sobota, 24 grudnia 2011

Na gorąco i na pół świątecznie

Wyszło jak wyszło i życzenia zamiast formy przemyślanej i literackiej będą pospieszne, choć szczere... niedawno dopiero wróciłyśmy z Luśką z upojnych wczasów szpitalnych i do tej pory nam się czkawką odbija więc nie mam jak i kiedy tych przebojów opisać.
Zanim więc dłuższe wywody, dziś życzę Wam wszystkim Świąt przede wszystkim spokojnych i niezmąconych żadnymi niemiłymi przygodami. Pachnących i połyskujących. Śpiewająco - przytulaśnych. Nawet nie wiem kiedy, ale stałyście się dla mnie niezwykle ważne, więc jak najlepszym przyjaciołom, choć wirtualnie życzę wam Wesołych Świąt!!!!

czwartek, 1 grudnia 2011

debiutantka

Tak oto, z okazji niedawnej czteromiesięcznicy Luśka zadebiutowała w roli modelki. Przyznajcie, oczy ma takie hipnotajzing że tap madl wysiada, co?

środa, 23 listopada 2011

fatałaszki



Może ja jestem dziwna, ale nie pałam przesadną miłością do różu… i jakoś mi się w głowie nie łączy żeńska płeć mojego pisklaka z koronkami i tiulami w tym, ładnym skądinąd kolorze.  Ubieram wobec tego moje dziecko w kolory, które mnie samej odpowiadają najbardziej, gdyż jak wiadomo Luśce najbardziej odpowiada nagość i preferencji kolorystycznych w kwestii łaszków nie ma żadnej – wszystko co trzeba przełożyć przez głowę i w co trzeba upchnąć wiecznie poszukujące rączki jest witane z taką samą niechęcią :) Spotykam się w związku z tym z ciągłym obstrzałem, bo rzekomo ubieram Polcię jak chłopczyka i się jej potem w głowie pomiesza… a ja się pytam- od czego???? Od beży, żółci turkusów i zieleni? Czy może od fioletów, granatów  i pomarańczy? A może to od ciuchci, samolotów, dinozaurów, piesków, kotków moja Luśka ma mieć w przyszłości problemy z identyfikacją własnej płci??? Złości mnie ten trend straszliwie… i nie zamierzam się mu poddawać, nawet jeśli wszystkie ciocie „dobra rada” mają przez to po nocach nie spać, ot co!

czwartek, 17 listopada 2011

bezmyślność gorsza od faszyzmu ;))


Uhhh… kto by się spodziewał? Czasem tak drobne rzeczy powodują całkowity kataklizm, że aż trudno uwierzyć. Jesteśmy po całkowicie nieprzespanej nocy. Luśka budziła się z bólem brzuszka, marudna i płacząca od ułożenia do snu aż po blady świt. Kwadrans karmienia, dziesięć minut zasypiania, odłożenie do łóżeczka, mama zakopuje się w kołdrę, oko przymyka… mija dziesięć minut i pobudka. Znowu domaga się karmienia, znowu usypianie, odkładanie… i za kwadrans dzień świstaka. Makabra normalnie. W końcu wymęczona zasnęła dziesięć po szóstej. A źródłem tego Armagedonu okazały się całkowicie niewinnie wyglądające owoce Goji, które chcąca dowitaminizować mamę prababcia dodała do herbaty. Mało myśląca mama ( w tej roli nieodmiennie ja) jagódki słodkie spożyła zanim zastanowiła się nad brzemieniem skutków takich nieprzemyślanych decyzji. Tym samym zafundowałam młodej noc pełna wrażeń – sobie też, ale jako autorce zamieszania, mnie akurat się należało. Do głowy mi nie przyszło, że taki drobiazg jak dodatek do herbaty może tak w małym brzuszku zamieszać – oj, będzie ku pamięci…



wtorek, 15 listopada 2011

o heroicznej walce z nieuzasadnionym strachem i róznych aspektach Luśkowej towarzyskości

