śnie, my śmigaliśmy wzdłuż hotelowego basenu. Całokształt uważam za bardzo udany – po pierwsze udało mi się spotkać z dawno niewidzianą rodziną… to ważne, zwłaszcza w perspektywie czekających mnie początków macierzyństwa ;). Poza tym pogoda była dla mnie łaskawa. Nie było gorąco, nie padało więc nie puchłam i nie męczyłam się nadmiernie… miodzio! Czułam się naprawdę świetnie, mimo wydatnego brzuszka. Trzeba jednak przyznać, że babska solidarność przyjmuje w takich momentach dość dziwne oblicza - zamiast radości, że udało mi się dotrzeć i w tym szczęśliwym dniu można się jeszcze ze mną pobawic zamiast koło mnie skakać chuchając i dmuchając, przez pół wesela słyszałam wokół różne "ojej", "ach", "współczuję", "podziwiam", "ale pani dzielna"... nie czułam się ani nadmiernie obciążona, ani pokrzywdzona ciężarem - czułam się, wbrew wszystkim, szczęśliwa, lekka i radosna :D. Wróciłam zmęczona ale zadowolona...
Dzisiaj ostatnie zajęcia w Szkole Rodzenia – czuję się pewniej, ale czy już się nauczyłam jak urodzić i jeszcze po wszystkim się cieszyć? Tego nie wiem – sprawdzimy w praniu…

wtorek, 7 czerwca 2011

Hot & Milky

Wczorajsze zajęcia w szkole rodzenia poświęcone były laktacji i karmieniu piersią. Miałam pewne zastrzeżenia do niektórych teorii – do umysłu nie wszystko przenika drogą prostej osmozy :) Jak słuchałam, że na pękające i krwawiące brodawki najlepiej posmarować się własnym mlekiem i zostawić do wyschnięcia to coś w mózgu zastukało mi niepokojąco. Ale większość informacji i ćwiczeń była pomocna, więc puściłam w niepamięć drobne nieścisłości.  Oczywiście podstawowa mantra przyszłej matki: karmić, karmić, karmić… jak boli karmić, jak pęka karmić, jak puchnie – też karmić. Nie mam nic przeciwko takiemu uporowi, sama chciałabym karmić piersią od samego początku i szczęśliwie jak najdłużej. Myślałam jednak, że kwestia krwawiących brodawek uniemożliwia karmienie przynajmniej do wygojenia, tymczasem pani położna z uporem maniaka powtarza, żeby nie wiem co nie przerywać karmienia. No nie wiem. Wizja Pchełki przyssanej do cyca i spływającej mleczno-krwistą mieszaniną jak jakiś Conan Barbarzyńca… brrr! Ja wiem, że przez łożysko uwspólniamy sobie z potomstwem różne rzeczy, ale to jeszcze nie powód żeby z Bogu ducha winnego robalka robić wampira :))) Więc tę kwestię muszę głębiej przemyśleć.  Pojawiła się też kwestia wyboru laktatora. Przyznam, wiedziałam, że czeka mnie ten zakup, ale jakoś nie miałam przekonania do konkretnej firmy czy modelu – może zwyczajnie za mało o tym wiedziałam/chciałam się dowiedzieć. Oglądanie wysoce specjalistycznych laktatorów elektrycznych nieodparcie przywodziło mi na myśl dojarkę ;) Nie jestem w stanie ubrać w odpowiednie słowa szaleństw mojej wyobraźni na temat własnego cyca przyklejonego do takiej „dojarki”, więc nawet nie będę próbować. W konsekwencji nawału myśli zdecydowałam, że laktator będzie jednak ręczny. Czyli jestem w połowie drogi… i pomyśleć, że niedługo będę klasyczną „krainą mlekiem płynącą” – mam nadzieję :D.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Zmora czereśniowej słodyczy i inne codzienne zmorki

