wtorek, 28 lutego 2012

Pan niania

W związku z moim powrotem do pracy i koniecznością pozostawienia Luśki pod inną niż moja opieką nazbierało się we mnie kilka refleksji. W naszej rzeczywistości przyjęło się, że dla dziecka najlepsza jest matka. Zawsze i wszędzie. Matka zawsze zna najlepiej, wie najlepiej i najlepiej zrobi. A jeśli już nie matka to babcia, ciocia ewentualnie… w każdym razie kobieta. Absolutnie nie neguję niezaprzeczalnie potężnej roli kobiety w wychowaniu, tylko zastanawia mnie czemu uważa się, że facet choćby troskliwy i czuły, zawsze będzie na tym polu słabszy? W naszym przypadku tak się złożyło, że moją pociechą w czasie kiedy ja jestem w pracy zajmują się głównie panowie – Małż, czyli Luśkowy tata, i dziadek. 
Dziadkowe „nianiowanie” wyszło tak jakoś naturalnie, samoistnie. Dziadek się emerytuje, i mimo sporej liczby zajęć zdeklarował się zostać dziennym opiekunem naszej dziewczynki. Przyzwyczajaliśmy się powoli, żeby młodej bezpośrednio z ciepełka „macierzyńskiego” nie wrzucać na głęboką wodę, więc bywałyśmy z Luśką u dziadków stopniowo coraz dłużej. Zaczęło się od spacerów. Potem był czas we troje, potem godzinka, dwie sam na sam… a od połowy lutego zaczęło się niańczenie pełną gębą. Porozumienie na linii Luśka-dziadek jest absolutne - podszyte chichotem i przyklaśnięte dziesiątkami uścisków. Dziadek gotuje pyszne zupki, śpiewa piosenki, opowiada cudne (choć czasem niewiarygodne) bajki. Poświęca czas. Całe mnóstwo czasu i całą swoją uwagę. Z perspektywy mamy (czyt. Mojej) dziadkowe opiekowanie się Luśką ma dodatkowe zalety – dziadek jest konkretny. Podchodzi do sprawy zadaniowo – powiedziane spacerować codziennie? Spaceruje. Deszczyk? Spaceruje w kaloszach. Mrozik? Oboje smarują się kremem i spacerują. Jeśli tylko wiatr głowy nie urywa a na nosie nie tworzą się sople, nie ma powodu by dziecko nie spędziło kilku godzin na świeżym powietrzu… dziadek nie idzie na łatwiznę. Nie daje się zwariować napadom złego humoru i nie leci na pogotowie kiedy tylko młoda zacznie płakać. No i ma niesamowitą cierpliwość.  Same plusy  :D
Z Luśkowym tatą sprawa ma się jeszcze lepiej. Kiedy czekaliśmy na Luśkę w naszych rozmowach niejednokrotnie pojawił się temat wizji wspólnego rodzicielstwa. Moim celem było bowiem osiągnięcie stanu, w którym opieką dla dziecka są mama i tata, a dopiero potem wszyscy inni. Zależało mi, żeby nie było sytuacji, w której babcia (choć kochana) zabiera dziecko  z ojcowskich rąk, bo „daj, nie umiesz” albo „ona zrobi lepiej”. Nie wierzę w powtarzane od pokoleń slogany, że facet nie potrafi nakarmić, ubrać, pamiętać. Oczywiście, mężczyźni myślą inaczej i na innych rzeczach się skupiają, z czego wynikają czasem przeróżne zabawne albo frustrujące (głównie mnie) sytuacje, ale wynikają one z różnicy w oczekiwaniach i przetwarzaniu informacji a nie z nieumiejętności zajęcia się własnym dzieckiem. Zostawiając Polę z Małżem jestem o nią najspokojniejsza – wiem, że niczego jej nie brakuje, że na pewno czuje się bezpieczna i nie płacze z tęsknoty za mną, bo z tatą jest tak samo fajnie. Z tatą można wszystko :D. Nie ukrywam, że nie udałoby mi się wprowadzić tego planu w życie, gdyby nie pełne zaangażowanie Małża. Dzięki jego miłości do Luśki (która jest miłością, nie wstydźmy się przyznać, szaleńczą), dzięki jego chęciom i poświęceniu jesteśmy sobie w opiece nad dzieckiem prawie równi (albowiem chwilowo nic oczywiście nie przebije cycusia ;)). Dzięki niemu nie czuję się przytłoczona i nie mam wrażenia, że w rodzicielstwie jestem sama. Małż wie o Poli tyle co ja – wie co lubi i czego nie lubi. Szczepienia, książeczka zdrowia, stan ostatnich badań? Opanowane. Jadłospis, plan dnia, nowe osiągnięcia, słabsze chwile? Zna na pamięć. Śledzi z uwagą i śmiem twierdzić, że umyka mu mniej szczegółów niż mnie w codziennym zabieganiu. Więc opiekunem jest cudnym. Czasem tylko przy okazji różnych rodzinnych wizyt słyszę komentarze typu: zostawiasz go samego z kąpielą? Czy on sobie poradzi? Sam pójdzie na spacer? Nie boisz się? Otóż nie. Z nim nie boję się niczego.
I żeby nie było – uwielbiamy z Luśką obie babcie. Są cudowne, ukochane i zawsze spieszą z pomocą, gotowe tulić, całować i nosić na rękach. Kochamy też prababcie i wszystkie dalsze i bliższe ciocie. Kobiety są super! Tylko ich rola w opiece nad maluszkami jest tak oczywista i naturalna, że nikt się ich zaangażowaniu i obecności nie dziwi. A mężczyźni wciąż muszą udowadniać, że mogą, chcą, potrafią… Więc dziś: hip hip hura! Niech żyje pan niania!