Poszaleliśmy towarzysko ostatnio :) W ramach wewnętrznej walki z własnym lekiem o młode wybraliśmy się na imprezę dzieciową do znajomych, na cztery dni do teściów, a na koniec zaprosiliśmy do siebie przyjaciół znad morza. O cóż chodzi z tym lękiem? Zacznijmy od początku… jeszcze sprzed ciąży w pamięci kojarzy mi się złota myśl szwagra, który złowieszczym tonem zapowiadał, że jak już ma się dziecko, to po pierwsze na nic nie ma czasu a po drugie nic fajnego nie można już robić. Tak mi się to złowieszcze gadanie pod kopułę wbiło, że kiedy w ciążę zaszłam jedną z pierwszych moją myśli było: a właśnie, że u nas będzie inaczej – znajdziemy czas i fajne rzeczy dalej robić będziemy. Pielęgnowałam w sobie ten plan pieczołowicie i kiedy już Luśka bezpiecznie się na ten świat sprowadziła, cały czas wierzyłam, że nam się uda. A potem nagle coś mi odbiło… nie wiedzieć kiedy o każdym wyjściu i o każdym gościu zaczynałam myśleć w kategoriach „dlaczego to nie może się udać”. Oczyma wyobraźni widziałam zarazy wielkie czyhające za rogiem, moje dziecko widziałam płaczące, wrzeszczące, niemilknące. Widziałam problemy z kupą i z karmieniem. I z kolką. I ze złym nastrojem. I z ubieraniem i z rozbieraniem. I jeśli czegoś nie napisałam, to tylko dlatego, że teraz zapomniałam, bo wtedy tego też na pewno się bałam. Jednym słowem chwyciło mnie jakieś straszne wariactwo. Szczęśliwie mam na tyle dystansu do siebie, że zdołałam ten stan chorobowy zauważyć zanim zaczął poważnie utrudniać nam życie, co nieuchronnie skończyłoby się zamknięciem w czterech ścianach. W ramach działań obronnych zaplanowałam pełen objazd rodzinny, imprezę u znajomych i wizytę przyjaciół z siedmiomiesięczną córą na weekend u nas. Żeby jednym cięciem załatwić wszelkie zakusy zdradliwych strachów. No i oczywiście okazało się, że wizyty wszelkie nie tylko nie były problemem, ale wręcz okazały się dla nas wszystkich przyjemnością. Luśka ukochała sobie ludzi i Grala gwiazdę przyjęć wszelkich z rozkosznym uśmiechem na ustach. Problemem nie był brak wanienki ani łóżeczka u teściów, bo małą dało się wykapać w miednicy i ułożyć spać w wózku. Nie protestowała przeciw imprezie, chociaż my dwie zakończyłyśmy ją znacznie wcześniej niż Małż – Luśka po prostu padła na rękach ;) Przyjemnością okazały się wizyty u rodzinki, wypad do restauracji, szwendanie się po miejscach różnistych, wożenie młodej samochodem… jednym słowem zwycięstwo na całej linii! Teraz te strachy mnie samą zawstydzają i piszę ten post ku pamięci – żeby się nie dać więcej zwariować i zdrowy rozsądek hołubić, bo może się przydać w najmniej oczekiwanym momencie :)

środa, 2 listopada 2011

przewijakowe dialogi


- No  Luśku-łobuśku, zmienimy teraz pieluszkę…
- ghuuu…
- pokaż mamie, co tam masz w środeczku…
- aaa ghuuuu…
- ładnie, ładnie… nogi do góry… rozbieramy…
- aaeee… iieee…
- rany, tyle dobroci… kiedy nazbierałaś?
- aghhh…  gheee…
- … ale nie wsadzaj w to nóżek, nieeee!
- aaałłliiiiiii…….. :))))))))
Ciąg dalszy łatwy do przewidzenia :)


środa, 26 października 2011

uno, dos...tres!


Wybiła nasza wielka godzina:) Przyszedł czas, po którym według niektórych powinniśmy zamienić nasz Luśkowy poligon na wczasy pod palmami ;) Faktycznie, wiele się zmieniło od kiedy pierwszy raz we troje przekroczyliśmy próg domu – Pola mniej śpi i mniej płacze (za to zdecydowanie głośniej). Objawia swój lwi charakterek coraz częściej i już teraz wiem jakim wyzwaniem będzie dalsze jej wychowywanie – już teraz dokładnie wie, czego chce a na co nie ma ochoty. Nie ma też oporów przed głośnym i dobitnym komunikowaniem swoich potrzeb. Jest cierpliwa do czasu – a po tym czasie następuje nieuchronnie wybuch dzikiej złości. Więcej umie i my coraz więcej o niej wiemy. Wiemy też więcej o sobie dzięki niej, ale to już materiał na osobnego posta. Dziś świętujemy trzymiesięcznice dziecia i to na niej się skupimy. Tak więc trzymiesięczna Luśka:
- potrafi trzymać głowę wysoko w górze i unosić na rękach całą klatkę piersiową. Wygląda przy tym jak mała syrenka… albo foczka :)
- lubi gadać z mamą i tatą używając sobie tylko zrozumiałych zlepków samogłosek i spółgłosek. Najchętniej na przewijaku i chętniej rano niż wieczorem. Czasami gada też sama do siebie… niestety zwykle w środku nocy
- umie pokrzykiwać na mamę z ekscytacji lub irytacji… rozróżnić łatwo po minie
- uśmiecha się szeroko, bezzębnie i pięknie nie tylko do rodziców. Lubi obserwować strojenie min, gwizdanie budzi jej całkowity zachwyt… podobnie jak cmokanie, dziamganie i wszelkie inne dźwiękonaśladowcze „-ania”
- przewraca się z plecków na brzuszek, ale już z brzuszka na plecy nie bardzo
-najbardziej lubi leżenie na golasa, rozbieranie wita z głośnymi okrzykami radości, gorzej z ubieraniem
- ślini się na potęgę i pakuje do buzi piąstkę… że też cała się jej w buzi mieści!
- śpiewanie do uszka lubi umiarkowanie i tylko w porach zasypiania, wbrew obiegowej opinii że małe dzieci uwielbiają jak im mama śpiewa… może powinno to stanowić bazę przemyśleń dla mamy?
- polubiła spacery w wózku… oczywiście oprócz pierwszych pięciu minut po opuszczeniu maminych rączek. Wtedy jest płacz i musimy przekonywać się, że wózek to fajne miejsce do spania – potem jest już ok.
- polubiła kąpiele… daleko jej przy tym do rozchichotanego i chlapiącego wodą dziecięcia – jest zadowolona i pogodna, ale raczej spokojna i skupiona.
- chętnie ogląda zabawki, grzechotki, wodzi za nimi wzrokiem ale zamiary sięgnięcia po nie uwieńczone są raczej przypadkowymi sukcesami
- kiedy jest zmęczona marudzi i skarży się, aż zaśnie. Właściwie zanim zaśnie zawsze marudzi :) W ciągu dnia ucina sobie trzy drzemki, w tym jedną trzygodzinną – na spacerze. Pozostałe dwie nie przekraczają 30-40 minut, ale i tak regularność nieziemska, aż strach głośno powiedzieć :) W nocy bywa różnie, zazwyczaj budzimy się co 3 godziny, chociaż dziś akurat (może w ramach świętowania) od zaśnięcia o 20 tylko jedna pobudka o 2 i potem do ósmej spanko – nie muszę mówić jaka jestem szczęśliwa i wyspana… ;)))
- dalej gardzi smoczkiem w każdej postaci… i zwykłym i butelkowym, co pod znakiem zapytania stawia nasze zamiary stopniowego dokarmiania jej MM. Jak nauczyć dziecko lubić smoczek?
 Tyle na razie mi się zapamiętało, chociaż na pewno mogłabym napisać o niej jeszcze dziesiątki zdań. Ale sie pohamuje... do następnego razu ;) Tymczasem hip hip hurra, za nasze wspólne piekne trzy miesiące!!!!!