Czereśnie to ZŁO. Lody to ZŁO. Truskawkowy koktajl, albo zimny arbuz… ZŁO. Za to niesamowicie przyjemne, więc z okazji ostatniego w tym roku ciężko pracującego weekendu postanowiłam ulżyć sobie trochę i zafundować kilka zakazanych przyjemności ;). Nawet za bardzo nie drżę na myśl o czwartkowych komentarzach pani diabetolog… w końcu to nie ja się domagam tylko moja Pchła brzuszkowa potrzebuje energii do nowych skoków i wygibasów ;))).  Za to po weekendzie czas na powrót do żywieniowego reżimu – mimo upałów i zniewalającego słońca. Wodę pochłaniam litrami a każdy ciuch lepi się do ciała... ale na zewnątrz tak pięknie! W pracy na szczęście mam chłodno, więc nie piekę się od rana do wieczora. Chociaż po całym dniu słońca jestem zmęczona jak po fizycznej pracy… Zabawne – każdego dnia zatrzymuje się w zadziwieniu nad tym, jak codzienność może być jednocześnie tak niezwykła i magiczna oraz tak niesamowicie męcząca. Fenomen.
Powoli kompletujemy wyprawkę. Pierwsza Pchełkowa bryka stoi sobie i czeka. Tak wygląda:

Mamy już łóżeczko, materacyk i pościel. Mebel jeszcze nie złożony, ale ważne, że jest. Został nam jeszcze przewijak i wanienka… może pod koniec czerwca :). W ostatnich dniach zaopatrzyliśmy się w dwa kocyki (cieńszy bawełniany i grubszy polarowy) i podobnie jak clatite intensywnie myślę nad rożkiem. Przyszła babcia doposaża nas regularnie, mamy więc także różnej gramatury śpiworki i właściwie pełny zestaw ciuszków. Stopniowo i powoli zbliżamy się do końca. Już nie mogę się doczekać, kiedy kącik naszej Dziewczynki będzie gotowy… ale na to poczekam sobie do lipca ;) Za tydzień wybieramy się z Małżem na wesele a zaraz potem wybywamy na tygodniowy urlop w jeziora i lasy. Oby woda była już ciepła i do pływania zdatna :D

środa, 1 czerwca 2011

33.

Zaczynamy 33 tydzień. Tym samym osiągnęliśmy etap odbywania wizyt kontrolnych co dwa tygodnie. Zapiski w kalendarzu gęstnieją mi coraz bardziej a lato nie skłania do wytężonych wysiłków, oj nie! Szkoła rodzenia okazała się dobrym wynalazkiem – mimo tego, że jako przyszła mama przekopałam się przez kilka poradników i dziesiątki artykułów w necie, sporo się uczę. A dla Małża to świetne przygotowanie do tego co będzie i jednocześnie doskonała szkoła wyrażania emocji. Rzadko mam okazję słuchać jego wątpliwości i obaw, bo zwykle skupiamy się na moich i mój ukochany występuje w charakterze pociesza cza/uspokajacza. Więc szkoła na plus. Zostały nam jeszcze trzy zajęcia, skończymy akurat z początkiem urlopu… w końcówce czerwca wybieram się na zasłużony tygodniowy wypoczynek „do lasu”. Rodzina powitała ten pomysł z powątpiewaniem i wczorajsza wizyta u gina wyglądała w dużej części tak, że Małż wytaczał działa pt. „A czy żona może…?” a ja się okopywałam. Na szczęście wszystko u nas w porządku, lekarz stwierdził, że w 32 tygodniu jeszcze takiej szyjki nie widział i choćby bardzo chciał czegokolwiek mi zakazać, to nie ma żadnych przeciwskazań ani do podróży, ani do wyjazdów za miasto. Prosił tylko, żebym w miarę możliwości zrezygnowała z wojaży w ostatnich dwóch tygodniach. Obiecałam :P Czyli relaksik nad jeziorkiem będzie po mojemu. Pchełka szaleje, też chyba nie lubi upałów – wychodzę do pracy w cudownej aurze, dochodzę zlana potem. Co za gorąc !?! Niestety proponowane przez pana doktora ćwiczenia nie zadziałały i główka wciąż pozostaje skierowana ku górze… będziemy mieli asertywne dziecko ;) Wprawdzie jeszcze mamy czas, tym bardziej, że Pchełka waży dopiero 1600g więc ma jeszcze sporo miejsca na przewrotki, ale podobno im szybciej się ułoży tym lepiej. Chociaż ja mam mieszane uczucia – jak sobie wyobrażę, że ona tak będzie zwisać głową w dół jeszcze dwa miesiące to nie jestem przekonana… ja bym tak nie chciała. No, ale podobno dzieci odczuwają ten stan inaczej. Pod koniec czerwca pierwsze KTG… chyba naprawdę zbliżamy się do końca :)
Aaa, i codziennie rano wstaję z myślą, że może już dziś rozpocznie się sezon na czreśnie... chyba sperezentuję Pchełce z okazji Dnia Dziecka ;)))