poniedziałek, 30 lipca 2012

rok i cztery... dni

Impreza "roczkowa" Luśki odbyła się. W minioną niedzielę. Hucznie bardzo - nad miastem przeszła burza roku, fundując nam fanfary i "flesze" :D

Matka (czyt. Ja ) wysiłek poczyniła i tort upiekła, czego dowody zamiesza poniżej :P Tort był w całości śmietanowy i nadziany wszystkim owocowym (no, może nie wszystkim...były maliny, jagody, borówki i winogrona).

tort w tzw. połowie drogi. Kasztelan dla matki, na wypadek porażki

i po ukończeniu :)
Urodzinowej królewnie tort bardzo smakował. Sukience też :D
na zdjęciu z matczyną siostrą, łaskawą karmicielką 
Po konsumpcji tortu z królewny zostało niewiele, ale za to było dziecko szczęśliwe a to ważniejsze niż każda kreacja :D

czwartek, 26 lipca 2012

R.O.C.Z.E.K.



Rrrany! to już rok?!?O matko, niemożliwe, że to już rok!!!
Czemu ten czas tak szybko
 mija??Zdecydowanie za szybko!!!Eech... niesamowite!Kurczę, no nie moge uwierzyć, że minął juz cały rok!!!!!






ps. Luśka na zdjęciu wyraźnie informuje miną o swoim stosunku do kolejnej sesji : D Ale było też mnóstwo uśmiechniętych i radosnych fotek... to taki prezent roczkowy. Impreza urodzinowa w niedzielę :)

wtorek, 24 lipca 2012

Tak, jestem kobietą... potrafię zmienić nastrój trzykrotnie w ciągu sekundy.

Chyba mam zwichrowana psychikę – od czasu do czasu dopadają mnie dziwne, dla mnie samej niezrozumiałe stany. Najpierw chodzę jak bomba zegarowa- naładowana wszystkim emocjonalnym, czego zwyczajnie wyrazić nie umiem (choć chciałabym). Najchętniej zamknęłabym się w mysiej dziurze i przeczekała, bo tzw. dobre rady  nijak nie pomagają. Świat wtedy uwiera, gryzie, codzienność nawet nie tyle nuży, co dobija. Bliskość dziecka paradoksalnie nie poprawia sytuacji. W „przed-życiu” wykrzyczałabym gdzieś te swoje żale i tęsknoty, albo wypiła butelkę wina i wypłakała je ciurkiem. Z Luśką nie mogę, bo spija ze mnie emocje i błyskawicznie się jej udzielają. Widać i czuć, mimo moich usilnych prób zamaskowania się, jak bardzo odbijają się na niej te momenty – robi się niepewna, „rączkowa” i lepi się do mnie calutka jakby się bała, że jej ucieknę. Szkoda mi Luśki, bo ja sama wiem, że to okres przejściowy – parę dni i minie, ale ona jeszcze tego nie wie, nie rozumie. Tym bardziej więc mam do siebie żal. I kółko klasycznie się zamyka. Małż twierdzi, że to reperkusje po zakończeniu karmienia… no tak, bo dwa tygodnie temu „odstawiłyśmy się”. Przyczyn było kilka (jak to zwykle bywa – klęska urodzaju :) ), metoda też z konieczności „szokowa”. Więc może to to? Może mnie dopadło obniżenie hormonalne i tęsknota za tą unikalną bliskością? Być może nas obie dopadło... choć Pola na tę zmianę zareagowała cudnie i wbrew moim poważnym obawom butlę z mlekiem przyjęła bez zastrzeżeń. Spodziewałam się krzyków, protestów i nieprzespanych nocy – w czasie karmienia piersią rytuał był stały i nienaruszalny. Po kąpieli smarowanie, masowanie i ubieranie, przy którym dziecię już nerwowo buczało a po ubieraniu rwało na matce koszulę, głośno domagając się  zasłużonego i wyczekanego posiłku :D Tymczasem zaś mamy radosne bieganie na golasa po kąpieli i błyskawiczne zasypianie – bez noszenia, kwilenia i wygibasów. I praktycznie zero dłuższych nocnych przerw. Ha! A może podświadomie zła jestem, że to tak wyglądało? Że cyc okazał się tak mało istotny a z cycem i ja sama?? Może odzywa się we mnie potrzeba bycia jedyną i niezastąpioną?  Muszę to sobie wszystko poukładać, bo poczucie pustki walczy we mnie z zadowoleniem z odzyskanej niezależności – walka jest wyrównana i szala zwycięstwa to w tę, to nazad… Tak czy inaczej kilka dni chodziłam jak chmura gradowa, a teraz dopadł mnie okres odrętwienia psychicznego, bliski emocjonalnemu paraliżowi. I ta martwota też mnie przeraża, bo jest jak tafla jeziora przed koszmarną burzą… ani zmarszczki, ani szeptu – a jednak czuje się, że będzie się działo. Sama więc widzę, że reset jest absolutnie niezbędny. Codzienność jednakowoż szansy na ów nie daje najmniejszej. Praca pożera mnie codziennie i wypluwa coraz później. Godziny popołudniowe, spędzane razem, we trójkę, są dla mnie zbyt krótkie i cenne. Wieczorem zaś gapią się na mnie półprodukty na kolejny obiad, brudne naczynia, porozrzucane zabawki i góraaaa większych i mniejszych szmatek czekających na ciepło żelazka. Gapią się i złorzeczą, bezczelne. Staram się zamykać im buzię kiedy tylko mogę… a potem padam. Padając myślę o jutrze i „pojutrzu”…