wtorek, 21 lutego 2012

Całkiem nowy poziom porozumienia

Czasem udaje się wypracować wolny wieczór. Taki ze szczególnym, romantycznym przeznaczeniem. Oczywiście obwarowany całym mnóstwem różnych „jeśli”: …jeśli Luśka ładnie zaśnie… jeśli nie będzie się budzić co pół godziny… jeśli Luśkowa mama (czyt. Ja) nie padnie na nos razem z pociechą pozostawiając pana domu samego z jego planami… jeśli… Ale jeśli już się uda, jest małe święto. Ukradkiem i po cichutku jak za czasów tak starych, że już zdajemy się nie pamiętać. Jest śmiech i szept tłumiony. Emocje sięgają zenitu. Pospieszne pozbywanie się odzienia. Żona, matka i kochanka (w tej roli ponownie ja) nieco zbyt szybko próbuje pozbawić pana domu górnych części garderoby, głowa utyka gdzieś w materiale i dochodzi do bezładnej i nieco nerwowej szamotaniny. Nagle pan domu zamiera. Cisza…. A potem spod koszulki dobiega mnie stłumione: nie ma taty nie ma, nie ma…. A kuku!

wtorek, 14 lutego 2012

I świat nie zawalił się...

O, tak. Jakkolwiek dziwne się to wydaje, świat nie zawalił się mimo powrotu mamy do pracy. Co więcej, Luśkowy swiatek ma się całkiem nieźle, choć na szersze podsumowania przyjdzie czas trochę później, bo w końcu to dopiero pierwsze dni. Ciężko mi jest i wciąż jeszcze walczę ze sobą, żeby nie dzwonić do domu co chwilę... ale żyję. Oddycham. Mimo poczucia straty i wielu obaw z przyjemnością wstaję rano. Spotykam ludzi i myślę znów o całkiem nowych rzeczach. Bo ja naprawdę lubię swoją pracę :)

czwartek, 9 lutego 2012

Całe pół...

...roku minęło Luśce w końcówce stycznia :) A że znajdujemy się w samym oku cyklonu jaki wywołała dolna prawa jedynka, nie było kiedy pochwalić się tak zacnym jubileuszem. Nie chciałabym jednak pozwolić by nasze wiekopomne osiągi przykrył kurz niepamięci, spieszę więc donieść, że minione pół roku zostało uwieńczone wagą 7,5kg oraz zawrotnymi 74cm :) Zęby - sztuk dwie (obie widoczne w promiennym uśmiechu) też są osiągiem ostatniego miesiąca. To by było na tyle w kwestii zmiany image :) Cała energia ostatnich tygodni została skanalizowana w ciekawość świata. Młoda uwielbia nowe - w każdej postaci. Nowe twarze, nowe potrawy, nowe przedmioty, podróże w nowe miejsca.  Czynności też lubi nowe i sama stara się  zapewnić  sobie wystarczającą ilość doznań :) Ukłony do samych (slicznych skądinąd) stópek? Proszę bardzo! Nogi lądują w małych łapkach a potem konsekwentnie w buziaku z szybkością błyskawicy...siuuup! I zanim się matka obejrzy już tam są!  Przewracanie, turlanie, pełzanie...a jakże :) Chwytanie i ściąganie wszystkiego w zasięgu rączek, macanie, ściskanie, głaskanie, klapanie w klawisze pluszowego pianinka - check! Pełen wachlarz :D Głośny chichot ba, śmiech regularny na dźwiek ulubionych piosenek i rymowanek, a nawet (uwaga!) pierwsze "o-mało-co" słowa! Luśka z upodobaniem powtarza "nie, nie, nie" i, ku rozczarowaniu tatusia, "ma ma ma". Bez świadomości wprawdzie, ale samo brzmienie, zwłaszcza tego ostatniego, jest mi tak miłe, że cieszę się jakby to był mój własny sukces ;) Młoda jest zresztą wyjątkowo gadatliwa, i po swojemu rozmawia z każdym kto tylko wygląda jakby chciał słuchać. Niewiele jeszcze można z tego zrozumieć, ale ogólne wrażenie świadczy o tym, że dziecko szczęśliwe jest i zadowolone... a nawet jesli nie, to przynajmniej nie boi się wyrazić swojego zdania ;))))  Lwi charakterek Luśka objawia zresztą od samego początku... dokładnie wie czego chce a czego nie i próby wymuszenia na niej czegokolwiek kończą się zwykle karczemną awanturą. Skutkiem tego matka wyspryciła się jak, nie przymierzając, Zagłoba :) Mimo szalonego postepu w rozwoju dalej walczymy z pewnymi uciążliwościami. Zasypiamy wciąż tylko na rękach. Czasem nawet w ciągu 10 sekund, ale na rękach. W łóżeczku ab-so-lut-nie. No i w nocy wciąż pobudki...jest coraz lepiej, czasem nawet zdarzy nam się przespać 5-6 godzin ale z reguły pobudki są ciągle co 3-4 godziny. Że niby pić. Albo jeść. Albo jeść i pić :))) Ulegam, chociaz podobno półroczny maluszek nie powinien już wymagać nocnego karmienia... zobaczymy co będzie jak mama wróci do pracy. Innych problemów brak, czyli dziecko prawie idealne ;)  A nawet gdyby nie było, to powiem Wam, wcale nie w sekrecie, że kocham ją do szaleństwa, codziennie mocniej i mam na jej punkcie totalnego fisia. Ot co!


