piątek, 17 sierpnia 2012

Ładujemy akumulatory


Powakacjowałyśmy sie trochę z Luśką ostatnimi czasy, więc nie było nas widać. Ale starałam się bywać u Was regularnie, chociaż nie zawsze jest czas na pozostawienie po sobie przyzwoitego śladu. Przyczyny takiego stanu są dwie: po pierwsze dziecko, a po drugie...yhm, w zasadzie też dziecko :D Luśka przez ostatnie dni zajmowała mnie dokumentnie, a że przy okazji swoich zabaw raczyła tajemnym klawiszowym skrótem usunąć w kompa kartę sieciową, dostęp do strefy blogowej mam tylko przez tel. (a ja się broniłam przed smartfonem - silly me! ). Porządku z kartą sieciową nie udało mi się zrobić do tej pory więc możliwości pisania mam mocno ograniczone. Małż niestety pracuje więc pierwszą część urlopu spędziliśmy w miejscu zamieszkania - bo że w domu nie można powiedzieć. W ogóle ostatnio większą część każdego dnia spędzamy na powietrzu... Pola zaprzyjaźniła sie z własnymi stopami i te nie przeszkadzają jej już w chodzeniu. Ba! w bieganiu nawet :D Biegamy więc sobie - ona w sobie tylko wiadomym kierunku a ja niewolniczo za nią. Posiadanie biegającej latorośli ma swoje niezaprzeczalne zalety. Ta nowo zdobyta sprawność zabiera większą część czasu i energii, więc primo - nie muszę specjalnie wyszukiwać nowych zabaw, secudno - zasypiamy w pięć minut po wieczornym karmieniu. Inna sprawa, że 'upychanie' chodzącej Luśki w wózku urosło do rangi konkurencji olimpijskiej, a kiedy już roztrzepanej i spoconej matce uda się zwyciężyć, zamiast medalu jest machanie nogami i wrzask, który  góry przenosi i wszystkie okoliczne "specjalistki" od wychowania stawia na baczność w pełnej gotowości do udzielania rad. Swoja drogą zauważyłam, że im starsze dziecko, tym więcej radzących (ot, taka nic nie znacząca dygresja). Wracając do wrzasku - mnie on specjalnie nie przeszkadza, tym bardziej, że zwykle ucina się zaraz po zapięciu pasów, kiedy to młoda buntowniczka zda sobie sprawę, że tę konkurencję przegrała. Ale szeroko pojętej braci parkowej protesty Luśki przeszkadzają. Bardzo. Nie dziwi mnie przerażony wzrok mam/babć pchających przed soba głęboki wózek, bo sama mam żywo w pamięci delikatny sen mojego dziecka w pierwszych miesiącach - słyszac drące się 'starszaki' pewnie niejdenokrotnie też miałam minę mordercy :D Ale jak słyszę sceniczne szepty o nowoczesnym, bezstresowym wychowaniu, albo braku umiejętności 'uciesznia tego dziecka', albo co tam jeszcze jedna pani drugiej pani (czemu to zawsze są baby???)... to normalnie nóż mi się w kieszeni otwiera i powiedziałabym do słuchu obu zainteresowanym. Ale nie powiem, bo ponoć cielak jestem nieasertywny. Powkurzam się i pójdę dalej :D Generalnie musze przyznac, że cierpliwość nie jest mocną stroną mojej córki. I sama nie wiem, czy to już zaznacza się charakter, czy jeszcze da się to i owo wyćwiczyć. Luśka szybko irytuje się, kiedy nie wychodzi jej to, co teoretycznie już umie. Zachęcana przez nas próbuje ponownie, ale niepowodzenie zawsze witane jest wybuchem złości. A zamierza się na coraz to nowe i trudniejsze rzeczy... poza tymi momentami jest cudna i do schrupania, uczy się błyskawicznie, mnóstwo rozumie i chętnie dzieli się swoją wiedzą i umiejętnościami - nawet z tymi mało zainteresowanymi :D Gada bez przerwy, choć dalej niewiele w tej gadaninie naszego wspólnego języka - mama, tata, baba, dada, popa (to Pola), udzie (to idzie), nie nie ( taaak, to dalej lubimy najbardziej)... reszta to całkowita wolna amerykanka. dla mnie najważniejsze jest to, że nie boi się świata i chętnie próbuje wszystkiego co nowe. Staram się jej nie straszyć i nie wdrukowywac w nią poczucia, że z czymś sobie nie poradzi bo nade wszystko chciałabym ją wychować na szczęśliwą i wolną od samo-ograniczeń, świadomą siebie kobietę.
Heh, wielkie zadanie przed nami... wracam ładować akumulatory :D

Na 'do widzenia' piękne, letnie oko mojej dużej, jedenastozębnej (Tak!!!) córy :))))