PS. Achch… i powoli zaczyna zasypiać sama w łóżeczku. Przy czym powoli oznacza BAAARDZO powoli, a dokładnie na razie trzy razy nam się udało ;) Ale to dobry omen, nieprawdaż?

poniedziałek, 24 października 2011

i co?

Słyszałyście i wy tę teorie, że po trzecim miesiącu życia dziecka wszystko się zmienia? Ja w kółko slyszę: pierwsze trzy miesiące najgorsze, tylko do trzeciego miesiąca, po trzecim miesiącu to już będzie zupełnie inna, i tak dalej... trzy miesiące upływają Luśce pojutrze, a ja oznak "wjekopomnej chwili" nie dostrzegam, i jak Bozię kocham nagłego przewrotu w charakterze mojego małego lwiątka nie przewiduję. Dziś mamy dzień marudy, więc więcej nie popiszę, a z oceną wróżb wszelakich wstrzymam się do środy :)))

sobota, 15 października 2011

Szszsz....

Cicho, ciepło i ciemno… wskazówki zegara leniwie mijają godzinę trzecią nad ranem. Na kolanach przysypiającej matki  leży rozciągnięte mocno nakarmione ciałko. Ciszę rozprasza delikatne: Szszszsz…. szszsz…. szszsz… Śpi. Lewa noga leniwie przerzucona nad prawą, małe rączki ułożone tuż obok buzi, paluszki rozluźnione. Mały palec lewej dłoni delikatnie skrobie maminą piżamę. Spokojną buzię aniołka ocieniają długie rzęsy… śpi :) Mięśnie mamy napinają się z lekka – o kurka, śpi… szszsz, szszsz… może tym razem się uda… szszsz, szszsz…. spróbujmy… Pstryk. Lewe oko otwiera się i łypie na matkę mówiąc: WIEM, co planujesz. Szszsz… szszsz… cholera, już czwarta!