piątek, 3 lutego 2012

nie ogarniam...

To właściwie jedyne, co mogę z czystym sumieniem napisać na fali dzisiejszych doniesień medialnych. Mój matczyny umysł po prostu tego nie ogarnia...  :/

środa, 1 lutego 2012

Chrzest bojowy



Echhh, stało się. Skończył się (mocno za krótki) urlop macierzyński i pieczołowicie zbierany od roku urlop wypoczynkowy też ma się ku końcowi. Dokładnie trzynastego lutego zostanę mamą pracującą i nie ukrywam, że mam w związku z tym mnóstwo wątpliwości. Budzą mnie w nocy własne lęki i leżę gapiąc się w sufit, bo przecież jak ja wrócę, kiedy Luśka taka malunia, taka bezbronna? Wyjścia niestety nie mam... zaczęło się więc przygotowywanie. Przygotowywanie do wytrzymania dnia bez cycusia. Przygotowanie do picia z butelki. Do jedzenia kaszek, obiadków, deserków. Do maminej nieobecności dłuższej niż spacer. Udało nam się wypracowac plan dnia, który nie zakłada karmienia piersią od ósmej rano do 15-16. Luśka radzi sobie świetnie, je pięknie a nawet dorosłym w talerze zagląda, chciwie wyciągając łapki - ciekawa nowego w każdej postaci. Opiekun przyszły (czyt. dziadek) radzi sobie równie dobrze zarówno z planem dnia jak i przychodzącymi od czasu do czasu humorkami. Matka natomiast (czyt. Ja) nie radzi sobie w ogóle, chociaż wie, że powinna ;) Staram się podchodzić do problemu zadaniowo i nie ryczeć po kątach, ale nie jest łatwo. W ubiegłym tygodniu przeszłyśmy obie chrzest bojowy, bo miałam dwa dni warsztatów w których chciałam-musiałam uczestniczyć. Dwa dni od dziewiątej do osiemnastej... na samą myśl skóra mi cierpła przez cały tydzień :) Okazało się oczywiście, że dziecię moje spędziło oba dni spokojnie i radośnie - jeden z dziadkami, drugi z rodzonym ojcem, ja natomiast chlipałam w aucie jadąc do pracy, przez cały dzień myślałam właściwie wyłącznie o niej , a jak leciałam na złamanie karku z powrotem do domu łzy, już zupełnie nie hamowane, ciekły mi po twarzy i zanim podeszłam do młodej musiałam pięc minut doprowadzać się do porządku. Ot, życie. A martwilam się, jak dziecko zniesie rozstanie :) Wygląda na to, że mloda matka sama jest dla siebie największą zagadką i największym hamulcem jednocześnie...


 

PS. Dolna prawa jedynka przebiła się 30 stycznia i, w przeciwieństwie do pierwszej, przyniosła ze sobą gorączkę i nocne płacze. Miałam cichą nadzieję, że z każdym nastepnym zębem bedzie lżej ale wygląda na to, że nie ma reguły. Jak wysoka może być gorączka w czasie ząbkowania i kiedy podać leki? Luśka dobiła dziś rano do 38 stopni, ale wstrzymałam się z paracetamolem i goraczka spadła. Chwilowo trzyma się na poziomie 36,9 - 37,1 więc w zasadzie nic strasznego... tylko ile może trwać taki podgorączkowy stan i kiedy zacząć się martwić?