piątek, 12 grudnia 2014

Nie na raz, nie na dwa...

Nie jestem Eko-freekiem. Wiem, może to niezbyt popularna deklaracja, ale nic nie poradzę, nie jestem i już. Podchodzę do kwestii rozsądnie (tak sobie lubię wmawiać) i adaptuję na swoje potrzeby to, co do mnie przemawia. W kwestii pieluch zawsze byłam małym leniuszkiem – po co się wysilać, skoro można radioaktywną (sic!) zawartość tuż po zdjęciu z pupy zgrabnie zwinąć i pozbyć się z pola widzenia? Łatwo, szybko i przyjemnie. Luśka była wdzięcznym testerem różnych jednorazówek, zgrabnej dupce nic nie dolegało i pięknie tolerowała nawet najbardziej ekonomiczne opcje. Przy Kudłatej kwestia nie była już tak oczywista… poza tym sytuacja materialna zmuszała do kalkulowania. I z tej ekonomii tak naprawdę zrodziła się ciekawość i chęć sprawdzenia pieluszek wielorazowych. Parę razy przymierzałam się, sprawdzałam strony internetowe… ale zawsze było coś pilniejszego. Aż miesiąc temu dostałam od firmy simed.pl do przetestowania taką właśnie wielorazową pieluszkę. Zrządzenie losu powiecie… ano tak :) Przez trzy tygodnie Kudłata paradowała z pupą otuloną pieluszką z kieszonką Mila.
 

 
 
Z infomacji na stronie producenta pieluszek: http://www.simed.pl/produkty/pieluszki-wielorazowe/
 
Rodzaje pieluszek:
Pieluszki z kieszonką - pieluszki posiadają kieszonkę, w której umieszczamy wkład chłonny. Warstwa mikropolarku oddziela pupę dziecka od wilgoci. Zewnętrzna warstwa pieluszki wykonana jest z nieprzepuszczającej wilgoci nowoczesnej warstwy PUL. Warto mieć więcej wkładów, gdyż pieluszka szybciej schnie i można jej szybciej użyć ponownie. Dzięki napom można regulować rozmiar i dopasować dokładnie do figury dziecka. Nasze pieluszki rosną razem z dzieckiem
Otulacz – Ma za zadanie chronić przed przeciekaniem i zapewnić żeby dziecko miało sucho, a zarazem pupa dziecka oddychała. W otulaczu można umieścić wkłady chłonne, ale może również służyć jako zewnętrzna warstwa do pieluszek tetrowych, formowanek. Idealnie dopasowuje się do pupy dziecka dzięki systemowi szybkich zapięć. Szybko schną.
Rodzaje wkładów:
Wkłady z mikrofibry - trójwarstwowe lub czterowarstwowe, bardzo chłonne, skutecznie zatrzymuje wilgoć w środku.
Wkłady bambusowe - trójwarstwowe lub czterowarstwowe. Wkłady szczególnie polecane do nauki korzystania z nocnika, gdyż pod naciskiem uwalnia niewielką ilośc wilgoci, dzieki czemu dziecko czuje że ma mokro. Bambus jest tkaniną naturalna, delikatną, antybakteryjną, więc nie wywołuje podrażnień.
Wkłady mikrofibra/bambus - trójwarstwowe lub czterowarstwowe. Z jednej strony delikatna mikrofibra, a z drugiej bambus.
 
Trafiła do nas bardzo dziewczęca pieluszka z kieszonką oraz dwa wkłady – z mikrofibry i bambusowy. Dodatkowo zestaw biodegradowalnych bibułek i estetyczna, nieprzemakalna torebka na zużyte pieluszki/wkłady.

Popatrzyłam na to cudo i pogłaskałam z niekłamaną przyjemnością. Jakoś tak pieluszki wielorazowe nigdy nie kojarzyły mi się z czymś przyjemnym. A tu zaskoczenie – pokrycie zewnętrzne pieluszki jest ultra miękkie i rozkoszne w dotyku, od strony wewnętrznej znajduje się równie mięciutki mikropolarek . Serduszka, choć słodkie to zupełnie nie z mojej bajki i następną sztukę (tak tak, będzie następna) zamówię już w monochromie. Upatrzyłam sobie na stronie przepiękną wersje miętową i lawendową. Co jeszcze? System napek rozstawiony tak, że spokojnie można dopasować na każde siedzenie. Kudłata jest raczej chudziaczkiem, dla niej więc wersja prawie maksymalnie dopięta, ale dla testu spróbowałam też zamontować pieluszkę na pupie Luśki. Ona też nie należy do słodkich klusek, ale swoje 15,7 kilo ma, a i na nią pieluszka była dobra. Gumki pieluszki dobrze przylegają ale nie uciskają i nie zauważyłam, żeby Kudłatej było w niej niewygodnie.
Jeśli chodzi o użytkowanie to na wejściu, jako totalny laik zaliczyłam pierwsze rozczarowanie. Zawsze wyobrażałam sobie, że z wielorazówkami to jest tak, że jak się dziecko zmoczy/zabrudzi, to po prostu wyciągasz i wymieniasz wkład… a tu niespodzianka. Wkład owszem, ale po umieszczeniu w kieszonce nie ma siły, całość jest do prania. Przy grubszych kwestiach trochę pomagają biodegradowalne bibułki, które znoszą konieczność płukania pieluszki z części stałych… ale nie zwalniają z prania. Jeśli mam być szczera to ten akurat element wydał mi się zupełnie zbyteczny, skoro już decydujemy się na wielorazówki. Ale niech tam, może kto wrażliwszy…  Tak czy inaczej dla mnie, totalnego pieluchowego laika, to było największe zaskoczenie. Teraz, kiedy już się trochę wdrożyłam wydaje mi się, że wystarczyłoby zamiast kieszonki wybrać otulacz, no ale to pozostaje do sprawdzenia.
 