środa, 12 października 2011

sen wariata

Na słodkiej pupie naszej małej Małpki wylądowały pieluszki numer 3, co jest kolejnym sygnałem zmian. Zamarudziłam wprawdzie ze zmianą rozmiaru i otrzeźwiałam dopiero kiedy żelazowa, czarna kupa zaczęła wylewać się górą i bokami – pocieszam się jednak, że lepiej późno niż później ;))) Luśka osiągnęła zawrotne 5,5kg i całe 64cm i moje stresy laktacyjne nie dawały znaku życia… do soboty, kiedy zaczął się kolejny z serii snów wariata. Napisanie, że pobudka o piątej miałoby sens, gdybyśmy wcześniej pospały. Znów zaliczamy karmienie co godzinę, praktycznie po godzinie. Mam wrażenie, że jestem jednym wielkim cycem, do którego gdzieś na dole przytroczone są żałosne, pokurczone kobiece szczątki :) Ciągłe karmienie utrudnia leżenie na brzuszku, bo w końcu Luśka albo dopiero co karmiona, albo już głodna. Więc oprócz wilczego głodu i zatwardzeń walczymy i z tym. Pogoda jest koszmarna. Deszcz leje. Wiatr zacina. Wózek  w folii, wiec Młoda specjalnie tego nie odczuwa (gorzej ze mną) ale co to za spacer, jak po godzinie dzieć głodny a już nie da się beztrosko wyciągnąć cacusia w parku… normalnie wszystko się przeciw nam sprzysięgło. W domu jeszcze nie grzeją, w ruch poszedł  wentylator, ale to też średnie wyjście, bo na chwilę robi się aż za ciepło a jak wyłączysz to pokój błyskawicznie się wychładza i katar w małym nosku wraca. Drzemki w ciągu dnia nie mają racji bytu, po dziesięciu minutach pobudka na sygnale. Zrzędzę  :)))))  Naszło mnie strasznie po kolejnej nieprzespanej nocy i po prostu nie mogłam się powstrzymać. Ale wystarczy jeden bezzębny uśmiech prosto w oczy, żeby mi cała cierpliwość wróciła :D Luśka wprawdzie za nic ma moje plany i harmonogramy dnia, przez kilka ostatnich dni wirujemy na totalnie wariackich papierach, ale nie protestuję, staram się dopasować do jej pomysłu na dzień licząc, że ten stan, jak kilka poprzednich jest przejściowy i wkrótce wrócimy do naszych stałych reguł. Póki co...ziewamy obie jak smoki ;)

piątek, 7 października 2011

Pod górkę ale z fasonem, a co!

Niedosypiamy… morfologia się nie poprawiła i wróciła kwestia żelaza. Samo żelazo w wynikach w normie, ale niestety hemoglobina dalej za niska, czerwone krwinki też. Więc męczymy się i Luśka i ja, nie wiem która bardziej. Spanie urywane, bo dodatkowo jeszcze katarzysko wróciło wredne i mały nosek znów nie umie sobie z nim poradzić. Spacery urywane, bo brzuszek boli więc część w wózku a część noszona… a rośnie nam  Małpka. Mamine serce wita ten fakt z radością ale już ramiona z pewnym niepokojem, a nawet drżeniem  :) A jednak mimo tych przebojów humor nas nie opuszcza. Młoda guga już nie tylko sobie i nam, ale też szerszej rodzinie, znajomym a dziś nawet panu doktorowi od bioderek. Na wizycie szczerzyła się do gbura w białym kitlu tak uroczym uśmiechem, że skapitulował i sam też się uśmiechnął. Nie omieszkał jednak stwierdzić, że zła ze mnie matka, bo Pola za mało czasu spędza na brzuszku i z pewnością zafunduję jej kalectwo jakieś. Dotychczas wydawało mi się, że układam małą na podwoziu dość często, ale zarzutem gbura przejęłam się, a jakże… zaczynamy więc stosować bioderkowy nakaz – na brzuchu co dzień w wymiarze wielogodzinnym. Nie wiem co na to Młoda, bo do tej pory pozycja nudziła jej się po kwadransie ;) Pozwalam sobie w tej kwestii na umiarkowany optymizm, bo od końca drugiego miesiąca Pola podnosi głowę tak wysoko, że właściwie widzi większość świata, więc może akurat polubi spędzanie w ten sposób większości czasu – przydałyby się tylko jakieś sposoby na zajęcie jej uwagi w tej pozycji, bo oglądanie czarno-białych obrazków i własnych zabawek nie starcza na długo. Wiem dobrze, że blogowe bractwo sprawdza się lepiej niż Google, więc może macie jakieś sugestie?

czwartek, 29 września 2011

o niemowlęcych słodkich snach ;)


Z tym, kto wymyślił powiedzenie „śpi spokojnie jak niemowlę” chciałabym się spotkać oko w oko w celu weryfikacji… założę się, że bezdzietny. Całe dorosłe życie trwałam w jakże mylnym przekonaniu, że owo twierdzenie jest prawdziwe i sen niemowlęcy jest twardy, spokojny i niezakłócony. Tymczasem moja mała Małpka (zwana ostatnio pieszczotliwie Luśką… od Poluśki naturalnie) sypia głośniej niż górnik i bardziej niespokojnie niż marynarz na wachcie. W czasie dziennych drzemek nie jest to tak zauważalne i to nie tylko dlatego że dziecię moje słodkie mało w ciągu dnia sypia :) Za to w nocy wydaje z siebie dziesiątki odgłosów, z których co poniektóre stawiają mnie natychmiast na baczność nad łóżeczkiem – sapie, chrapie, szura, szemrze, mruczy, charczy, burczy i pomiaukuje… krótko mówiąc w niczym ten sen nie przypomina moich wyobrażeń ;) Zwiedziona kłamliwymi powiedzonkami przerażona byłam na początku – bo może to tylko mojej dzieciny przypadłość i na dodatek oznacza jakąś chorobę? Teraz powoli przywykam, chociaż są momenty że nie wytrzymuję i sprawdzam. Czasem stoję w półmroku gapiąc się na Luśkową buźkę i szukając oznak cierpienia… niezadowolenia… niepokoju… i nic takiego nie znajduję :) Trzeba by znaleźć jakiś rozsądniejszy zamiennik dla tego niefartownego powiedzonka, tak jak dla wielu innych idiotycznych powiedzonek typu: idzie jak krew z nosa :D

poniedziałek, 26 września 2011

a gdybym tak...


