poniedziałek, 29 września 2014

Przedszkolak

Od pierwszego września Luśka powędrowała do trzylatków. Powędrowała chętnie i bez oporów, bo bardzo już tęskniła za dziećmi. Obawialiśmy się zmiany budynku, pań, kolegów bo Luśka naprawdę pokochała swój żłobek i ciocie. I nawiązała w grupie pierwsze przyjaźnie a większość z jej koleżanek i kolegów z grupy pozostała w żłobkowej grupie przed-przedszkolnej. O pójściu do przedszkola mówiłyśmy sobie wielokrotnie podczas naszej drogi porannej, bo Luśkowy żłobek 'siatka w siatkę' z przedszkolem. Pola chciała wiedzieć, czemu ona tu a inne dzieci tam więc kolejność na drodze edukacyjnej miała opanowaną. Ale wiedzieć to nie to samo co doświadczyć. Kiedy więc zaczęły się wakacje zaczęliśmy, najpierw niby przypadkiem i przy okazji, a później już normalnie rozmawiać z nią o "tym nowym". Opowiadaliśmy co to znaczy zamienić żłobek na przedszkole. Że gdzie indziej - parę razy pojechaliśmy pod nowe przedszkole na spacer, obejrzeliśmy z zewnątrz plac zabaw, wspólnie pozaglądaliśmy przez dziury w siatce :) Że nowe panie - już nie ciocie, ale może tak samo fajne i miłe. Że nowi koledzy - bo maluszki zostają w żłobku a Luśka już przecież wyrosła ze żłobkowych półeczek, krzesełek i stoliczków. Że dalej będzie się głównie bawić ale też będzie się uczyć wielu nowych, ciekawych rzeczy. Tak sobie opowiadaliśmy, ale nie na siłę i raczej wtedy, kiedy Luśka pytała lub temat sam wypływał. W środku gorącego sierpnia, w dialogach przedsennych pada w końcu:
- Mamo, a kiedy ja pójdę do przedszkola?
- Pewnie we wrześniu, a chciałabyś już?
- Tak, bo ja już jestem duża i mam duuuuży mózg!!!
Nie wiem skąd się pojawił ten mózg i jak nastąpiła korelacja ale nie pierwszy raz mnie zadziwia własne dziecko :) Zamarłam z uśmiechem na ustach a ona najspokojniej na świecie usnęła. Od tego dnia temat pojawiał się regularnie i musieliśmy odpowiadać na niekończące się pytania. Trochę spokojniejsi odpowiadaliśmy cierpliwie licząc, że temat został w miarę możliwości oswojony.
Największy krok zrobiliśmy jednak dzięki Kudłatej. Nieświadomie pozwoliła Luśce poczuć dumę z zostania przedszkolakiem. Rano, przy ubieraniu, Kudłata często traci cierpliwość - w końcu przecież wstała i ja wstałam. Dlaczego więc zamiast zapewniać konsumpcję latam jak wariat łącząc ze sobą części garderoby i plotąc w biegu warkocze? Pojawia się marudzenie.
- Mamo, krzyczy Luśka, Tosia się złości! Czemu ona się złości? 
- złości się kochanie, bo też by chciała pójść do przedszkola, ale nie może bo jest za malutka
- naprawdę? A może zapytamy panią, może pozwoli tosiulce, ja się nią będę opiekować.
Pojechałyśmy. Śmiertelnie poważnie zapytałyśmy a pani równie poważnie zaprzeczyła. Kudłata trzymając się w konwencji, załkała.
- mamo, Tosi jest smutno że nie może ze mną pójść do przedszkola. Nie martw się Tosiulku, ja pójdę sama a potem wrócę i wszystko ci opowiem.
Tiaaa... się wzruszyłam oczywiście :)
Później przyszły dni adaptacyjne. Dwa mieliśmy - jeden z mamą i jeden z tatą.
- A Dlaczego nie możesz ze mną zostać dłużej?
- Wiesz, my byśmy bardzo chcieli, w przedszkolu podobno jest super! Ale Pani powiedziała że jesteśmy za starzy. Bardzo ją prosiliśmy i w końcu pozwoliła nam pobawić się z Tobą... ale tylko jeden dzień. Jeden dzień mama i jeden dzień tata.
- Ale dlaczego? (ulubione pytanie, artykułowane co najmniej sto razy dziennie)
- Rodzice są dorośli, a dorośli chodzą do pracy zarabiać pieniążki. nie mogą bawić się w przedszkolu, bo co by na to powiedział ich szef?
- Nu nu nu by powiedział.
- No właśnie.
Szybko nam minął ten wspólny czas w przedszkolu. Luśka bawiła się świetnie, ale jednak trzymała się blisko spódnicy/spodni. kiedy któreś z nas jej asystowało, organizowała kolegom i koleżankom różne aktywności, ale jeśli znikaliśmy z zasięgu wzroku natychmiast zaczynała nas szukać. Bardzo się starałam nie znikać, żeby czuła się bezpiecznie, ale szczerze mówiąc nie dało rady. W osłupieniu obserwowałam dzieci, którym na dniach adaptacyjnych towarzyszyli nie tylko oboje rodzice, ale i babcia a czasem nawet dziadek. Wyobraźcie więc sobie grupę 24 dzieci, i co najmniej dwa razy tyle rodziców kłębiących się po kolorowej wykładzinie i próbujących 'rozbawić' ewidentnie przestraszone maluchy. Makabra! Ale starałyśmy się (obie z Luśką) nie wchodzić nikomu w drogę. Dobrze pamiętam nasz strach na początku żłobka i w sumie rozumiałam tych rodziców. Dobrze zrozumiałam też panie ze żłobka, które rodziców twardo nie wpuszczały za próg szatni ;) Trzylatek rozumie znacznie więcej niż dwulatek i trudniej go przekonać do czegoś, czego nie chce.
Jak teraz wspominam pierwsze samodzielne dni Luśki-przedszkolaka, to chyba największym stresem dla niej był widok płaczących dzieci. Wchodziłyśmy do budynku w pierwszorzędnych nastrojach, otwieramy drzwi do szatni, a tam kolega z grupy wije się po podłodze w spazmach. Kątem oka zanotowałam panikę w Luśkowych oczach. Strasznie ciężko nam szło przebieranie
- Mamusiu, dlaczego dzieci płaczą?
- wiesz Poluś, niektóre dzieci w twojej grupie nigdy nie chodziły do żłobeczka
- dlaczego?
- niełatwo się dostać do żłobka, nie wszystkim się udaje. I wiesz, jak ktoś nie chodził do żłobka to teraz nie wie czy na pewno mama po niego przyjdzie i się boi.
- ale dlaczego?
- bo nigdy dotąd nie zostawała tylko z kolegami i z panią. A ty już zostawałaś i wiesz że jest fajnie
- no tak. Ale ty po mnie przyjdziesz mamo?
- jasne! Zawsze po Ciebię przyjdę - ja albo tata.

