wtorek, 30 sierpnia 2011

ważne są tylko te dni...

Dziś mija piąty tydzień życia naszej Małpki. Kontrolna wizyta wykazała 4200g żywej wagi i brak poważniejszych powodów do zmartwień. Wierzyć mi się nie chce, że już tyle czasu minęło – wydaje się, że dopiero co przekraczaliśmy z Małżem progi mieszkania wnosząc do środka maleńkie zawiniątko… a już pierwszy miesiąc za nami. Uczymy się siebie coraz sprawniej, choć jeszcze czasem na linii komunikacji mama-córka następuje zgrzyt. Nie wszystkie rodzaje płaczu zdążyłam opanować ;) Udało nam się opanować kolki, a właściwie dotrzeć do sedna tego, co powoduje takie straszne bóle brzuszka. Okazało się, że owszem, naturalna niedojrzałość przewodu pokarmowego też, ale przede wszystkim Pola złapała zaraza, który obdarował ją brzuszkowymi sensacjami. Pani doktor wezwana na wizytę przez nas (zaniepokojonych brakiem skuteczności magicznego niemieckiego specyfiku i wszystkich innych kolkowych sposobów) zleciła posiew kału i wyłoniła się z tego posiewu Klebsiella. Wredna gadzina ma to do siebie, że rozstraja żołądki znacznie starszych jednostek, wiec nic dziwnego, że nasze maleństwo tak się męczyło. Na szczęście po podaniu leków sytuacja się unormowała. Mam wrażenie, że najgorsze w tej kwestii za nami. Małą zmorką okazały się spacery, gdyż okazało się, że spośród tysięcy dzieci akurat moje nie lubi być wożone w wózku. Nie tylko w nim nie zasypia, ale wręcz się z niego wyrywa ;) To sprawia, że spacer jest możliwy tylko, jeśli dziecię jest solidnie uśpione – więc wprowadzanie rytmu dnia za pomocą spacerów nie bardzo nam się sprawdza. Noszenie w chuście ok., ale przy tych ostatnich upałach obie byłyśmy mokre. Wszystkie ciocie dobra rada mają jakiś „superskuteczny” sposób na niechęć do wózka a kiedy żaden się nie sprawdza słyszymy, że na pewno z czasem polubi podróże w gondolce. Ciekawe, czy jest opcja, że nie polubi i do czasu przesiadania się na spacerówkę będę musiała przemycać ją na dwór uśpioną?????? No, ale narzekać nie będę – poza tym pojedynczym przejawem lwiego charakterku, Pola jest cudnym dzieckiem… nie tylko dlatego, że przesypia noce ;)))) Wielką przyjemność sprawia mi obserwowanie jej, tym bardziej, że robi się coraz bardziej aktywna. Głowę trzyma jak złoto, krótko wprawdzie, ale wysoko :) Obserwuje świat wokół siebie zachłannie i z ciekawością co nieodmiennie mnie wzrusza – myślę sobie ile jeszcze pięknych dni przed nią, ile niesamowitych rzeczy do zobaczenia. Na razie z bezpiecznej perspektywy maminego ramienia, ale już za chwileczkę, już za momencik… póki co każdy następny dzień zaskakuje nas obie i przynosi coraz ciekawsze momenty.

piątek, 19 sierpnia 2011

Nowy etap


Na naszym domowym poligonie nowe zmiany. We wtorek Polcia zaczęła czwarty tydzień życia i jak za dotknięciem różdżki średnio sympatycznej wróżki zamieniła się z cudnego bezproblemowego aniołka w małą „zrzędę” bez końca wiszącą przy cycu i  chlipiącą żałośnie przy każdej próbie przeniesienia z rączek mamy lub taty do łóżeczka. Spacery noszone na ręku, bo wózek też „be”. Ćwiczy nas nasze maleństwo, oj ćwiczy :) Noszona przez tatę uspokaja się w kilka minut i zapada w słodką drzemkę… Małżowi ręce puchną na pewno, ale dzielnie i z uśmiechem nosi. Nie upieramy się przy zaprzestaniu noszenia i tulenia skoro Młoda potrzebuje tyle czułości… może to niewychowawcze, ale w końcu ten etap też kiedyś przeminie, co? Skończyła się też chwilowo era przysypiania przy cycu. Czasy, kiedy musiałam Polę budzić w trakcie posiłku odeszły w niepamięć a leniwego ssaka zastąpił mały wygłodniały wilczek, rzucający się na sutek z szeroko otwartymi oczyma i trzymający go w niepodzielnym władaniu przez cały czas jedzenia. A niechby się wysunął nie daj Boże, albo też mama nieudolnie karmiąc zabrała bufecik, zaczyna się wymachiwanie rączkami (i nóżkami) w tempie, które nawet dla mnie byłoby zawrotne. Brak reakcji na tę włoską gestykulację nieodmiennie oznacza buzię w podkówkę i krzyk :) Co ciekawe, nasza mała terrorystka noce przesypia jak anioł… budzi się w miarę regularnie co 3-4 godziny dając mi całkiem niezły czas na wyspanie. Za to w ciągu dnia marne moje szanse na zrobienie w domu czegokolwiek – cały domowy negliż zostaje na głowie Małża. Właściwie tylko dzięki temu, że właśnie wędruje z Polą po domu ja mam czas na to, żeby zajrzeć tutaj, poczytać co u Was i skonsultować zachowania mojej pociechy :))) Jeśli to skok rozwojowy to ja poproszę o cynk, ile potrwa :P

wtorek, 16 sierpnia 2011

Auć!


