środa, 23 listopada 2011

fatałaszki



Może ja jestem dziwna, ale nie pałam przesadną miłością do różu… i jakoś mi się w głowie nie łączy żeńska płeć mojego pisklaka z koronkami i tiulami w tym, ładnym skądinąd kolorze.  Ubieram wobec tego moje dziecko w kolory, które mnie samej odpowiadają najbardziej, gdyż jak wiadomo Luśce najbardziej odpowiada nagość i preferencji kolorystycznych w kwestii łaszków nie ma żadnej – wszystko co trzeba przełożyć przez głowę i w co trzeba upchnąć wiecznie poszukujące rączki jest witane z taką samą niechęcią :) Spotykam się w związku z tym z ciągłym obstrzałem, bo rzekomo ubieram Polcię jak chłopczyka i się jej potem w głowie pomiesza… a ja się pytam- od czego???? Od beży, żółci turkusów i zieleni? Czy może od fioletów, granatów  i pomarańczy? A może to od ciuchci, samolotów, dinozaurów, piesków, kotków moja Luśka ma mieć w przyszłości problemy z identyfikacją własnej płci??? Złości mnie ten trend straszliwie… i nie zamierzam się mu poddawać, nawet jeśli wszystkie ciocie „dobra rada” mają przez to po nocach nie spać, ot co!

czwartek, 17 listopada 2011

bezmyślność gorsza od faszyzmu ;))


Uhhh… kto by się spodziewał? Czasem tak drobne rzeczy powodują całkowity kataklizm, że aż trudno uwierzyć. Jesteśmy po całkowicie nieprzespanej nocy. Luśka budziła się z bólem brzuszka, marudna i płacząca od ułożenia do snu aż po blady świt. Kwadrans karmienia, dziesięć minut zasypiania, odłożenie do łóżeczka, mama zakopuje się w kołdrę, oko przymyka… mija dziesięć minut i pobudka. Znowu domaga się karmienia, znowu usypianie, odkładanie… i za kwadrans dzień świstaka. Makabra normalnie. W końcu wymęczona zasnęła dziesięć po szóstej. A źródłem tego Armagedonu okazały się całkowicie niewinnie wyglądające owoce Goji, które chcąca dowitaminizować mamę prababcia dodała do herbaty. Mało myśląca mama ( w tej roli nieodmiennie ja) jagódki słodkie spożyła zanim zastanowiła się nad brzemieniem skutków takich nieprzemyślanych decyzji. Tym samym zafundowałam młodej noc pełna wrażeń – sobie też, ale jako autorce zamieszania, mnie akurat się należało. Do głowy mi nie przyszło, że taki drobiazg jak dodatek do herbaty może tak w małym brzuszku zamieszać – oj, będzie ku pamięci…



wtorek, 15 listopada 2011

o heroicznej walce z nieuzasadnionym strachem i róznych aspektach Luśkowej towarzyskości

Poszaleliśmy towarzysko ostatnio :) W ramach wewnętrznej walki z własnym lekiem o młode wybraliśmy się na imprezę dzieciową do znajomych, na cztery dni do teściów, a na koniec zaprosiliśmy do siebie przyjaciół znad morza. O cóż chodzi z tym lękiem? Zacznijmy od początku… jeszcze sprzed ciąży w pamięci kojarzy mi się złota myśl szwagra, który złowieszczym tonem zapowiadał, że jak już ma się dziecko, to po pierwsze na nic nie ma czasu a po drugie nic fajnego nie można już robić. Tak mi się to złowieszcze gadanie pod kopułę wbiło, że kiedy w ciążę zaszłam jedną z pierwszych moją myśli było: a właśnie, że u nas będzie inaczej – znajdziemy czas i fajne rzeczy dalej robić będziemy. Pielęgnowałam w sobie ten plan pieczołowicie i kiedy już Luśka bezpiecznie się na ten świat sprowadziła, cały czas wierzyłam, że nam się uda. A potem nagle coś mi odbiło… nie wiedzieć kiedy o każdym wyjściu i o każdym gościu zaczynałam myśleć w kategoriach „dlaczego to nie może się udać”. Oczyma wyobraźni widziałam zarazy wielkie czyhające za rogiem, moje dziecko widziałam płaczące, wrzeszczące, niemilknące. Widziałam problemy z kupą i z karmieniem. I z kolką. I ze złym nastrojem. I z ubieraniem i z rozbieraniem. I jeśli czegoś nie napisałam, to tylko dlatego, że teraz zapomniałam, bo wtedy tego też na pewno się bałam. Jednym słowem chwyciło mnie jakieś straszne wariactwo. Szczęśliwie mam na tyle dystansu do siebie, że zdołałam ten stan chorobowy zauważyć zanim zaczął poważnie utrudniać nam życie, co nieuchronnie skończyłoby się zamknięciem w czterech ścianach. W ramach działań obronnych zaplanowałam pełen objazd rodzinny, imprezę u znajomych i wizytę przyjaciół z siedmiomiesięczną córą na weekend u nas. Żeby jednym cięciem załatwić wszelkie zakusy zdradliwych strachów. No i oczywiście okazało się, że wizyty wszelkie nie tylko nie były problemem, ale wręcz okazały się dla nas wszystkich przyjemnością. Luśka ukochała sobie ludzi i Grala gwiazdę przyjęć wszelkich z rozkosznym uśmiechem na ustach. Problemem nie był brak wanienki ani łóżeczka u teściów, bo małą dało się wykapać w miednicy i ułożyć spać w wózku. Nie protestowała przeciw imprezie, chociaż my dwie zakończyłyśmy ją znacznie wcześniej niż Małż – Luśka po prostu padła na rękach ;) Przyjemnością okazały się wizyty u rodzinki, wypad do restauracji, szwendanie się po miejscach różnistych, wożenie młodej samochodem… jednym słowem zwycięstwo na całej linii! Teraz te strachy mnie samą zawstydzają i piszę ten post ku pamięci – żeby się nie dać więcej zwariować i zdrowy rozsądek hołubić, bo może się przydać w najmniej oczekiwanym momencie :)

środa, 2 listopada 2011

przewijakowe dialogi


- No  Luśku-łobuśku, zmienimy teraz pieluszkę…
- ghuuu…
- pokaż mamie, co tam masz w środeczku…
- aaa ghuuuu…
- ładnie, ładnie… nogi do góry… rozbieramy…
- aaeee… iieee…
- rany, tyle dobroci… kiedy nazbierałaś?
- aghhh…  gheee…
- … ale nie wsadzaj w to nóżek, nieeee!
- aaałłliiiiiii…….. :))))))))
Ciąg dalszy łatwy do przewidzenia :)