Zarówno pieluszki jak i wkłady ładnie się piorą i szybko schną. Nie zanotowałam też negatywnych zmian w miękkości powierzchni – nic się nie mechaci i całość dalej wygląda ładnie. Jeśli chodzi o chłonność to nie zauważyłam wielkich odstępstw od jednorazówek. Zwykle po trzech godzinach wkład był jeszcze w miarę suchy. Materiały są naturalne, więc pupa oddycha i po zdjęciu pieluszki wydaje się być w dobrej kondycji. Nie odnotowałyśmy żadnych wpadek, nawet podczas dłuższych spacerów.
Podsumowując, dla nas to bardzo fajne rozwiązanie do domu. Podróżnie zostanę przy jednorazówkach, z czystego lenistwa. Będąc poza domem znacznie łatwiej jest po prostu zwinąć pieluszkę i wyrzucić :) Za to w domu z przyjemnością wykorzystam pieluszki Mila. Muszę się tylko zaopatrzyć w większy zapas otulaczy i wkładów… ach, no właśnie. To wcale nie jest takie drogie jak myślałam :D
 

 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Hello December!

Przyszedł. Niby zapowiedzianie ale jednak nas zaskoczył. Wytarmosił za nosy, wyszczypał uszy, zarumienił policzki. Wczorajszy spacer zamienił się w wyprawę na obcą, oszronioną wyboisto-twardą planetę. Luśka zachwycona przydomową ślizgawką, z zapamiętaniem deptała kruchy lód w maleńkich oczkach - choć jeden pozytyw mieszkania na wiecznej budowie :) Dla nas mroźny spacer to miła odmiana po dniach ciężkich od chlupy i wilgoci. Najmniej zadowolona była Kudłata, opatulona wielowarstwowo i praktycznie unieruchomiona. Zaliczyliśmy pierwszy w tym roku powrót do domu z czerwonymi nosami :D


Ukradkiem zerkam już w kierunku nowego roku. Patrzę na moje dziewczyny i wierzyć mi się nie chce, że już za chwilę Kudłatej stuknie rok. ROK! Jest taka inna, zmienia się z tygodnia na tydzień. Posadzona pięknie siedzi sama, poświęcając zabawkom absolutne sto procent uwagi. W ogóle jest bardzo uważna - na tym co robi skupia się niemożliwie - nawet jeśli jest to podnoszenie okruszka z podłogi, poświęca się pracy całkowicie i wyrwać ją z transu czasem bardzo trudno. Bardzo różni się od Luśki - jest wyciszona, małomówna, zdystansowana. Nic na siłę i nic na szybko. Wszystkiemu musi się przyjrzeć i ocenić czy warto poświęcać temu uwagę. W towarzystwie jest niebywale grzeczna, można ją zabrać absolutnie wszędzie i wszędzie będzie jej dobrze. Jest uroczą przytulanką - nikt się tak nie przytula, słowo daję. Choć precyzyjnie wybiera sobie towarzyszy przytulania i wbrew ogólnym wyobrażeniom, nie ma ich wcale wielu, tylko najbliższe osoby. Reszta musi się zadowolić kontaktem z dystansu, ale  i ten jest wielce miły, bo Kudłata cały czas się uśmiecha. Lubi śpiewanki i rymowanki, a nade wszystko lubi swoją starszą siostrę.

Luśka za to eksploruje. Stała się przedszkolakiem pełną gębą, z głową pełną niewiarygodnych opowieści i ustami pełnymi mądrości... albo mądralińskości :) We wszystkim pomaga, wie jak wszystko zrobić, i nawet jeśli nie życzy sobie uczestniczyć, chętnie podrzuci jakąś złotą radę. Sama sprząta swój pokój, co jest dla nas krokiem milowym. Zamieniła poranne mleko na kakao. Ma ogromną wyobraźnię, z której korzysta na potęgę - jej opowieści wymagają czasem dwu-trzykrotnej konfrontacji z bohaterami, żeby ocenić czy coś się zdarzyło naprawdę, czy niekoniecznie. Ma wymyśloną przyjaciółkę Jolę. Jola wie wszystko, wszędzie była i wszystko robiła. Nie ma rzeczy, która byłaby Joli obca. Ale Jola jest starsza i chodzi do innego przedszkola, więc Luśka z rzeczywistością radzi sobie sama :) Przezabawne i urocze, bo pokazuje POTĘGĘ tego małego mózgu i jego sposobów na interpretację trudnej czasem codzienności.