Nie ominęły nas kolki, niestety. Niedawnych kilka dni spędziliśmy próbując ukoić jakoś ból naszej Małpki. Oczywiście więc było noszenie i tulenie, które w dłuuuugich i cierpliwych cyklach przynosiło pewne ukojenie. Było układanie na brzuszku, ciepłe pieluszki, ciepła woda, suszarka i wszystko co tylko na temat sposobów na kolkę znaleźliśmy w mądrych książkach i w necie. Nie działa. Nie wspomnę już o wypijanym przeze mnie hektolitrami koperku… bo też nie działa. Przez całe dnia Pola prężyła się, wysilała, pracowała nóżkami i krzyczała z bólu. W końcu znajomi poratowali nas osławionym niemieckim specyfikiem, który podajemy regularnie od kilku dni i w kwestii brzuszkowej zapanował względny spokój. Nie jest idealnie, ale może to dlatego, że nie podajemy jej pełnej dawki? W ulotce radzą 15 kropelek przed każdym karmieniem, my dajemy 8. Może któraś z Was dziewczyny stosowała Sab Simple i może mi podpowiedzieć jak to dawkować, żeby było dobrze…

sobota, 13 sierpnia 2011

Czas?!?

Czas stał się określeniem absolutnie względnym i nieobiektywnym. Najczęściej po prostu go nie ma, a kiedy znienacka pojawia się na horyzoncie, nie bardzo wiadomo co z nim zrobić :) Kiedyś, w zamierzchłych czasach "przed" wyznaczany czyś tak banalnym jak godziny i minuty... teraz liczony w karmieniach, drzemkach i kupkach. Jedna drzemka, dwie... jeden cycuś, dwa, trzy - mnożą mi się :)))) W czasie karmień nachodzą mnie najbardziej niesamowite i orginalne filozoficzne refleksje, którymi choćbym chciała nie mogę się pochwalić, bo albo znikają samoistnie wraz z przebudzeniem z cycowego letargu, albo toną gdzieś w gąszczu zupełnie przyziemnych i codziennych zmagań. Ale są, co postrzegam jako pozytyw i swiadectwo dalszego funkcjonowania mózgowia. Bo w innych momentach dnia mam co do tego poważne wątpliwości... godzinami mogłabym gapić się w buzię mojego maleństwa z nieobecnym uśmiechem na twarzy. Wszystko co Mała robi potrafię sobie wytłumaczyć, podbarwić i opowiedzieć jak najbardziej pasjonującą historię :) Trochę mi się zwariowało. Ale to bardzo miłe szaleństwo, i nawet nie żałuję, że z ambitnych planów ukończenia "niesamowicie ważnych" naukowych publikacji i zgłębienia tajników języka rosyjskiego w czasie macierzyńskiego urlopu nic nie zostało. Zdarza się, że przemknie mi przez głowę: "a miałam w czasie tych miesięcy..." Ale te myśli znikają jeszcze szybciej niż filozoficzne refleksje. Wszystko poza moim dzieckiem odłożyłam na później.

Z faktów obiektywnych - wczoraj odpadł pępek :)

