czwartek, 29 września 2011

o niemowlęcych słodkich snach ;)


Z tym, kto wymyślił powiedzenie „śpi spokojnie jak niemowlę” chciałabym się spotkać oko w oko w celu weryfikacji… założę się, że bezdzietny. Całe dorosłe życie trwałam w jakże mylnym przekonaniu, że owo twierdzenie jest prawdziwe i sen niemowlęcy jest twardy, spokojny i niezakłócony. Tymczasem moja mała Małpka (zwana ostatnio pieszczotliwie Luśką… od Poluśki naturalnie) sypia głośniej niż górnik i bardziej niespokojnie niż marynarz na wachcie. W czasie dziennych drzemek nie jest to tak zauważalne i to nie tylko dlatego że dziecię moje słodkie mało w ciągu dnia sypia :) Za to w nocy wydaje z siebie dziesiątki odgłosów, z których co poniektóre stawiają mnie natychmiast na baczność nad łóżeczkiem – sapie, chrapie, szura, szemrze, mruczy, charczy, burczy i pomiaukuje… krótko mówiąc w niczym ten sen nie przypomina moich wyobrażeń ;) Zwiedziona kłamliwymi powiedzonkami przerażona byłam na początku – bo może to tylko mojej dzieciny przypadłość i na dodatek oznacza jakąś chorobę? Teraz powoli przywykam, chociaż są momenty że nie wytrzymuję i sprawdzam. Czasem stoję w półmroku gapiąc się na Luśkową buźkę i szukając oznak cierpienia… niezadowolenia… niepokoju… i nic takiego nie znajduję :) Trzeba by znaleźć jakiś rozsądniejszy zamiennik dla tego niefartownego powiedzonka, tak jak dla wielu innych idiotycznych powiedzonek typu: idzie jak krew z nosa :D

poniedziałek, 26 września 2011

a gdybym tak...


A gdybym tak… nie miała dziecka? Gdybym przespała smacznie całą noc i wylegiwała się w łóżku do ósmej… wstała i niespiesznie zrobiła sobie dobrą, mocną kawę… wzięła prysznic bez nasłuchu… zrobiła fryzurę i „oko”… zjadła śniadanko i sączyła kawę śledząc niusy w necie… zaprzęgła rower i pokłusowała do pracy… doinwestowała własny intelektualny rozwój a potem wróciła do domu i wieczorem wyciągnęła Małża do kina albo na bezwstydnie długi spacer…
Wtedy… nie słyszałabym jak mój ptaszek szczebiocze o najmniej ku temu odpowiedniej porze nocy… nie widziała jej lśniących oczek szeroko otwartych na świat… nie czuła jej ciepła kiedy przytula się do mnie całym ciałkiem jeszcze wiotka od snu… nie była obdarowywana spontanicznym bezzębnym uśmiechem… nie była świadkiem jak każdego dnia dowiaduje i uczy się czegoś… Eeee, mimo niewyspania i całkowitego braku czasu dla siebie za nic  nie chcę wracać do bezdzieciowego stanu :) 

piątek, 23 września 2011

pogodno :)


Trochę rozjaśnia się horyzont przed nami :) Odstawiliśmy żelazo, bo pani doktor stwierdziła, że przecież jest inny preparat, łagodniejszy dla małych brzuszków. Nie wiem czemu nie stwierdziła tego wcześniej, ale lepiej późno niż wcale. Do podawania nowego wrócimy jednak dopiero od poniedziałku bo w niedziele czekają nas chrzciny i chcemy nam wszystkim oszczędzić cierpienia i złości. Tymczasem bez żelaza dolegliwości minęły jak ręką odjął, sab simplex znowu zaczął działać i cieszymy się powrotem do codziennych rytmów. Znów przesypiamy noc w dwoma pobudkami i udaje nam się odbyć dobroczynny długi spacer w wózku.  Pola znowu jest pogodnym, ciekawym świata malcem a my cieszymy się dniami spokoju. Wieczory zdarzają się marudne, ale to już nie ta liga... Zapowiada się piękny początek jesieni i pozytywny nastrój dopisuje... jest lepiej :)