Szykujemy się do Świąt. Nasz aktywnościowy kalendarz adwentowy został Luśkowym schowkiem na różne różności, matce ostały się jeno schowane doń zadania. Pierwsze już zrealizowane. Odwiedziliśmy wczoraj Lodową Krainę w naszym Centrum Handlowym (btw. Sylwia i Julka, dziękujemy Wam za inspirację). Pozostałe zadania to miks 'świątecznych porządków', wspólnego pichcenia, zimowych wycieczek i rękodzieła wszelakiego. Co jeszcze w naszym kalendarzu?

- babeczki malinowe z bezą (nasze popisowe słodkości. Luśka uwielbia, teraz ma w planie udekorować je specjalnie, bo: beza też będzie miała święty)
Zdjęcie (i przepis) pochodzą ze strony http://www.kwestiasmaku.com/zielony_srodek/granat/babeczki_z_beza/przepis.html

- świąteczne porządki w zabawkach, przygotowanie zabawek do oddania
- łapkowy wieniec
źródło: http://pl.pinterest.com/pin/273875221059142312/
- sortowanie (my nie mamy dzwoneczków, ale mamy różne typy słodkich perełek, gwiazdek, itp. 

źródło:http://pl.pinterest.com/pin/116882552800788107/
- przygotowanie dekoracji okiennych do pokoju dziewczynek

- pieczenie ciasteczek dla mikołaja

- w ubiegłym roku robiłyśmy bałwanki z waty (o tu). W tym roku przegrzebałam Pinterest i znalazłam kilka nowych inspiracji bałwankowych. Bałwanki muszą być :D



- coroczna wyprawa na Warmiński Jarmark Świąteczny

źródło:http://www.jarmark.olsztyn.eu/index.php/pl/program
- piernikowa ciastolina
źródło: http://pl.pinterest.com/pin/161144492892636559
- przygotowanie karmnika dla zimowych gości
źródło: http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/51,34959,13180250.html?i=25


- rodzinne poszukiwanie choinki

- choinkowe malowanki
źródło:http://pl.pinterest.com/pin/382313455840355044/

- pamiątkowe karty z roku 2014
źródło: http://pl.pinterest.com/pin/68257750578471103/

- wspólne pieczenie pierniczków

- bitwa na śnieżki... przy odrobinie szczęścia.

- śniegowe 'kule'
źródło:http://pl.pinterest.com/pin/381820874629765367/
- rodzinne ubieranie choinki

Szykuje się pracowity grudzień. Oby śnieżny i oby bez chorób. Bo że będzie hałaśliwie i wesoło to rzecz pewna :D


sobota, 11 października 2014

Miałam plan

Przyszło na mnie kilka MEGA niedospanych nocy i wykiełkował mi w głowie niecny plan. Napiszę o skoku rozwojowym, co to go Kudłata niechybnie przechodzi, o dwóch jedynkach które zmasowały atak i pojawiły się jednocześnie po kilku miesiącach ślinotoku. O błyskawicznej nauce przywoływania matki rodzicielki ostrymi tony i wywołania natychmiastowych palpitacji udawanym charczeniem.  Miałam plan. A potem machnęłam Kudłatej w tatusiowych ramionach fotkę.


Plan runął. Tkwię w niemym zachwycie. Niezmiennie.