środa, 18 lipca 2012

Co się działo kiedy się działo?

Oj, działo się :D Wielkimi krokami zbliżają się URODZINY. Nie pierwsze, chociaż jedynka na torcie będzie sugerować inaczej. Te pierwsze (właściwie zerowe) były najbardziej niezapomnianym momentem w naszym dotychczasowym życiu. I żaden roczek tego nie przebije :D Ale przyjęcie będzie, a jakże. I tort się matka zobowiązała upiec – tymi rękoma!!! Własnymi. Pierwszy i (Tfu! Tfu!) pewnie ostatni w życiu. Bo trzeba Wam wiedzieć, że kuchareczka ze mnie wcale niezła, pod warunkiem że nie każe mi się robić niczego na słodko :P Słodkiego nie lubię i robić nie umiem. A że Małż też specjalnie słodkolubny nie jest, ten brak talentu w oczy się nie rzucał i żyliśmy sobie dotąd spokojnie i bezciastowo. Ale teraz, ha! Okazja pierwszorzędna, ażeby poświęcenie uczynić i córce ukochanej z okazji ukończenia pierwszego roku życia prezent zrobić. Więc zrobię! Mentalnie przygotowuję się od miesiąca, merytorycznie już parę dni… zastanawiam się czy nie zrobić próby generalnej, żeby przed gośćmi wstydu nie było hihihi! Będzie więc tort. Obiad dla gości też będzie ale tu, mimo niewątpliwych zdolności, udzielać się nie zamierzam, gdyż z braku przestrzeni uroczystość odbędzie się w tzw. „lokalu” :) Lokal ów za obiadową obsługę odpowiadać będzie sam, ja tylko dopilnuję. Lista prezentowa przygotowana i zainteresowanym wysłana elektronicznym gołębiem pocztowym. My też poszaleliśmy i na pierwsze urodziny młoda dostała „dorosły” fotelik. Po długich namysłach, okopaniu się w literaturze i merytorycznym wsparciu jakie zamieściła u siebie Hafija, wybór padł na fotelik Römer. 