Potem już było dobrze. Najdumniejsza z dumnych wracała Luśka z przedszkola z naklejką na piersi. Dostała ją za bycie dzielną :) Teraz, jeśli z jakiegoś powodu zapomnimy, sama podkreśla po powrocie do domu - mamo, byłam dziś bardzo dzielna!

Ciężko mi na razie wypowiedzieć się o jakości przedszkolnego czasu i porównaniach żłobek-przedszkole. Ale na to mamy mnóstwo czasu więc temat na pewno wypłynie. Na razie cieszę się widząc że moja córka chętnie ubiera się rano i wychodzi z tatą do przedszkola. 



czwartek, 25 września 2014

Trzy lata, roku pół

Skończyło się lato dekady. Dawno nie mieliśmy tak słonecznych i udanych wakacji. Jeździliśmy, gościliśmy się, zwiedzaliśmy. Luśka poużywała sobie za wszystkie czasy! Słońce, woda, piasek, las... i pyszności :) Kudłata zdaje się również odczuwać satysfakcję z minionych miesięcy ;P A ja? Z końcem ciepłych dni, kiedy słońce przestało razić w oczy, ujrzałam z pełną ostrością, że oto mam w domu rasową trzylatkę i całkiem obiecującego półroczniaka. Jak ten czas leci... z nowicjuszki przeradzam się w prawdziwą multi-matkę ;P A trochę się bałam wakacji - Małż w pracy, Luśka w przerwie żłobkowo-przedszkolnej i wciąż jeszcze leżąca Kudłata. Ale jak zwykle okazało się, że strach ma wielkie oczy. Po pierwsze-starsza. Ostatnie miesiące przed ukończeniem przez Polę trzech lat był potężnym skokiem rozwojowym. Bunt dwulatka zgasł tak nagle jak się rozpalił i któregoś dnia moje dziecko po prostu obudziło się miłe, grzeczne i komunikatywne. Serio serio! To na pociechę wszystkim tym, którzy wciąż jeszcze tkwią lub dopiero wkraczają w ten wymagający świętej cierpliwości okres. Mija :) Nie żeby tak od razu złoto było i z brokatem, nie! Ale pokonaliśmy ogromną przepaść komunikacyjną i Luśka wyrasta na rozsądną i pomocną acz dowcipną młodą damę.

Po drugie-młodsza. W kółko powtarzam, że Kudłata to święte dziecko i w tej kwestii niewiele się zmieniło. Początkowo nawet martwiliśmy się z Małżem, że taki nam się spokojniaczek trafił co nie zawoła, nie dopomni się o swoje... bo ona tylko się uśmiechała :D Szybko się nauczyła walczyć o swoje, chociaż dalej robi to z wielkim taktem. Tośka to cudne, uśmiechnięte dziecko, które wszystko ciekawi i nic nie denerwuje. Śpi dobrze, je pięknie, lubi wszystko i wszystkich. Jak się zezłości to wszyscy wokół milkną - takie to dziwne :)

Radzimy sobie nie najgorzej (tak przynajmniej optymistycznie zakładam) chociaż czas, jeśli to w ogóle możliwe,  przy dwójce skurczył się jeszcze bardziej. Pamiętam pierwsze dni, kiedy zostawałam z dziewczynkami sama i bałam się wyjść na spacer z dwójką - Luśka nieokiełznana i nieprzewidywalna, Kudłata 'za mała' na wszystko. Jak sobie wyobraziłam, że Małż spóźnia się z pracy to pot mnie zimny oblewał :) Teraz za to wędrujemy we trzy na znaczne dystanse, jeździmy autobusami po całym mieście, robimy zakupy, Luśka rowerkuje a ja się cieszę że nasze puzzle tak ładnie się dopasowują.


Dużo radości daje mi to nasze bycie razem. Jakkolwiek to zabrzmi, dużo więcej niż za pierwszym razem. Czasem mam z tego powodu wyrzuty sumienia, choć wiem że tak w przypadku Luśki jak teraz przy Kudłatej dała z siebie wszystko. A jest inaczej. Bez napinki, która przy pierwszym dziecku towarzyszyła mi nieustannie. Wciąż zastanawiałam się czy na pewno jest dobrze i czy nie mogłoby być lepiej. Teraz też się zastanawiam, ale te myśli kwitną gdzieś głęboko w głowie i nie stanowią libretta mojego macierzyństwa. To nawet nie didaskalia. Po prostu są, a potem znikają pod galopadą zdarzeń.