poniedziałek, 29 września 2014

Przedszkolak

Od pierwszego września Luśka powędrowała do trzylatków. Powędrowała chętnie i bez oporów, bo bardzo już tęskniła za dziećmi. Obawialiśmy się zmiany budynku, pań, kolegów bo Luśka naprawdę pokochała swój żłobek i ciocie. I nawiązała w grupie pierwsze przyjaźnie a większość z jej koleżanek i kolegów z grupy pozostała w żłobkowej grupie przed-przedszkolnej. O pójściu do przedszkola mówiłyśmy sobie wielokrotnie podczas naszej drogi porannej, bo Luśkowy żłobek 'siatka w siatkę' z przedszkolem. Pola chciała wiedzieć, czemu ona tu a inne dzieci tam więc kolejność na drodze edukacyjnej miała opanowaną. Ale wiedzieć to nie to samo co doświadczyć. Kiedy więc zaczęły się wakacje zaczęliśmy, najpierw niby przypadkiem i przy okazji, a później już normalnie rozmawiać z nią o "tym nowym". Opowiadaliśmy co to znaczy zamienić żłobek na przedszkole. Że gdzie indziej - parę razy pojechaliśmy pod nowe przedszkole na spacer, obejrzeliśmy z zewnątrz plac zabaw, wspólnie pozaglądaliśmy przez dziury w siatce :) Że nowe panie - już nie ciocie, ale może tak samo fajne i miłe. Że nowi koledzy - bo maluszki zostają w żłobku a Luśka już przecież wyrosła ze żłobkowych półeczek, krzesełek i stoliczków. Że dalej będzie się głównie bawić ale też będzie się uczyć wielu nowych, ciekawych rzeczy. Tak sobie opowiadaliśmy, ale nie na siłę i raczej wtedy, kiedy Luśka pytała lub temat sam wypływał. W środku gorącego sierpnia, w dialogach przedsennych pada w końcu:
- Mamo, a kiedy ja pójdę do przedszkola?
- Pewnie we wrześniu, a chciałabyś już?
- Tak, bo ja już jestem duża i mam duuuuży mózg!!!
Nie wiem skąd się pojawił ten mózg i jak nastąpiła korelacja ale nie pierwszy raz mnie zadziwia własne dziecko :) Zamarłam z uśmiechem na ustach a ona najspokojniej na świecie usnęła. Od tego dnia temat pojawiał się regularnie i musieliśmy odpowiadać na niekończące się pytania. Trochę spokojniejsi odpowiadaliśmy cierpliwie licząc, że temat został w miarę możliwości oswojony.
Największy krok zrobiliśmy jednak dzięki Kudłatej. Nieświadomie pozwoliła Luśce poczuć dumę z zostania przedszkolakiem. Rano, przy ubieraniu, Kudłata często traci cierpliwość - w końcu przecież wstała i ja wstałam. Dlaczego więc zamiast zapewniać konsumpcję latam jak wariat łącząc ze sobą części garderoby i plotąc w biegu warkocze? Pojawia się marudzenie.
- Mamo, krzyczy Luśka, Tosia się złości! Czemu ona się złości? 
- złości się kochanie, bo też by chciała pójść do przedszkola, ale nie może bo jest za malutka
- naprawdę? A może zapytamy panią, może pozwoli tosiulce, ja się nią będę opiekować.
Pojechałyśmy. Śmiertelnie poważnie zapytałyśmy a pani równie poważnie zaprzeczyła. Kudłata trzymając się w konwencji, załkała.
- mamo, Tosi jest smutno że nie może ze mną pójść do przedszkola. Nie martw się Tosiulku, ja pójdę sama a potem wrócę i wszystko ci opowiem.
Tiaaa... się wzruszyłam oczywiście :)
Później przyszły dni adaptacyjne. Dwa mieliśmy - jeden z mamą i jeden z tatą.
- A Dlaczego nie możesz ze mną zostać dłużej?
- Wiesz, my byśmy bardzo chcieli, w przedszkolu podobno jest super! Ale Pani powiedziała że jesteśmy za starzy. Bardzo ją prosiliśmy i w końcu pozwoliła nam pobawić się z Tobą... ale tylko jeden dzień. Jeden dzień mama i jeden dzień tata.
- Ale dlaczego? (ulubione pytanie, artykułowane co najmniej sto razy dziennie)
- Rodzice są dorośli, a dorośli chodzą do pracy zarabiać pieniążki. nie mogą bawić się w przedszkolu, bo co by na to powiedział ich szef?
- Nu nu nu by powiedział.
- No właśnie.
Szybko nam minął ten wspólny czas w przedszkolu. Luśka bawiła się świetnie, ale jednak trzymała się blisko spódnicy/spodni. kiedy któreś z nas jej asystowało, organizowała kolegom i koleżankom różne aktywności, ale jeśli znikaliśmy z zasięgu wzroku natychmiast zaczynała nas szukać. Bardzo się starałam nie znikać, żeby czuła się bezpiecznie, ale szczerze mówiąc nie dało rady. W osłupieniu obserwowałam dzieci, którym na dniach adaptacyjnych towarzyszyli nie tylko oboje rodzice, ale i babcia a czasem nawet dziadek. Wyobraźcie więc sobie grupę 24 dzieci, i co najmniej dwa razy tyle rodziców kłębiących się po kolorowej wykładzinie i próbujących 'rozbawić' ewidentnie przestraszone maluchy. Makabra! Ale starałyśmy się (obie z Luśką) nie wchodzić nikomu w drogę. Dobrze pamiętam nasz strach na początku żłobka i w sumie rozumiałam tych rodziców. Dobrze zrozumiałam też panie ze żłobka, które rodziców twardo nie wpuszczały za próg szatni ;) Trzylatek rozumie znacznie więcej niż dwulatek i trudniej go przekonać do czegoś, czego nie chce.
Jak teraz wspominam pierwsze samodzielne dni Luśki-przedszkolaka, to chyba największym stresem dla niej był widok płaczących dzieci. Wchodziłyśmy do budynku w pierwszorzędnych nastrojach, otwieramy drzwi do szatni, a tam kolega z grupy wije się po podłodze w spazmach. Kątem oka zanotowałam panikę w Luśkowych oczach. Strasznie ciężko nam szło przebieranie
- Mamusiu, dlaczego dzieci płaczą?
- wiesz Poluś, niektóre dzieci w twojej grupie nigdy nie chodziły do żłobeczka
- dlaczego?
- niełatwo się dostać do żłobka, nie wszystkim się udaje. I wiesz, jak ktoś nie chodził do żłobka to teraz nie wie czy na pewno mama po niego przyjdzie i się boi.
- ale dlaczego?
- bo nigdy dotąd nie zostawała tylko z kolegami i z panią. A ty już zostawałaś i wiesz że jest fajnie
- no tak. Ale ty po mnie przyjdziesz mamo?
- jasne! Zawsze po Ciebię przyjdę - ja albo tata.

Potem już było dobrze. Najdumniejsza z dumnych wracała Luśka z przedszkola z naklejką na piersi. Dostała ją za bycie dzielną :) Teraz, jeśli z jakiegoś powodu zapomnimy, sama podkreśla po powrocie do domu - mamo, byłam dziś bardzo dzielna!