A gdybym tak… nie miała dziecka? Gdybym przespała smacznie całą noc i wylegiwała się w łóżku do ósmej… wstała i niespiesznie zrobiła sobie dobrą, mocną kawę… wzięła prysznic bez nasłuchu… zrobiła fryzurę i „oko”… zjadła śniadanko i sączyła kawę śledząc niusy w necie… zaprzęgła rower i pokłusowała do pracy… doinwestowała własny intelektualny rozwój a potem wróciła do domu i wieczorem wyciągnęła Małża do kina albo na bezwstydnie długi spacer…
Wtedy… nie słyszałabym jak mój ptaszek szczebiocze o najmniej ku temu odpowiedniej porze nocy… nie widziała jej lśniących oczek szeroko otwartych na świat… nie czuła jej ciepła kiedy przytula się do mnie całym ciałkiem jeszcze wiotka od snu… nie była obdarowywana spontanicznym bezzębnym uśmiechem… nie była świadkiem jak każdego dnia dowiaduje i uczy się czegoś… Eeee, mimo niewyspania i całkowitego braku czasu dla siebie za nic  nie chcę wracać do bezdzieciowego stanu :) 

piątek, 23 września 2011

pogodno :)


Trochę rozjaśnia się horyzont przed nami :) Odstawiliśmy żelazo, bo pani doktor stwierdziła, że przecież jest inny preparat, łagodniejszy dla małych brzuszków. Nie wiem czemu nie stwierdziła tego wcześniej, ale lepiej późno niż wcale. Do podawania nowego wrócimy jednak dopiero od poniedziałku bo w niedziele czekają nas chrzciny i chcemy nam wszystkim oszczędzić cierpienia i złości. Tymczasem bez żelaza dolegliwości minęły jak ręką odjął, sab simplex znowu zaczął działać i cieszymy się powrotem do codziennych rytmów. Znów przesypiamy noc w dwoma pobudkami i udaje nam się odbyć dobroczynny długi spacer w wózku.  Pola znowu jest pogodnym, ciekawym świata malcem a my cieszymy się dniami spokoju. Wieczory zdarzają się marudne, ale to już nie ta liga... Zapowiada się piękny początek jesieni i pozytywny nastrój dopisuje... jest lepiej :)

wtorek, 20 września 2011

czarno widzę


Są dni, kiedy czuję się jak królowa świata. Jedną ręką ubieram, przewijam, smaruję, drugą w międzyczasie upichcę Małżowi dwudaniowy obiad, nastawię pranie, poodkurzam, zadzwonię do mamy na plotki, uzupełnię bloga. Spacer w wózku czy w chuście – dzieć śpi rozkosznie posapując. Wszystko się udaje, a że mam najcudowniejsze dziecko pod słońcem, które śpi w nocy i słodko drzemie w ciągu dnia, uroczo uśmiecha się do moich głupich min i jest pogodne jak letni poranek, cały dzień nabiera cudownych barw.
A potem przychodzą dni takie jak kilka ostatnich… wstajemy z Polą po dwóch godzinach nocnego snu – obie wykończone bo okazuje się, że pożyteczne żelazo zatwardza i nasila ataki kolek… i to jak nasila! Żadne sposoby ani magiczne specyfiki nie pomagają, młoda śpi w cyklach po 30-40 minut i budzi się z krzykiem. Jesteśmy więc obie wymęczone i zniechęcone. Deszcz pada, spacer w chuście odpada a w wózku Pola wrzeszczy jak obdzierana ze skóry. Leżenie na brzuszku – nie, śpiewanie – nie, obrazki – nie, zagadywanie – nie. Nic nie koi bólu… a ja noszę, przekładam z ręki na rękę, tulę i łzy mi ciekną po brodzie – ze zmęczenia i niemocy, bo nie potrafię pomóc. I zdaje mi się, że ani moja obecność, ani dłonie, ani głos nie uspokajają jej tylko pogarszają sprawę… już się nie uśmiecha, nie guga za to rozżala się jeszcze bardziej , więc pewnie nawet nie wie… nie czuje jak bardzo ją kocham i że dałabym wszystko, żeby to mnie tak bolało.  Czuję, jakbym biła głową w mur i czekam na koniec dnia jak na zbawienie…

