Dziesięć rzeczy, których chciałabym nauczyć moje dzieci.
To chyba najdłużej pisany przeze mnie post. Zaczęłam go pisać w 2014 roku i od tego czasu ciągle na nowo go przemyślam, modyfikuję. Bo to najważniejsza z moich misji i jednocześnie najtrudniejsza. Także nie wiem, czy ta wersja jest już ostateczną ;) Po pierwsze rodzina. Skała. Ostoja. Żelazny punkt z życiorysie, niezmienny, ciepły i bezpieczny. Staramy się budować w dzieciach poczucie bezpieczeństwa w rodzinie. Wynikające z poczucia przynależności, z zaufania i miłości. Mamy ogromne szczęście, bo oboje mamy dobre wzorce rodzinne. Pochodzimy z ciepłych, kochających się domów, co zbudowało nas na tę dorosłość w której sami tworzymy nasz DOM. Mamy też dzięki temu szeroki, ciepły i pełen miłości krąg bliskich osób, w którym nasze dzieci mogą bezpiecznie wzrastać budując swoje "ja". To nie do przecenienia i, zwłaszcza patrząc z perspektywy dzieci niełatwo nawiązujących kontakty rówieśnicze, najlepsze co można im zaoferować. Po drugie dobroć. Niby takie proste. Wierzę, że warto być...
naprawdę to tak podziałało? o rany...
OdpowiedzUsuńNo tak im mniejsze tym większe spustoszenie sieje. Współczuję
OdpowiedzUsuńKochana to pikuś!Ja tydzień po porodzie namiętnie miłam herbatę z cytryną do kolacji...
OdpowiedzUsuńdobrze że udalo Ci się zlokalizować winowajcę
OdpowiedzUsuńoj tak.. takie małe, a takie złośliwe!
OdpowiedzUsuńsama się nie spodziewałam, ale po analizie nie bardzo skomplikowanego jadłospisu dziennego znalazłam winowajcę :) Dziś już lepiej, brzuszek nie boli, została tylko wysypka. Ale może i ta się w końcu zlituje:)))
OdpowiedzUsuńMartuśka, cytryną też nieopatrznie zgrzeszyłam na początku, ale aż takich sensacji nie było:)
oj... kto by pomyślał :( Ale dobrze, że już po wszystkim :)
OdpowiedzUsuńkurcze! rzeczywiscie, kto by sie spodziewal!
OdpowiedzUsuń