Ciężko mi na razie wypowiedzieć się o jakości przedszkolnego czasu i porównaniach żłobek-przedszkole. Ale na to mamy mnóstwo czasu więc temat na pewno wypłynie. Na razie cieszę się widząc że moja córka chętnie ubiera się rano i wychodzi z tatą do przedszkola. 



czwartek, 25 września 2014

Trzy lata, roku pół

Skończyło się lato dekady. Dawno nie mieliśmy tak słonecznych i udanych wakacji. Jeździliśmy, gościliśmy się, zwiedzaliśmy. Luśka poużywała sobie za wszystkie czasy! Słońce, woda, piasek, las... i pyszności :) Kudłata zdaje się również odczuwać satysfakcję z minionych miesięcy ;P A ja? Z końcem ciepłych dni, kiedy słońce przestało razić w oczy, ujrzałam z pełną ostrością, że oto mam w domu rasową trzylatkę i całkiem obiecującego półroczniaka. Jak ten czas leci... z nowicjuszki przeradzam się w prawdziwą multi-matkę ;P A trochę się bałam wakacji - Małż w pracy, Luśka w przerwie żłobkowo-przedszkolnej i wciąż jeszcze leżąca Kudłata. Ale jak zwykle okazało się, że strach ma wielkie oczy. Po pierwsze-starsza. Ostatnie miesiące przed ukończeniem przez Polę trzech lat był potężnym skokiem rozwojowym. Bunt dwulatka zgasł tak nagle jak się rozpalił i któregoś dnia moje dziecko po prostu obudziło się miłe, grzeczne i komunikatywne. Serio serio! To na pociechę wszystkim tym, którzy wciąż jeszcze tkwią lub dopiero wkraczają w ten wymagający świętej cierpliwości okres. Mija :) Nie żeby tak od razu złoto było i z brokatem, nie! Ale pokonaliśmy ogromną przepaść komunikacyjną i Luśka wyrasta na rozsądną i pomocną acz dowcipną młodą damę.

Po drugie-młodsza. W kółko powtarzam, że Kudłata to święte dziecko i w tej kwestii niewiele się zmieniło. Początkowo nawet martwiliśmy się z Małżem, że taki nam się spokojniaczek trafił co nie zawoła, nie dopomni się o swoje... bo ona tylko się uśmiechała :D Szybko się nauczyła walczyć o swoje, chociaż dalej robi to z wielkim taktem. Tośka to cudne, uśmiechnięte dziecko, które wszystko ciekawi i nic nie denerwuje. Śpi dobrze, je pięknie, lubi wszystko i wszystkich. Jak się zezłości to wszyscy wokół milkną - takie to dziwne :)

Radzimy sobie nie najgorzej (tak przynajmniej optymistycznie zakładam) chociaż czas, jeśli to w ogóle możliwe,  przy dwójce skurczył się jeszcze bardziej. Pamiętam pierwsze dni, kiedy zostawałam z dziewczynkami sama i bałam się wyjść na spacer z dwójką - Luśka nieokiełznana i nieprzewidywalna, Kudłata 'za mała' na wszystko. Jak sobie wyobraziłam, że Małż spóźnia się z pracy to pot mnie zimny oblewał :) Teraz za to wędrujemy we trzy na znaczne dystanse, jeździmy autobusami po całym mieście, robimy zakupy, Luśka rowerkuje a ja się cieszę że nasze puzzle tak ładnie się dopasowują.


Dużo radości daje mi to nasze bycie razem. Jakkolwiek to zabrzmi, dużo więcej niż za pierwszym razem. Czasem mam z tego powodu wyrzuty sumienia, choć wiem że tak w przypadku Luśki jak teraz przy Kudłatej dała z siebie wszystko. A jest inaczej. Bez napinki, która przy pierwszym dziecku towarzyszyła mi nieustannie. Wciąż zastanawiałam się czy na pewno jest dobrze i czy nie mogłoby być lepiej. Teraz też się zastanawiam, ale te myśli kwitną gdzieś głęboko w głowie i nie stanowią libretta mojego macierzyństwa. To nawet nie didaskalia. Po prostu są, a potem znikają pod galopadą zdarzeń.


poniedziałek, 14 lipca 2014

nowa miłość

Strach był. Poza obawą o to, że drugie dziecko mnie Luśce "zabierze" najbardziej bałam się tego, że dziewczyny zwyczajnie się nie polubią. Że Pola będzie zła i zazdrosna, że nie zrozumie fenomenu potrzeb noworodka a potem niemowlaka. Że Tosia nie zniesie hałaśliwej i nadaktywnej starszej siostry. Że będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Tak bardzo się myliłam :)


 Od pierwszej chwili. Od pierwszego dnia.


Kocha. Tuli. Opowiada.


Tłumaczy jej świat po swojemu.