piątek, 16 września 2011

nowy problem

Dlaczego w cywilizowanych krajach zachodnich nagłaśnia się kwestię niedokrwistości z braku żelaza u niemowląt karmionych wyłącznie piersią? Na zachodzie dzieciom karmionym naturalnie włącza się na równi z witaminami K i D3 suplementację preparatami żelaza... a u nas? Suplementacja żelazem zalecana jest jedynie wcześniakom. Dlaczego o tym? Bo nasza Małpka okazała się "niedokrwista" i konieczne stało się wdrożenie leczenia. Podobno to normalne, ale po co w takim razie czekać aż wartości morfologii polecą w dół? Nie można było zalecić syropku profilaktycznie? Złoszczę się, bo mi dziecka szkoda. Teraz zanim uda nam się wyprowadzić ją na prostą minie kilka tygodni podawania leków i kontrolnego dziabania igłą, żeby upewnić się, że jest lepiej. A może wina jest po mojej stronie? Może jako mama powinnam sama zapytać o to lekarza, albo domagać się takiej profilaktyki?? Ehh… potówki, zielone kupy, kolki, bakterie w moczu, anemia – na dzieciowym poligonie codziennie wdeptuje się na jakąś minę ;)

poniedziałek, 12 września 2011

nieuleczalna ;)


Jestem nieuleczalnie chora na moją córkę :) Wszystkie syndromy na to wskazują i nie zapowiada się na poprawę. Dziś mamy dzień pogodnej minki i radosnego gugania, ale nie tylko dlatego. Młoda opanowała mnie dokumentnie, wlazła w każdą komórkę i rozpanoszyła się tak rozkosznie, że nawet najbardziej pierwotne, fizjologiczne potrzeby spadły na plan drugi. Na pierwszym planie znalazło się wszystko "Polowe". I wiecie co? Kocham ten stan :)))))

czwartek, 8 września 2011

dzieciowożenie


Z okazji urlopu Małża postanowiliśmy wyruszyć z naszą Małpką w pierwszą prawdziwą podróż. Odwiedziny dziadków zdystansowanych o godzinę drogi samochodem okazały się niemalże ekspedycją podróżniczą i dostarczyły takiego mnóstwa wrażeń, że chyba mamy dosyć na czas jakiś ;)))) Z tejże wyprawy przywiozłam sobie garść wniosków
- określenia "może wytrzyma", "jeszcze chwilka" i "poczekaj" przyjdzie mi wyrzucić z mamowego słownika przynajmniej do wieku przedszkolnego.
- przed następnym pakowaniem się na wyjazd trzeba zrobić sobie listę
- nawet jeśli pakuje się powoli  i z głową i tak czegoś się zapomni... wyjeżdżając lub wracając ;)
- moje dziecko potrafi samo zasnąć w łóżeczku i nie wymaga trwania przy cycku do osiągnięcia stanu pełnej wiotkości
- fotelik samochodowy jest świetną metodą na "wyjca" pod warunkiem że ma się do przebycia drogę trwającą dłużej niż kwadrans... w przeciwnym razie wybitnie służy rozdrażnieniu
- młoda nie pretenduje chwilowo do tytułu najbardziej towarzyskiej dziewczyny roku... nowe twarze i głosy raczące ją w nadprogramowej ilości "uroczymi": no cio? aj aj aj! i innymi formami dźwiękonaśladowczymi doprowadzają do ciężkiego w opanowaniu rozstroju nerwowego.
- w czasie spacerów sprawdza się polecona przez blogowe koleżanki metoda z pieluszką... ale nie zawsze
- w czasie kąpieli pieluszka też się sprawdza...tyle tylko że nie zawsze :)
- generalnie nie ma rzeczy, która zawsze się sprawdza :))))))))))))

Fajne są te wycieczki, byle nie za często...








wtorek, 30 sierpnia 2011

ważne są tylko te dni...

Dziś mija piąty tydzień życia naszej Małpki. Kontrolna wizyta wykazała 4200g żywej wagi i brak poważniejszych powodów do zmartwień. Wierzyć mi się nie chce, że już tyle czasu minęło – wydaje się, że dopiero co przekraczaliśmy z Małżem progi mieszkania wnosząc do środka maleńkie zawiniątko… a już pierwszy miesiąc za nami. Uczymy się siebie coraz sprawniej, choć jeszcze czasem na linii komunikacji mama-córka następuje zgrzyt. Nie wszystkie rodzaje płaczu zdążyłam opanować ;) Udało nam się opanować kolki, a właściwie dotrzeć do sedna tego, co powoduje takie straszne bóle brzuszka. Okazało się, że owszem, naturalna niedojrzałość przewodu pokarmowego też, ale przede wszystkim Pola złapała zaraza, który obdarował ją brzuszkowymi sensacjami. Pani doktor wezwana na wizytę przez nas (zaniepokojonych brakiem skuteczności magicznego niemieckiego specyfiku i wszystkich innych kolkowych sposobów) zleciła posiew kału i wyłoniła się z tego posiewu Klebsiella. Wredna gadzina ma to do siebie, że rozstraja żołądki znacznie starszych jednostek, wiec nic dziwnego, że nasze maleństwo tak się męczyło. Na szczęście po podaniu leków sytuacja się unormowała. Mam wrażenie, że najgorsze w tej kwestii za nami. Małą zmorką okazały się spacery, gdyż okazało się, że spośród tysięcy dzieci akurat moje nie lubi być wożone w wózku. Nie tylko w nim nie zasypia, ale wręcz się z niego wyrywa ;) To sprawia, że spacer jest możliwy tylko, jeśli dziecię jest solidnie uśpione – więc wprowadzanie rytmu dnia za pomocą spacerów nie bardzo nam się sprawdza. Noszenie w chuście ok., ale przy tych ostatnich upałach obie byłyśmy mokre. Wszystkie ciocie dobra rada mają jakiś „superskuteczny” sposób na niechęć do wózka a kiedy żaden się nie sprawdza słyszymy, że na pewno z czasem polubi podróże w gondolce. Ciekawe, czy jest opcja, że nie polubi i do czasu przesiadania się na spacerówkę będę musiała przemycać ją na dwór uśpioną?????? No, ale narzekać nie będę – poza tym pojedynczym przejawem lwiego charakterku, Pola jest cudnym dzieckiem… nie tylko dlatego, że przesypia noce ;)))) Wielką przyjemność sprawia mi obserwowanie jej, tym bardziej, że robi się coraz bardziej aktywna. Głowę trzyma jak złoto, krótko wprawdzie, ale wysoko :) Obserwuje świat wokół siebie zachłannie i z ciekawością co nieodmiennie mnie wzrusza – myślę sobie ile jeszcze pięknych dni przed nią, ile niesamowitych rzeczy do zobaczenia. Na razie z bezpiecznej perspektywy maminego ramienia, ale już za chwileczkę, już za momencik… póki co każdy następny dzień zaskakuje nas obie i przynosi coraz ciekawsze momenty.

