środa, 19 września 2012

Ja się stąd wynoszę...

... powiedziałam do Małża kiedy po raz kolejny zepsuł się następny  'świeżo naprawiony" kran w naszym wynajmowanym 'm'. I słowa dotrzymam, a jakże! I to już niedługo :D Zabiorę ze sobą wspomnianego wyżej, ukochane dziecię, najważniejsze tobołki... i pójdę sobie, zostawiając walące się meble, śmierdzące rury, cieknące krany, zimne betonowe podłogi i kraty w oknach. I będę w końcu swoje gniazdo wić :D Na razie wije developer, który etap wykończeniowy nieco przeciąga, ale już koniec widać i jest swiatełko w tunelu. I nie zniechęca mnie nawet wieloletni cyrograf podpisywany kilka miesięcy temu z suchością w gardle :) Bo w końcu będę miała DOM. Swój kawałek podłogi, swoją przestrzeń. Która będę mogła urządzić po swojemu, a kiedy przyjdzie mi ochota zamknąć przed obcym okiem, uchem i obecnością...mhhmm... i światło będę miała - dużo światła. I balkon. I piwnicę (jak to małe rzeczy cieszą człowieka). I pięknie będzie... jak tylko wcisnę temat urządzania i dekorowania pomiędzy rozmnożone tajemniczym sposobem etaty. Bo naszych popołudni i wieczorów nie oddam :D

środa, 5 września 2012

Uczę się... niestety na błędach :(

Cisza u nas była ostatnio, bo i wakacyjnych wyjazdów i wydarzeń krew w żyłach mrożących zdarzyło się kilka, wiec do pisania nie miałam głowy. Plus to, że wstyd mi było okropnie... ale rady nie ma, ku przestrodze  i na przyszłość, kiedy Luśka zapyta skąd u niej na ciele te wątpliwej urody pamiątki. Dla potomności zostać musi.
Zdarzyło się, a jakże, w samym środku urlopu. Co więcej, urlop był w samym środku lasu. Z jakby tego było mało, na scenie wyłącznie mama (czyt. ja) i Luśka, jako że Małż z samego rana pojechał do pracy. koniec lata w pełni, cudowna pogoda - ciepełko, słońce i luz. Luśka rozochocona leśnymi wczasami, dotleniona po uszy, po lesie wyhasana, w jeziorze wypluskana tak, że aż dziw bierze, że jej się kolorki nie zmyły :) Jednym słowem pięknie. I przylazł pech. Przypełzł gadzina po cichutku, w ukryciu przyczaił się i czekał...
Sprawczyni dramatu (niestety, w tej roli ja) wymyśliła piknik. Uroczo miało być, na łączce wykoszonej, zieloniuchnej, blisko wody a jednocześnie cichutko i kameralnie. Zapakowała torbę we wszelkie akcesoria (f..ck!) i dziecko pod pachę wziąwszy powędrowała. Na łące obłęd normalnie - kocyk rozłożony, dziecko w samym bodziaku śmiga uszczęśliwione po trawie... zapowiadało się popołudnie idealne. Tylko, że wtedy pech się złośliwie przeciągnął i wyszczerzył cynicznie - a matka postanowiła obrać jabłuszko. Obrała, pokroiła i dziecku podała. Dziecko z lubością przyjęło i (pyszny skądinąd) owoc pochłaniać zaczęło. Zadzwonił telefon. Durna matka odłożyła nóż (cholera, jakże przekonana że daleko) i sięgnęła po słuchawkę, kontrolując czy się młode w kierunku owego nie zbliża. Zbliżało się. Złapałam za rączkę...
Niestety, tylko za jedną :( Nastąpił skręt, łuk histeryczny w proteście przeciw zatrzymaniu, wygięcie i przewrót. Wolna dłoń trafiła na nóż.
O krwi, widoku, strachu i płaczu nie będę pisać - to chyba każdy potrafi sobie wyobrazić bez trudu. O guli w gardle i pośpiechu w jakim wracałyśmy do miasta, o kolejce i dziwnych zwyczajach na chirurgii, o panice przy podawaniu znieczulenia. I o tym, jak musiałam się na Luśce położyć w czasie szycia (rana cięta głębokości 7mm - f..ck! f..ck!!!!) i jak czułam jej strach i to trzepocące się pode mną serduszko... nie ma co się rozwodzić. Durnam i tyle.
Miliony razy obrabiałam tą sytuację w głowie tamtego wieczora i właściwie każdego następnego dnia. Gdybym, gdybym ... oczyma wyobraźni widziałam zupełnie inne scenariusze tego popołudnia. Ale obrazu tej ręki i Luśkowej buzi nie wymażę z pamięci do końca życia. Może i dobrze, są takie rzeczy o których zawsze trzeba pamiętać.
Natychmiast po zaszyciu i odespaniu stresu Luśka odzyskała cały swój dobry humor. Mimo opatrunków ręką posługuje się swobodnie, bandaże zupełnie jej nie przeszkadzają. Problemem jest widoczny uraz do białych kitlów (do tej pory wcale nie notowany) ale w końcu nie ma czemu się dziwić. Poza tym całkowicie wróciła do stanu "sprzed". Cieszę się, że choć tyle, ale nie zmniejsza to mojego poczucia winy i mnie samej powrót do normalnego stanu zajmie z pewnością więcej czasu - póki co wszędzie widzę niebezpieczeństwo...
zdjęcie pochodzi ze strony www.firebox.com