Uczy i bawi. Jednym słowem - trzymają sztamę :D


 A mnie od patrzenia na tę nową czystą miłość dech zapiera. I oczy mam ciągle mokre. Moje córki,moje serce... moja duma :)

środa, 28 maja 2014

Rządzę :)


 Na co dzień wszyscy się spieszymy, większość dni jest wypełnionych od rana do pory kąpieli i spania. Pobudka Tośki piąta z hakiem - dla niej to już początek dnia choć ja dałabym wiele, żeby zapadła w słodki sen chociaż na pół godziny... na kwadrans chociaż :) Pobudka Luśki tuż po szóstej. To barbarzyńska pora, czemu wyraz Luśka daje dobitnie. Ale wyjścia nie ma, w tle słychać już tatę szykującego poranną porcję kawy/herbaty/mleka. Poranne korki są bezlitosne więc margines czasu na dotarcie do żłobka i pracy musi być znaczny. Święta Tośka w tym czasie czeka - jak zawsze niewiarygodnie cierpliwie, z oszałamiającym uśmiechem na ustach :) Mycie, czesanie, mleko, ubieranie... i kwadrans przed siódmą zostajemy same. Karmienie. Później jedni mają czas na drzemkę a drudzy na śniadanie, sprzątanie, mycie, ubieranie, porządkowanie - wygląda to na jeden wielki chaos, ale jest jak w kalejdoskopie, wszystko precyzyjnie rozplanowane. Jeśli mam szczęście zdążę wypić herbatę. Jeśli nie, znajome odgłosy dopadają mnie gdzieś pomiędzy zadaniami wytrącając z roboczego trybu. Zasuwam do sypialni i od progu wita mnie, a jakże, promienny uśmiech. Gdyby nie ciemności jestem przekonana, że i w nocy widziałabym na Tośkowej buzi cień uśmiechu. W życiu nie spotkałam tak pozytywnie nastawionej jednostki, o niemowlaku nie wspomnę :) Dni mijają jak z bicza strzelił. Wiele moich obaw dotyczących życia we czworo się nie potwierdziło...
Po pierwsze zazdrość - Luśka jest zazdrosna. I kropka. Słyszymy to często mniej lub bardziej bezpośrednio, ale nigdy nie odbiło się to na Tosi. Jej złość, potrzeba skupienia uwagi, pretensje kierowane są do nas nie do Młodszej. Ją kocha bardzo. Bardzo. I nie sądzę żeby myślała, że Tośka coś jej odbiera...
Po drugie choroby. Luśka jest żłobkowa, więc tego baliśmy się najbardziej. Że infekcja za infekcją, że chorować będą obie w kółko. Zastanawialiśmy się nawet nad zabraniem Starszej ze żłobka. A jednak nie :) Owszem, zaliczyliśmy już pierwszą infekcję, ale moje czarne scenariusze zupełnie się nie sprawdziły. A najtrudniejsze miesiące już prawie za nami :)
Po trzecie koordynacja. Przy ruchliwej i hałaśliwej Luśce, skrajnie do matki przywiązanej, zgranie trybów dnia wydawało mi się nierealne :)))
Tak naprawdę spodziewałam się, że będzie trudniej. Że będę chronicznie niewyspana, przerażona. Że oczy będą mi latać wokół głowy a na dźwięk dziecięcego głosiku błyskawicznie będę dostawać wysypki. Że ogarnięcie tego bajzlu mnie przerośnie. Nie przerosło. Nie mam wiele czasu na tak zwane kwestie poboczne, ale i ten temat ogarniemy. Jednym słowem matka mistrzynią organizacji!


wtorek, 15 kwietnia 2014

Wyższy poziom

Tośka. Wiek: tydzień szósty. Zrodzona z matki wariatki i ojca zen. Płeć: żeńska (zdecydowanie, nie dam się ponieść źle pojętej filozofii gender). Włosy: wciąż czarne i szalone. Oczy: porażająco niebieskie. Koloryt: południowotatarski (po mamusi). Masa: 4300g z odrobiną niemowlęcego ciałka, ale w dalszym ciągu długonogi kurczak. Charakter: ostoja spokoju. Stosunek do życia: zdecydowanie zdystansowany ;P
Rozpoczynamy erę szeroko otwartych oczu i ust. Podziwiania świata, najlepiej z wysokości dorosłego i ssania-dziamgania o każdej porze dnia i nocy.



Bardzo mi się podoba ta nowa Tosia - zainteresowana życiem :))) Luśce też się podoba, że nowa siostra przejawia nowe cechy człowiecze. Dopiero co przywykła do cichej i ciepłej lali śpiącej w łóżku lub przy piersi a tu proszę, niespodzianka! Dziewczynki się kochają... bardzo. Ze strony starszej jest to miłość gwałtowna i szalona, nieco zaborcza i trudna do opanowania. Objawiająca się gorącymi uściskami, całusami, tarmoszeniem i wyśpiewywaniem piosenek o Tosi i dla Tosi - niestety zwykle na pełen regulator niezależnie od pory dnia. Matkę przy tych okazjach regularnie krew zalewa albo zimny pot oblewa. Młodsza natomiast znosi z godnością, ba! Nawet z pewną dozą upodobania :) Miłość Tosina jest spokojna jak i sama młoda dama. Wyraża się w poszukiwaniu wzrokiem źródła wiecznego zamieszania i w uśmiechach. Bo to Luśka zasłużyła na pierwszy "prawdziwy" uśmiech młodszej siostry.
Życie z dwójką... no cóż, prawdziwy survival - selekcja wysiada :) I nie ma co oszukiwać że łatwo. Za to z całą pewnością barwnie. Jeszcze nigdy mi tak barwnie nie było :D Nawet przy tak spokojnym drugim potomku. Nawet przy pierwszym żłobkującym. Nawet przy zaangażowanym partnerze. Ale nie wymiękam i nawet po cichutku, nieco nieśmiało, przyznaję sobie samej nagrodę za przetrwanie najtrudniejszego okresu. A teraz dalej, do boju! W tym tygodniu pierwsze szczepienia.