piątek, 19 sierpnia 2011

Nowy etap


Na naszym domowym poligonie nowe zmiany. We wtorek Polcia zaczęła czwarty tydzień życia i jak za dotknięciem różdżki średnio sympatycznej wróżki zamieniła się z cudnego bezproblemowego aniołka w małą „zrzędę” bez końca wiszącą przy cycu i  chlipiącą żałośnie przy każdej próbie przeniesienia z rączek mamy lub taty do łóżeczka. Spacery noszone na ręku, bo wózek też „be”. Ćwiczy nas nasze maleństwo, oj ćwiczy :) Noszona przez tatę uspokaja się w kilka minut i zapada w słodką drzemkę… Małżowi ręce puchną na pewno, ale dzielnie i z uśmiechem nosi. Nie upieramy się przy zaprzestaniu noszenia i tulenia skoro Młoda potrzebuje tyle czułości… może to niewychowawcze, ale w końcu ten etap też kiedyś przeminie, co? Skończyła się też chwilowo era przysypiania przy cycu. Czasy, kiedy musiałam Polę budzić w trakcie posiłku odeszły w niepamięć a leniwego ssaka zastąpił mały wygłodniały wilczek, rzucający się na sutek z szeroko otwartymi oczyma i trzymający go w niepodzielnym władaniu przez cały czas jedzenia. A niechby się wysunął nie daj Boże, albo też mama nieudolnie karmiąc zabrała bufecik, zaczyna się wymachiwanie rączkami (i nóżkami) w tempie, które nawet dla mnie byłoby zawrotne. Brak reakcji na tę włoską gestykulację nieodmiennie oznacza buzię w podkówkę i krzyk :) Co ciekawe, nasza mała terrorystka noce przesypia jak anioł… budzi się w miarę regularnie co 3-4 godziny dając mi całkiem niezły czas na wyspanie. Za to w ciągu dnia marne moje szanse na zrobienie w domu czegokolwiek – cały domowy negliż zostaje na głowie Małża. Właściwie tylko dzięki temu, że właśnie wędruje z Polą po domu ja mam czas na to, żeby zajrzeć tutaj, poczytać co u Was i skonsultować zachowania mojej pociechy :))) Jeśli to skok rozwojowy to ja poproszę o cynk, ile potrwa :P

wtorek, 16 sierpnia 2011

Auć!


Nie ominęły nas kolki, niestety. Niedawnych kilka dni spędziliśmy próbując ukoić jakoś ból naszej Małpki. Oczywiście więc było noszenie i tulenie, które w dłuuuugich i cierpliwych cyklach przynosiło pewne ukojenie. Było układanie na brzuszku, ciepłe pieluszki, ciepła woda, suszarka i wszystko co tylko na temat sposobów na kolkę znaleźliśmy w mądrych książkach i w necie. Nie działa. Nie wspomnę już o wypijanym przeze mnie hektolitrami koperku… bo też nie działa. Przez całe dnia Pola prężyła się, wysilała, pracowała nóżkami i krzyczała z bólu. W końcu znajomi poratowali nas osławionym niemieckim specyfikiem, który podajemy regularnie od kilku dni i w kwestii brzuszkowej zapanował względny spokój. Nie jest idealnie, ale może to dlatego, że nie podajemy jej pełnej dawki? W ulotce radzą 15 kropelek przed każdym karmieniem, my dajemy 8. Może któraś z Was dziewczyny stosowała Sab Simple i może mi podpowiedzieć jak to dawkować, żeby było dobrze…

sobota, 13 sierpnia 2011

Czas?!?