Römer King Plus, Highline Organic Nature

Wersja highline, model organic nature.  Luśka z prezentu zadowolona, my nawet bardziej bo z nosidełka wystawała już i górą i dołem, więc o bezpieczeństwie podróży nie było mowy. A kwestia to ważka, bo zdecydowaliśmy się jechać nad morze, w celach nie tyle turystycznych co towarzyskich – odwiedzić Polową chrzestną mamę (zwaną też ciocią Olą) i naszych wejherowskich znajomych. Fotelik miał więc chrzest bojowy – wypadł świetnie, chociaż na szczęście nie było okazji do ekstremalnych testów. Ale mimo upałów Luśka wytrzymała w nim pięknie całą trzygodzinną podróż, spało się wygodnie i pierwszy raz po wyjęciu z fotelika u celu podróży nie była spocona jak myszka :D Nadmorski weekend podobał się młodej damie bardzo! Tyle piasku jeszcze w życiu nie widziała :)))) Mogła się sypać, tarzać, przewracać do bólu, co też z wielką radością czyniła. Mokry, suchy… morze piasku! Samo morze niestety nie zostało przetestowane ze względu na sinice. W zamian przetestowaliśmy basen w ciocinym ogródku :D
ten słodki jęzor przy prawym uchu to Lola- córka naszej Miećki :)))
Wyjazd pod każdym względem okazał się sukcesem. W tak zwanym międzyczasie Luśka postanowiła stać się jednostką niezależną i zaczęła chodzić. Pierwsze samodzielne kroczki nie zostały niestety nagrane, bo potencjalni kamerzyści zostali wzięci z zaskoczenia, ale odnotowano wiekopomną datę – 04 lipca 2012. Od tego czasu młoda poczyna sobie coraz śmielej i biega już (dosłownie!) po całym mieszkaniu. Zanim jednak opanowała sztukę naprzemiennego stawiania nóżek, dorobiła się kilku „pamiątek”.  
tak się kończy potykanie się o własne nogi :)
Na szczęście, mimo dramatycznego wyglądu,  żadna nie była bardzo poważna :D Od tego czasu codziennie czynimy postępy w przemieszczaniu się i popołudnia rodzicielskie upływają głównie na wymyślaniu nowych, ciekawych tras dla małych nóżek oraz na próbach dotrzymania im tempa. Takie małe nóżki a ile w nich powera!!! Mimo braku urlopu korzystaliśmy z pięknej pogody  i ciepła ile się dało… to jednak olbrzymi plus mieszkania w mieście trzynastu jezior :D Woda ciepła jak zupa więc sezon pływacki zainaugurowaliśmy wszyscy z równym entuzjazmem. 

Teraz pogoda się trochę posuła, ale pomiędzy burzowymi salwami i kolejnymi ulewami udaje nam się kolonizować kolejne place zabaw i miejsca Luśkowej rozrywki. Zabawy w pomieszczeniach zamkniętych odkładamy na czas kiedy będzie już naprawdę paskudnie :)


 PS. zwróćcie łaskawie uwagę na wyszukany fryz mojego dziecięcia :)))) Ten zgrabny kołpaczek jest wynikiem ciężkiej pracy obojga rodziców podczas (drugich już) Luśkowych manewrów fryzjerskich. Tata występował w tym dramacie jako fryzjer, mama - jako fryzjerski fotel i swego rodzaju dyby. Jako współautorka dzieła, od wszystkich rodziców posiadających na stanie N.I.E.U.S.T.A.N.N.I.E poruszające się i kręcące latorośle, dopraszam się o gratulacje :D 

wtorek, 3 lipca 2012

mamy lato!

Heh... zamulam ostatnio strasznie z pisaniem. Żałuję, bo kłębi się we mnie i gotuje mieszanina myśli przedziwna, która albo wybuchnie kiedyś i popłynie niepohamowanym strumieniem, albo (co byłoby dziwne, ale i taką mozliwość dopuszczam) przycichnie i, zanim bedę miała okazję popisać, odejdzie w zapomnienie. Niby nic takiego się dzieje, ale czasem po prostu przychodzą momenty, kiedy refleksje pchają się drzwiami i oknami wcale nie zapraszane :) Niestety - chwilowo praca mnie pożera, przeżuwa, i kiedy już myślę że to koniec, wracam znów w sam środek zawodowego cyklonu. A kiedy kończę pracę, komputer chowam gdzieś głęboko i staram się nie myśleć o niczym poza Luśką i czasem który mamy dla siebie. Wybaczcie, poprawię się kiedy tylko będę mogła... Tymczasem - mamy lato i pierwsze "funkcjonalne" buty :D