środa, 12 marca 2014

kudłata małpka vol. 2



Rzutem na taśmę, tuż przed Dniem Kobiet, powitaliśmy na świecie córkę numer dwa :) Po raz kolejny znienacka i niezupełnie zgodnie z planem, ale efekt przeszedł nasze oczekiwania ;P Za wcześnie jeszcze na relację porodową i szersze wrażenia z powrotu do domu... musimy trochę okrzepnąć i nabrać dystansu. Ale będzie, z czasem. Na powitanie Tosia w wersji "pierwszodniowej"



czwartek, 27 lutego 2014

Nocnikowe love i 38 tydzień

Udało się! Długo nie chciałam się chwalić, żeby nie zapeszyć, ale od kilku miesięcy Luśka korzysta z pieluszek tylko na noc i dłuższe podróże. Radość nasza wielka tym bardziej, że już wkrótce wydatki na pieluchy ulegną co najmniej podwojeniu (!). Jest więc realna szansa na uniknięcie rodzinnego bankructwa ;))) Młoda Dama dumna jest z siebie prawie tak jak my... ale nasza droga do pożegnania pieluszek była długa i kręta, oj kręta!
Luśkowa przygoda z nocnikiem zaczęła się około 10 miesiąca życia. Opiekujący się Polą dziadek, jako jednostka uparta i konsekwentna, sadzał małą dupkę na nocnik regularnie. Siadanie odbywało się chętnie i bez oporów, ze skutkami jak to w tym wieku bywało różnie. Udało się, albo i nie, ale każdy sukces witany był z ogromnym entuzjazmem. Niestety nie mogę powiedzieć, żeby nocnikowy bakcyl został chwycony. Nie wiadomo też dokładnie co się stało (każdy z zainteresowanych, poza Luśką oczywiście, ma swoją wersję) w każdym razie w którymś momencie nocnik stał się wrogiem numer jeden. Być może winny był epizod zaparć, przez który cała procedura zaczęła się kojarzyć z bólem? Nie wiem. Faktem jest, że po ukończeniu roku Pola zaczęła reagować na nocnik alergicznie. Zapytana twardo obstawała przy tym, że jej się wcale nie chce, absolutnie. Posadzona mimo wszystko darła się w niebogłosy, sztywniała od czubka głowy po koniuszki palców i zwiewała z 'narzędzia tortur' przy najmniejszym obniżeniu czujności. Trudno, pomyśleliśmy - ma jeszcze czas. Ten jednak, jak wiadomo, płynie nieubłaganie i nie wiadomo kiedy Luśce stuknęły dwa lata. Lekarstwem na nocnikowe strachy okazał się nieoceniony żłobek. Wspólne "posiadówki" nie tylko przekonały moją córkę, że każdy robi siku ale też pozwoliły poczuć ducha wspólnoty, co zaowocowało skokowym odstawieniem pieluch. Wysoce społeczna ta moja córa, bo okazuje się, że na nią jedną zakład opieki zbiorowej w tej kwestii dotychczas podziałał :) Tak czy inaczej, zupełnie z zaskoczenia (a jakże!) po ukończeniu magicznego 2 i 2, Młoda Dama zaczęła sygnalizować i realizować swoje potrzeby w miejscach temu przeznaczonych.  A jaka z siebie zadowolona! Bo trzeba Wam wiedzieć, z jakiegoś powodu zawołanie: mamo, ja chce siusiu/kupę! lub mamo, już zrobiłam siusiu/kupę! wywołuje okrzyki podziwu, oklaski i w ogóle do czerwonego dywanu rozwijanego pod nocnikiem niewiele brakuje :))) Cieszy się zatem Luśka, cieszymy się i my :D Wpadki szczęśliwie można liczyć na palcach kończyn górnych, co nie znaczy że się nie zdarzają.

Z frontu działań Drugiego Potomka: ciągle w dwupaku. Choć są momenty kiedy wydaje mi się, że Druga się zcwaniła i zamierza wydostać się ze mnie drogami natury przez powłoki brzuszne, bądź nieistniejącą już dziurę w pępku. Fachowiec w tej dziedzinie zapewnia, że nie jest to możliwe bez użycia narzędzi, ja jednak patrząc na mój sponiewierany brzuch nie byłabym taka pewna... dzieci w końcu stale nas zaskakują ;P


piątek, 7 lutego 2014

uzupełniam zaległości

Tak postanowiłam. Zanim na nowo porwie mnie noworodkowy wir, postanowiłam sobie uzupełnić możliwie dużo luk jakie sama sobie stworzyłam ;)

Dawno, dawno temu - ze dwa miesiące już będą, zostałam nominowana przez Sylwię do nagrody Versatile Blogger Award :D 


Szalenie miłe to wyróżnienie i wcale o nim nie zapomniałam, tylko... wiadomo, codzienność :)

Zasady:
- pochwalić się Nominacją - więc chwalę się oficjalnie :)
- napisać o sobie 7 rzeczy, których o mnie nie wiecie 
- nominować 7 innych Blogerów, zapraszając tym samym ich do zabawy
- poinformować wspomnianych wyżej o Nominowaniu.

