czwartek, 27 lutego 2014

Nocnikowe love i 38 tydzień

Udało się! Długo nie chciałam się chwalić, żeby nie zapeszyć, ale od kilku miesięcy Luśka korzysta z pieluszek tylko na noc i dłuższe podróże. Radość nasza wielka tym bardziej, że już wkrótce wydatki na pieluchy ulegną co najmniej podwojeniu (!). Jest więc realna szansa na uniknięcie rodzinnego bankructwa ;))) Młoda Dama dumna jest z siebie prawie tak jak my... ale nasza droga do pożegnania pieluszek była długa i kręta, oj kręta!
Luśkowa przygoda z nocnikiem zaczęła się około 10 miesiąca życia. Opiekujący się Polą dziadek, jako jednostka uparta i konsekwentna, sadzał małą dupkę na nocnik regularnie. Siadanie odbywało się chętnie i bez oporów, ze skutkami jak to w tym wieku bywało różnie. Udało się, albo i nie, ale każdy sukces witany był z ogromnym entuzjazmem. Niestety nie mogę powiedzieć, żeby nocnikowy bakcyl został chwycony. Nie wiadomo też dokładnie co się stało (każdy z zainteresowanych, poza Luśką oczywiście, ma swoją wersję) w każdym razie w którymś momencie nocnik stał się wrogiem numer jeden. Być może winny był epizod zaparć, przez który cała procedura zaczęła się kojarzyć z bólem? Nie wiem. Faktem jest, że po ukończeniu roku Pola zaczęła reagować na nocnik alergicznie. Zapytana twardo obstawała przy tym, że jej się wcale nie chce, absolutnie. Posadzona mimo wszystko darła się w niebogłosy, sztywniała od czubka głowy po koniuszki palców i zwiewała z 'narzędzia tortur' przy najmniejszym obniżeniu czujności. Trudno, pomyśleliśmy - ma jeszcze czas. Ten jednak, jak wiadomo, płynie nieubłaganie i nie wiadomo kiedy Luśce stuknęły dwa lata. Lekarstwem na nocnikowe strachy okazał się nieoceniony żłobek. Wspólne "posiadówki" nie tylko przekonały moją córkę, że każdy robi siku ale też pozwoliły poczuć ducha wspólnoty, co zaowocowało skokowym odstawieniem pieluch. Wysoce społeczna ta moja córa, bo okazuje się, że na nią jedną zakład opieki zbiorowej w tej kwestii dotychczas podziałał :) Tak czy inaczej, zupełnie z zaskoczenia (a jakże!) po ukończeniu magicznego 2 i 2, Młoda Dama zaczęła sygnalizować i realizować swoje potrzeby w miejscach temu przeznaczonych.  A jaka z siebie zadowolona! Bo trzeba Wam wiedzieć, z jakiegoś powodu zawołanie: mamo, ja chce siusiu/kupę! lub mamo, już zrobiłam siusiu/kupę! wywołuje okrzyki podziwu, oklaski i w ogóle do czerwonego dywanu rozwijanego pod nocnikiem niewiele brakuje :))) Cieszy się zatem Luśka, cieszymy się i my :D Wpadki szczęśliwie można liczyć na palcach kończyn górnych, co nie znaczy że się nie zdarzają.

Z frontu działań Drugiego Potomka: ciągle w dwupaku. Choć są momenty kiedy wydaje mi się, że Druga się zcwaniła i zamierza wydostać się ze mnie drogami natury przez powłoki brzuszne, bądź nieistniejącą już dziurę w pępku. Fachowiec w tej dziedzinie zapewnia, że nie jest to możliwe bez użycia narzędzi, ja jednak patrząc na mój sponiewierany brzuch nie byłabym taka pewna... dzieci w końcu stale nas zaskakują ;P


piątek, 7 lutego 2014

uzupełniam zaległości

Tak postanowiłam. Zanim na nowo porwie mnie noworodkowy wir, postanowiłam sobie uzupełnić możliwie dużo luk jakie sama sobie stworzyłam ;)

Dawno, dawno temu - ze dwa miesiące już będą, zostałam nominowana przez Sylwię do nagrody Versatile Blogger Award :D 


Szalenie miłe to wyróżnienie i wcale o nim nie zapomniałam, tylko... wiadomo, codzienność :)

Zasady:
- pochwalić się Nominacją - więc chwalę się oficjalnie :)
- napisać o sobie 7 rzeczy, których o mnie nie wiecie 
- nominować 7 innych Blogerów, zapraszając tym samym ich do zabawy
- poinformować wspomnianych wyżej o Nominowaniu.

