środa, 2 października 2013

Żłobek, miesiąc 1. Ciąża, miesiąc 4.

Długo mnie nie było. Naprawdę długo. I teraz w głowie mam taką gonitwę myśli, że sama nie wiem, co powinno ukazać się jako pierwsze :) Najpierw czekałam z wnioskami żłobkowymi, żeby nie pisać na gorąco. Potem dopadła nas obie choroba, a zaraz później… następna. Od poniedziałku wróciliśmy wszyscy do jako takiej normy i staram się poukładać wszystkie refleksje.


Na pierwszy ogień: żłobek. Nasz żłobek jest państwowy. Nie było w nim dni adaptacyjnych, ani integracyjnych ani nic podobnego. W połowie sierpnia otrzymaliśmy informację, żeby przyprowadzić dziecko drugiego września z zapasem pieluch (nasza droga do nocnika jest wyjątkowo wyboista, ale o tym kiedy indziej) i ubrań na zmianę. Tyle. Trochę nam się to zimne i bezduszne wydało, więc Małż wybrał się z Luśką do żłobka na tzw. Partyzanta :) Obejrzeli co się dało z zewnątrz i zapukali do dyrekcji. Dyrekcja, mimo że wzięta z zaskoczenia, stanęła na wysokości zadania i oprowadziła moją drużynę po wszystkich kątach. Zaprowadziła do sali zabaw przypisanej motylkom (tiaa, Luśka jest ‘Motylkiem’ ot co!), do sypialni i kuchni, do łazienki i szatni… no i oczywiście do kącika zabaw :) Wakacyjni rezydenci żłobka to oczywiście ‘starzy wyjadacze’ – zaciągnęli młodą do zabawy i banan nie schodził jej z buzi aż do końca wizyty. Tym samym stres drugiego dnia września został złagodzony. Oczywiście do czasu, bo rozebrana w szatni, rozśpiewana Luśka, zobaczywszy rodziców zbierających się do wyjścia, zastosowała manewr kleszcza, zmuszając stroskanego ojca do zastosowania metod bezpośredniego przymusu… a potem był płacz. Koło południa (w pierwszym tygodniu zabieraliśmy Polę do domu przed 12) znów był płacz, pełen radości, żalu i pretensji, czyt. Jak dobrze, że przyszedłeś/taka byłam samotna/jak mogłeś mnie zostawić!!! Cały ten pierwszo tygodniowy nerw spadł na barki Małża, bo to on pierwszy zdecydował się na urlop. Drugiego dnia… heh, nie będę Wam nawet opisywać histerii dni numer dwa i trzy, możecie sobie wyobrazić – latorośl zdała sobie sprawę z tego, że wczorajsza przygoda nie była jednorazową i zafundowała nam prawdziwą jazdę bez trzymanki ;) Za to pod koniec tygodnia było jakby lepiej. Zdecydowanie mniej płaczu, chociaż na widok ojca w pojawiającego się w drzwiach po obiedzie, rzucała się ku wyjściu z histerycznym szlochem. Przyznam szczerze, że na tym etapie poniedziałek nas przerażał a w głowie kiełkowały nerwowe myśli o poszukiwaniu niani. Wieczorami prowadziliśmy dyskusje pełne emocji i wątpliwości ale postanowiliśmy wytrwać jeszcze tydzień. Następny tydzień przypadł w udziale mnie i w poniedziałek prowadziłam Luśkę do żłobka trzęsąc portkami. Rozkosznie nie było, ale dałyśmy radę. Od wtorku było tylko lepiej, panie wychowawczynie chwaliły, tuliły i rozdawały uśmiechy. Luśka upatrzyła sobie ulubioną ‘ciocię’ i kiedy widziała ją w drzwiach rozstawała się ze mną bez żalu. Z relacji opiekunek wiem, że Pola ładnie się bawi, ładnie je i chętnie uczestniczy we wszystkich zabawach :)))) Jakże nam wtedy ulżyło! W czwartek pierwszy raz została na drzemkę i też całkiem nieźle poszło. Naładowani pozytywnym duchem oczekiwaliśmy kolejnego poniedziałku. Niestety w niedzielę wylądowaliśmy w szpitalnym ambulatorium. Diagnoza: angina. Antybiotyk i tydzień zwolnienia. Odchorowała i Luśka i ja. Niestety, ciąża obniżyła moją odporność do poziomu, na którym łapię od niej absolutnie wszystko – bez przerwy chodzę zasmarkana. Na szczęście w moim  przypadku obyło się bez antybiotyku ale i tak tydzień spędziłyśmy w domu kichając i prychając. W kolejną niedzielę (o zgrozo!) Luśka obudziła się wyglądając jak indycze jajo w środku pożaru. Przeraźliwie czerwona wysypka gęsto pokrywała calusieńkie ciało, od nasady włosów po podeszwy stóp. Wyglądało to strasznie, a jednocześnie nie przypominało niczego znanego. Poza wysypką żadnych objawów. Podaliśmy zyrtec i nic. Ambulatorium szpitalne wyglądało jak targowisko drobnoustrojów wszelakich – dzieci z gorączką, kaszlem, katarem, wymiotami – dziesiątki. Zrobiliśmy trzy podejścia (ostatnie ok. 21) ale nic się nie zmieniło a trwanie w takiej smarkającej kolejce było dla nas obu gwarantem kolejnej infekcji. Po 22 wylądowaliśmy na prywatnej wizycie pediatrycznej i okazało się że Luśka ma… pokrzywkę. Odetchnęłam z ulgą bo w wyobraźni już musiałam się pakować i wynosić z domu na kwarantannę :) Ale kolejny tydzień nie nasz – bateria leków i siedzenie w domu. Wysypka zeszła po trzech dniach.  Ostatniego dnia września po raz kolejny wybrałyśmy się do żłobka. Ja-przerażona, Luśka-z WIELKĄ niechęcią. Po dwóch tygodniach spędzonych w domu z mamusią w zasadzie nie ma się czemu dziwić… ale i tak było lepiej niż sądziłam. W tej chwili Pola chodzi do żłobka chętnie, ale jeszcze chętniej z niego wychodzi :D Na grupowej tablicy zawisła już nawet jej pierwsza praca :P

Drugi potomek wydaje się znosić te wszystkie zawirowania z godnością. Do tej pory wszystko jest w porządku, dzielnie przeszliśmy przez USG z 12 tygodnia i wygląda na to, że z nim/nią wszystko jest dobrze. Ze mną natomiast niekoniecznie. Druga ciąża z nawiązką oddaje mi to, czego nie dała pierwsza. I mdłości i wymioty utrzymują się niestety po dziś dzień. Z każdym tygodniem liczę, że ten będzie ostatni bo kiedyś to się przecież musi skończyć ;) Nie ma co się oszukiwać, bywa ciężko. Bolą mnie różne mniej i bardziej typowe części ciała. Znacznie mniej czasu na odpoczynek, na zadbanie o siebie jeszcze mniej. Ale też mniej czasu i chęci na nerwy i strachy :) W ogóle w tej ciąży jestem spokojniejsza - chociaż strasznie zmęczona. O wielu rzeczach już wiem i nie zamartwiam się na zapas. Pierwsze ruchy też odnotowałam szybciej bo już pod koniec siedemnastego tygodnia :P Teraz czekamy na kolejne USG bo w kwestii płci wciąż wielka niewiadoma...