Czas stał się określeniem absolutnie względnym i nieobiektywnym. Najczęściej po prostu go nie ma, a kiedy znienacka pojawia się na horyzoncie, nie bardzo wiadomo co z nim zrobić :) Kiedyś, w zamierzchłych czasach "przed" wyznaczany czyś tak banalnym jak godziny i minuty... teraz liczony w karmieniach, drzemkach i kupkach. Jedna drzemka, dwie... jeden cycuś, dwa, trzy - mnożą mi się :)))) W czasie karmień nachodzą mnie najbardziej niesamowite i orginalne filozoficzne refleksje, którymi choćbym chciała nie mogę się pochwalić, bo albo znikają samoistnie wraz z przebudzeniem z cycowego letargu, albo toną gdzieś w gąszczu zupełnie przyziemnych i codziennych zmagań. Ale są, co postrzegam jako pozytyw i swiadectwo dalszego funkcjonowania mózgowia. Bo w innych momentach dnia mam co do tego poważne wątpliwości... godzinami mogłabym gapić się w buzię mojego maleństwa z nieobecnym uśmiechem na twarzy. Wszystko co Mała robi potrafię sobie wytłumaczyć, podbarwić i opowiedzieć jak najbardziej pasjonującą historię :) Trochę mi się zwariowało. Ale to bardzo miłe szaleństwo, i nawet nie żałuję, że z ambitnych planów ukończenia "niesamowicie ważnych" naukowych publikacji i zgłębienia tajników języka rosyjskiego w czasie macierzyńskiego urlopu nic nie zostało. Zdarza się, że przemknie mi przez głowę: "a miałam w czasie tych miesięcy..." Ale te myśli znikają jeszcze szybciej niż filozoficzne refleksje. Wszystko poza moim dzieckiem odłożyłam na później.

Z faktów obiektywnych - wczoraj odpadł pępek :)

wtorek, 9 sierpnia 2011

Coś optymistycznego

Naszło mnie dzisiaj na rozważanie ostatnich dziesięciu dni. A że nasza Pchełka (vel Małpka, vel Pola) łaskawie postanowiła przespać całe popołudnie, mogę sobie pomyśleć i popisać. Żeby nie było – to nie będzie smutny post, chociaż początkowo może się tak wydawać :)
Niespodziewana cesarka, mimo zaplanowanego i tak chcianego naturalnego porodu stała się we mnie wyzwalaczem smutku. Wiadomo, dla dobra maleństwa wszystko – nie chodzi o to, że żałowałam. Ale wtedy pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że widać jestem za słaba skoro nie dałam rady urodzić sama. Głupie, ale czasem na myśli kwitnące pod czaszką mamy znikomy wpływ.
Mimo wszystko jednak szpital zapewnił mi czterodniową dyspensę od matczynego lęku. Codziennie rano przychodzi ktoś kompetentny, ogląda maleństwo i mówi – jest dobrze. Po powrocie do domu okazało się, że nikt na zawołanie nie oceni moich wysiłków i codziennie będę się zastanawiać, czy wszystko robię dobrze. Codziennie będę się bać…
Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że macierzyństwo to taki ogrom emocji? Całkowicie nie do opanowania, nie do ogarnięcia w pierwszych dniach… wiem, wiem, spadek hormonów, może nawet coś na kształt baby bluesa mnie dopadło – mija, ale wciąż czasem cicho chlipię patrząc na swoje śpiące dziecię. I sama nie wiem czy bardziej ze szczęścia, czy ze strachu. Słowo honoru – pierwsze trzy dni po powrocie do domu nie były łatwe. Zostawiałam małą śpiącą w łóżeczku i płakałam, że leży tam taka samiutka. Płakałam, bo obcinając paznokietki dziabnęłam ją w skórkę i poszła krew. Bo napiłam się kefiru i dostała rozwolnienia. Walczyłam z laktacją złorzecząc sobie w duchu, że złą jestem matką, skoro własnego maleństwa wykarmić nie mogę. Łzy mi ciekły zamiast pokarmu i oczywiście Małpka natychmiast wyczuwała mój stres. Szkliły mi się oczy, gdy rodzina pytała jak się czuję jako mama… bo nie umiałam opowiedzieć słowami o tym wszystkim, co mi siedzi w serduchu i buzuje szalonym płomieniem. Dzięki wsparciu Małża udało mi się przebrnąć tych kilka trudnych dni… i wyjść na emocjonalną prostą.  I całkiem znienacka nadszedł dzień, w którym wszystko wydało mi się prostsze, ciekawe, barwniejsze… kiedy spoglądając na moją spokojnie śpiącą córeczkę suszę zęby ze szczęścia zamiast ronić łzy. Z każdą godzina kocham ją coraz bardziej, chociaż wydawało się to zupełnie niemożliwe. Dalej boję się, czy wszystko robię jak trzeba, ale uczę się bardziej ufać sobie i odkryłam ile radości daje wzajemne poznawanie się – całe mnóstwo :)

PS. Przedstawiam niniejszym moją piękną córkę... : D