czwartek, 8 listopada 2012

Wiszę...

… absolutnie bez poczucia równowagi i twardego gruntu pod nogami. Wiszę i dyndam niebezpiecznie raz po raz trwożnie zerkając w dół. Gdzieś z zakamarków pamięci, mgłami otulone, wyłania się niezwykle przyjemne uczucie, z którym ładowałam się w górę i w górę… a teraz dyndam.  Bezsennymi nocami zastanawiam się, kiedy zaszwankowały moje wewnętrzne ABSy i straciłam kontakt z twardą ziemią. Remont, przeprowadzka, notariusze i prawnicy, urzędnicy i pomocnicy, potężnej mocy wichry zawodowe, tymczasowy dom zaduszony pod stertą wiecznie zbierających się rzeczy…  h.e.l.p. Luśka skutecznie przywraca mnie do świadomości i dla niej skupiam wszystko w sobie, żeby w tej drogi nie wypaść i gdzieś w środku szaleńczych zakrętów spróbować jednak złapać przyczepność. Tymczasem jednak nie ma mnie, głównie ze względu na poważne niedobory internetowe – a te rozwiążą się pewnie dopiero po przeprowadzce… czyli w grudniu, jeśli mnie do tej pory szlag jasny nie trafi. Wybaczcie mi moją/naszą chwilowa nieobecność i, jeśli możecie, trzymajcie kciuki za powrót do życia w jednym kawałku :)


ps. I need a medicine...