wtorek, 20 września 2011

czarno widzę


Są dni, kiedy czuję się jak królowa świata. Jedną ręką ubieram, przewijam, smaruję, drugą w międzyczasie upichcę Małżowi dwudaniowy obiad, nastawię pranie, poodkurzam, zadzwonię do mamy na plotki, uzupełnię bloga. Spacer w wózku czy w chuście – dzieć śpi rozkosznie posapując. Wszystko się udaje, a że mam najcudowniejsze dziecko pod słońcem, które śpi w nocy i słodko drzemie w ciągu dnia, uroczo uśmiecha się do moich głupich min i jest pogodne jak letni poranek, cały dzień nabiera cudownych barw.
A potem przychodzą dni takie jak kilka ostatnich… wstajemy z Polą po dwóch godzinach nocnego snu – obie wykończone bo okazuje się, że pożyteczne żelazo zatwardza i nasila ataki kolek… i to jak nasila! Żadne sposoby ani magiczne specyfiki nie pomagają, młoda śpi w cyklach po 30-40 minut i budzi się z krzykiem. Jesteśmy więc obie wymęczone i zniechęcone. Deszcz pada, spacer w chuście odpada a w wózku Pola wrzeszczy jak obdzierana ze skóry. Leżenie na brzuszku – nie, śpiewanie – nie, obrazki – nie, zagadywanie – nie. Nic nie koi bólu… a ja noszę, przekładam z ręki na rękę, tulę i łzy mi ciekną po brodzie – ze zmęczenia i niemocy, bo nie potrafię pomóc. I zdaje mi się, że ani moja obecność, ani dłonie, ani głos nie uspokajają jej tylko pogarszają sprawę… już się nie uśmiecha, nie guga za to rozżala się jeszcze bardziej , więc pewnie nawet nie wie… nie czuje jak bardzo ją kocham i że dałabym wszystko, żeby to mnie tak bolało.  Czuję, jakbym biła głową w mur i czekam na koniec dnia jak na zbawienie…

piątek, 16 września 2011

nowy problem

Dlaczego w cywilizowanych krajach zachodnich nagłaśnia się kwestię niedokrwistości z braku żelaza u niemowląt karmionych wyłącznie piersią? Na zachodzie dzieciom karmionym naturalnie włącza się na równi z witaminami K i D3 suplementację preparatami żelaza... a u nas? Suplementacja żelazem zalecana jest jedynie wcześniakom. Dlaczego o tym? Bo nasza Małpka okazała się "niedokrwista" i konieczne stało się wdrożenie leczenia. Podobno to normalne, ale po co w takim razie czekać aż wartości morfologii polecą w dół? Nie można było zalecić syropku profilaktycznie? Złoszczę się, bo mi dziecka szkoda. Teraz zanim uda nam się wyprowadzić ją na prostą minie kilka tygodni podawania leków i kontrolnego dziabania igłą, żeby upewnić się, że jest lepiej. A może wina jest po mojej stronie? Może jako mama powinnam sama zapytać o to lekarza, albo domagać się takiej profilaktyki?? Ehh… potówki, zielone kupy, kolki, bakterie w moczu, anemia – na dzieciowym poligonie codziennie wdeptuje się na jakąś minę ;)

poniedziałek, 12 września 2011

nieuleczalna ;)


Jestem nieuleczalnie chora na moją córkę :) Wszystkie syndromy na to wskazują i nie zapowiada się na poprawę. Dziś mamy dzień pogodnej minki i radosnego gugania, ale nie tylko dlatego. Młoda opanowała mnie dokumentnie, wlazła w każdą komórkę i rozpanoszyła się tak rozkosznie, że nawet najbardziej pierwotne, fizjologiczne potrzeby spadły na plan drugi. Na pierwszym planie znalazło się wszystko "Polowe". I wiecie co? Kocham ten stan :)))))

czwartek, 8 września 2011

dzieciowożenie


Z okazji urlopu Małża postanowiliśmy wyruszyć z naszą Małpką w pierwszą prawdziwą podróż. Odwiedziny dziadków zdystansowanych o godzinę drogi samochodem okazały się niemalże ekspedycją podróżniczą i dostarczyły takiego mnóstwa wrażeń, że chyba mamy dosyć na czas jakiś ;)))) Z tejże wyprawy przywiozłam sobie garść wniosków
- określenia "może wytrzyma", "jeszcze chwilka" i "poczekaj" przyjdzie mi wyrzucić z mamowego słownika przynajmniej do wieku przedszkolnego.
- przed następnym pakowaniem się na wyjazd trzeba zrobić sobie listę
- nawet jeśli pakuje się powoli  i z głową i tak czegoś się zapomni... wyjeżdżając lub wracając ;)
- moje dziecko potrafi samo zasnąć w łóżeczku i nie wymaga trwania przy cycku do osiągnięcia stanu pełnej wiotkości
- fotelik samochodowy jest świetną metodą na "wyjca" pod warunkiem że ma się do przebycia drogę trwającą dłużej niż kwadrans... w przeciwnym razie wybitnie służy rozdrażnieniu
- młoda nie pretenduje chwilowo do tytułu najbardziej towarzyskiej dziewczyny roku... nowe twarze i głosy raczące ją w nadprogramowej ilości "uroczymi": no cio? aj aj aj! i innymi formami dźwiękonaśladowczymi doprowadzają do ciężkiego w opanowaniu rozstroju nerwowego.
- w czasie spacerów sprawdza się polecona przez blogowe koleżanki metoda z pieluszką... ale nie zawsze
- w czasie kąpieli pieluszka też się sprawdza...tyle tylko że nie zawsze :)
- generalnie nie ma rzeczy, która zawsze się sprawdza :))))))))))))

Fajne są te wycieczki, byle nie za często...