Czytając Wasze blogi zwróciłam uwagę, że większość już wzięła udział w tej zabawie, wiec pominę dwa ostatnie punkty - jeśli zaś ktoś mi umknął, niech czuje się nominowany :D



Czego o mnie nie wiecie?

1. Jestem mańkutem. Totalnym :) Jestem leworęczna, lewonożna, lewooczna ... i co tam jeszcze może być lewostronne.

2.  Gazety zawsze czytam od ostatniej strony.

3. Prawie połowę życia spędziłam w harcerstwie i szczerze uważam, że to doświadczenie w znacznej mierze ukształtowało mój sposób patrzenia na świat i ludzi.

4. Pasjami zaglądam ludziom w okna. Chętnie wychodzę na spacery wieczorami, kiedy okna mieszkań i domów są rozświetlone i zaglądam. Z jakiegoś powodu wnętrza domów w których toczy się 'inne' życie uspokajają mnie i pozwalają nabrać dystansu do własnych problemów. Nie interesuje mnie CO się dzieje za szybą - ważne że się dzieje.

5. Nie lubię cukru. Słodyczy. Ciast. Czekolada mogłaby dla mnie nie istnieć. Natomiast nie nadaję się na wegetarianina.

6. Mam zdolność totalnego zamknięcia się w sobie i odcięcia od świata w dowolnym momencie. Przychodzi moment-klik-i nie istnieję. Znikam w swoim świecie.

7. Mam szaloną pamięć. Niezauważenie zapełniam mózg ciągami cyfr. I są to nie tylko daty urodzenia i numery telefonów rodziny, przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Odruchowo wchodzą mi w głowę również pesele, NIPy i numery kont :)

To tyle... żeby nie zdradzić za dużo ;P

poniedziałek, 3 lutego 2014

Mam za sobą

Trzydzieści trzy lata w, mocno obecnie nadwątlonym, przekonaniu o swojej wyjątkowości.
Trzydzieści pięć tygodni ciąży w oparach wirusów i absurdu.
Pięć i pół godziny spędzonych w szpitalu na potwierdzaniu krzywą glukozową cukrzycy ciążowej co to jej nie mam.
Jeden tyłek (większą ilością nie dysponuję) obity bo jest "marznący deszcz" i niedziela (że też akurat w takich momentach prognozy muszą się sprawdzać!).
Tysiącpięćsetstodziewięćset nieprzespanych nocy bez obietnicy poprawy.
Czterysta śródnocnych rozmów o życiu zakończonych zaśnięciem współrozmówcy.
Ofnaście prób przekonania dwuipółlatki, że śpiewanie "całuski, całuski, dzisiaj dla was mamy" o 2:53 nie jest najszczęśliwszym pomysłem.
Jedną dawkę leków przeciwgorączkowych podaną w przypływie paniki o 3:59, kiedy już wiadomo było że te całuski to nie "wielka miłość" tylko 39,8 stopnia.
Osiemnaście rolek papieru toaletowego "soft" zużytego na wycieranie nosa, nakrywanie stołu, projektowanie materiałów opatrunkowych różnej maści oraz projektowanie dróg i mostów.
Dziewięć i pół strony publikacji naukowej do czasopisma o międzynarodowym zasięgu, z których po ponownym przeczytaniu rozumiem trzy.
Jednego Małża owładniętego przez zen w najmniej odpowiednich momentach.
Pół przypadku buntu dwulatka oraz pół przypadku buntu trzylatka... choć tu proporcje są płynne :)

I co? Że niby bilans niekorzystny?