wtorek, 9 sierpnia 2011

Coś optymistycznego

Naszło mnie dzisiaj na rozważanie ostatnich dziesięciu dni. A że nasza Pchełka (vel Małpka, vel Pola) łaskawie postanowiła przespać całe popołudnie, mogę sobie pomyśleć i popisać. Żeby nie było – to nie będzie smutny post, chociaż początkowo może się tak wydawać :)
Niespodziewana cesarka, mimo zaplanowanego i tak chcianego naturalnego porodu stała się we mnie wyzwalaczem smutku. Wiadomo, dla dobra maleństwa wszystko – nie chodzi o to, że żałowałam. Ale wtedy pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że widać jestem za słaba skoro nie dałam rady urodzić sama. Głupie, ale czasem na myśli kwitnące pod czaszką mamy znikomy wpływ.
Mimo wszystko jednak szpital zapewnił mi czterodniową dyspensę od matczynego lęku. Codziennie rano przychodzi ktoś kompetentny, ogląda maleństwo i mówi – jest dobrze. Po powrocie do domu okazało się, że nikt na zawołanie nie oceni moich wysiłków i codziennie będę się zastanawiać, czy wszystko robię dobrze. Codziennie będę się bać…
Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że macierzyństwo to taki ogrom emocji? Całkowicie nie do opanowania, nie do ogarnięcia w pierwszych dniach… wiem, wiem, spadek hormonów, może nawet coś na kształt baby bluesa mnie dopadło – mija, ale wciąż czasem cicho chlipię patrząc na swoje śpiące dziecię. I sama nie wiem czy bardziej ze szczęścia, czy ze strachu. Słowo honoru – pierwsze trzy dni po powrocie do domu nie były łatwe. Zostawiałam małą śpiącą w łóżeczku i płakałam, że leży tam taka samiutka. Płakałam, bo obcinając paznokietki dziabnęłam ją w skórkę i poszła krew. Bo napiłam się kefiru i dostała rozwolnienia. Walczyłam z laktacją złorzecząc sobie w duchu, że złą jestem matką, skoro własnego maleństwa wykarmić nie mogę. Łzy mi ciekły zamiast pokarmu i oczywiście Małpka natychmiast wyczuwała mój stres. Szkliły mi się oczy, gdy rodzina pytała jak się czuję jako mama… bo nie umiałam opowiedzieć słowami o tym wszystkim, co mi siedzi w serduchu i buzuje szalonym płomieniem. Dzięki wsparciu Małża udało mi się przebrnąć tych kilka trudnych dni… i wyjść na emocjonalną prostą.  I całkiem znienacka nadszedł dzień, w którym wszystko wydało mi się prostsze, ciekawe, barwniejsze… kiedy spoglądając na moją spokojnie śpiącą córeczkę suszę zęby ze szczęścia zamiast ronić łzy. Z każdą godzina kocham ją coraz bardziej, chociaż wydawało się to zupełnie niemożliwe. Dalej boję się, czy wszystko robię jak trzeba, ale uczę się bardziej ufać sobie i odkryłam ile radości daje wzajemne poznawanie się – całe mnóstwo :)

PS. Przedstawiam niniejszym moją piękną córkę... : D

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Czekanie i koniec czekania :D

Moje czekanie się skończyło :) We wtorek 26 lipca o 22.00 zostaliśmy rodzicami małej włochatej małpki, której na imię Pola ;) Z wagą 3200g, wzrostem 56cm i burzą ciemnych włosków jest oczywiście najpiękniejsza na świecie :D 
Trochę nam się pokomplikowała końcówka, ale najważniejsze że już jesteśmy razem. 22 lipca zgodnie ze skierowaniem udałam się do szpitala celem odleżenia ostatnich dni ciąży ze względu na cukrzycę. Na izbie przyjęć spędziłam szaloną ilość godzin na zmianę wściekając się i samo uspokajając. Samo wylądowanie na oddziale zamiast mnie uspokoić jedynie dobiło – ze świetnym samopoczuciem naprawdę nie miałam co tam robić. Przez cztery dni przeczytałam kilka książek, łaziłam po schodach z szóstego piętra w górę i w dół, opalałam nogi na balkonie i poddawałam się rutynowym zabiegom kilka razy dziennie – KTG, ciśnienie, cukier, itd. We wtorek szyjka krótka i miękka, lekarz podjął decyzję o wywołaniu porodu. I wszystko było w porządku do momentu podania mi „magicznych” specyfików. Wtedy na podpiętym pod brzuszek KTG zaczęły dziać się cuda… góra-dół, góra-dół, sygnał zanika, ucieka, wraca. Pomyślałam że malutka się zdenerwowała, poinformowaliśmy z Małżem położną. Zakotłowało się, znienacka pojawiło się kilka nowych osób, jakiś lekarz i nagła decyzja, że będą ciąć. Nie będę wchodzić w szczegóły mojego samopoczucia w tamtej chwili – było, minęło. Na szczęście mój ukochany trzymał mnie w pionie, bo bez niego chyba bym się posypała. W ciągu dziesięciu minut podali mi znieczulenie i wylądowałam na stole. „To tyle szeroko zakrojonych planów porodu naturalnego…” przemknęło mi przez myśl, ale ta kwestia zaraz mi umknęła. Odrętwiała słuchałam rozmów lekarzy o urlopach zagranicznych i za nic nie mogłam dogonić żadnej z własnych myśli. Po chwili nad parawanem pojawiło się maleńkie, sino-białe zawiniątko i usłyszałam tylko: „tak wygląda”. Potem ją zabrali. Małż był świadkiem całej części dalszej – ważenia, mierzenia i sprawdzania czy wszystko jest w porządku. Ja zostałam na stole… całe zamieszanie trwało 40 minut. Zanim przywieźli nam Polę, Małż pokazał mi pierwsze zdjęcie, które wywołało we mnie nieokiełznany wybuch mieszaniny płaczu i śmiechu… MOJA!!!! Nawet nie wiem, jak się wtedy czułam. Wszystko się we mnie trzęsło. Starałam się opanować kiedy położna przywiozła nam małą, ale niewiele to dało :) Cudowne panie położyły mi naszego włochacza na piersi, pozwoliły mi ją przytulić i pomogły pierwszy raz przystawić do piersi. Zostaliśmy razem przez jakieś pół godziny, po czym Małż odwiózł nasze maleństwo na salę noworodków. Całą noc nie byłam w stanie zmrużyć oka z wrażenia… potem jeszcze cztery dni w szpitalu, a teraz jesteśmy już w domku razem i zaczynamy uczyć się siebie nawzajem. O wynikach – następnym razem :P