Czytając Wasze blogi zwróciłam uwagę, że większość już wzięła udział w tej zabawie, wiec pominę dwa ostatnie punkty - jeśli zaś ktoś mi umknął, niech czuje się nominowany :D



Czego o mnie nie wiecie?

1. Jestem mańkutem. Totalnym :) Jestem leworęczna, lewonożna, lewooczna ... i co tam jeszcze może być lewostronne.

2.  Gazety zawsze czytam od ostatniej strony.

3. Prawie połowę życia spędziłam w harcerstwie i szczerze uważam, że to doświadczenie w znacznej mierze ukształtowało mój sposób patrzenia na świat i ludzi.

4. Pasjami zaglądam ludziom w okna. Chętnie wychodzę na spacery wieczorami, kiedy okna mieszkań i domów są rozświetlone i zaglądam. Z jakiegoś powodu wnętrza domów w których toczy się 'inne' życie uspokajają mnie i pozwalają nabrać dystansu do własnych problemów. Nie interesuje mnie CO się dzieje za szybą - ważne że się dzieje.

5. Nie lubię cukru. Słodyczy. Ciast. Czekolada mogłaby dla mnie nie istnieć. Natomiast nie nadaję się na wegetarianina.

6. Mam zdolność totalnego zamknięcia się w sobie i odcięcia od świata w dowolnym momencie. Przychodzi moment-klik-i nie istnieję. Znikam w swoim świecie.

7. Mam szaloną pamięć. Niezauważenie zapełniam mózg ciągami cyfr. I są to nie tylko daty urodzenia i numery telefonów rodziny, przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Odruchowo wchodzą mi w głowę również pesele, NIPy i numery kont :)

To tyle... żeby nie zdradzić za dużo ;P

poniedziałek, 3 lutego 2014

Mam za sobą

Trzydzieści trzy lata w, mocno obecnie nadwątlonym, przekonaniu o swojej wyjątkowości.
Trzydzieści pięć tygodni ciąży w oparach wirusów i absurdu.
Pięć i pół godziny spędzonych w szpitalu na potwierdzaniu krzywą glukozową cukrzycy ciążowej co to jej nie mam.
Jeden tyłek (większą ilością nie dysponuję) obity bo jest "marznący deszcz" i niedziela (że też akurat w takich momentach prognozy muszą się sprawdzać!).
Tysiącpięćsetstodziewięćset nieprzespanych nocy bez obietnicy poprawy.
Czterysta śródnocnych rozmów o życiu zakończonych zaśnięciem współrozmówcy.
Ofnaście prób przekonania dwuipółlatki, że śpiewanie "całuski, całuski, dzisiaj dla was mamy" o 2:53 nie jest najszczęśliwszym pomysłem.
Jedną dawkę leków przeciwgorączkowych podaną w przypływie paniki o 3:59, kiedy już wiadomo było że te całuski to nie "wielka miłość" tylko 39,8 stopnia.
Osiemnaście rolek papieru toaletowego "soft" zużytego na wycieranie nosa, nakrywanie stołu, projektowanie materiałów opatrunkowych różnej maści oraz projektowanie dróg i mostów.
Dziewięć i pół strony publikacji naukowej do czasopisma o międzynarodowym zasięgu, z których po ponownym przeczytaniu rozumiem trzy.
Jednego Małża owładniętego przez zen w najmniej odpowiednich momentach.
Pół przypadku buntu dwulatka oraz pół przypadku buntu trzylatka... choć tu proporcje są płynne :)

I co? Że niby bilans niekorzystny?

środa, 29 stycznia 2014

Nowy rok, stare buty

Znowu przechorowałam dwa tygodnie :( Podmianka 13 na 14 z początkiem stycznia niewiele zmieniła i niestety tym razem skończyło się na antybiotyku. Słowo daje, przechorowałam całą ciążę. I mimo wszelkich porównań, dolegliwości czy wiekopomnych momentów, to jedno pozostanie mi w pamięci po ciąży numer dwa. Nic innego mi tak upierdliwie życia nie utrudniało przez ostatnich osiem miesięcy ;) Tymczasem ostatnia prosta i wiemy już, że w marcu nastąpi nieuchronne powiększenie babińca : D Ja się ucieszyłam jak nie wiem co, Małż zaczął rozważać nabycie stada psów/kotów płci męskiej dla przywrócenia równowagi (rybki się nie sprawdzają, nawet pan akwarysta nie ma pewności). Trwają debaty imienne...chociaż, w zasadzie to moje monologi. Dumny ojciec zapiera się wszystkimi kończynami przed wcześniejszym wyborem grożąc poważnymi konsekwencjami ;) Luśka też ma swoje typy... w zależności od aktualnie obejrzanej/przeczytanej bajki może być Gucio, Butek albo Po :)