wtorek, 31 grudnia 2013

Mija :)


Nieodwracalnie i niezaprzeczalnie. Ważny był. Pełen niespodzianek i spełnionych obietnic. A także tych niespełnionych... nieważne. Nie lubię podsumowań - co się nie spełniło ma czas w nadchodzącym roku. Całe mnóstwo świeżego, czekającego na wykorzystanie czasu. Zupełnie świadomie zamykam więc drzwi i całą sobą wchodzę w Nowy Rok.

źródło


Zastanawiam się nad manifestem Noworocznym. Tyle bym chciała od tego roku - spełnionych marzeń, wyśnionych snów, zrealizowanych planów, słusznych założeń, wiekopomnych chwil... jednak przede wszystkim mam plan. Będę żyć lepiej - robić to co kocham i cieszyć się chwilami, które rozgrzewają moje serce. Rozsiewać radość zamiast malkontenctwa. Akceptować siebie i tych, których kocham. Nie szukać dziury w całym. Tak. Jestem gotowa :D

wtorek, 24 grudnia 2013

Wymarzonych Świąt!

Nasze pierwsze Święta w NASZYM domu. Pierwsza choinka stanęła w kącie pokoju wcześnie i już od tygodnie, ozdabia, tworzy nastrój, łagodzi i uspokaja. Luśka sama ubierała - nawet czubek zamontowała z wysokości tatowych ramion :) Piękna?


W momentach przedświątecznego wyciszenia, stworzyłyśmy wspólnie waciane bałwanki - w prezencie dla dziadków. Pomysł podpatrzony u Agnieszki i Adasia bardzo się Luśce spodobał i jak rzadko dotrwała do samego końca zabawy.


Ostatnie dni upłynęły nam na sprzątaniu i pichceniu. Piekłam z zapałem, a co upiekłam ozdabialiśmy wspólnie.
Oto Luśka z piernikowym pozdrowieniem :D


 Teraz pozostaje nam jedynie odprasować się i grzecznie czekać na początki świętowania.

Czekające nas Święta po raz kolejny będą wyjątkowe bo znów, jak trzy lata temu kiedy zaczynałam pisać bloga, czekamy na kogoś nowego :) Będą to więc dla nas dni wypełnione radością, oczekiwaniem i nadzieją. To dobra wróżba na Nowy Rok :)

I tego samego życzymy Wam wszystkim
Nadziei.
Spokoju.
Radości z chwil, którymi możemy się cieszyć tylko teraz.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Nie do wiary!

Jestem... w siódmym miesiącu. Niewiarygodne! Czasem zastanawiam się, jak to się stało. Nie sam fakt znalezienia się w ciąży - przy tym byłam i z racji zawodu teorii też co nieco liznęłam... ale jak ten czas szybko minął. Minął i nie wróci, co coraz częściej odnotowuję z żalem, bo lubię być w ciąży. Nawet z dolegliwościami męczącymi od początku, po prostu fajnie jest :) Zupełnie inaczej mijają mi te ciążowe tygodnie. Na pewno mniej o siebie dbam i słabiej się o siebie troszczę. Kiedy byłam w ciąży z Polą miałam mnóstwo czasu na myślenie wyłącznie o sobie i noszonym pod sercem dziecku. Sporo czasu spędzałam zastanawiając się, jak też 'ono' wygląda, jakie będzie, jak mija mu czas tam w środku. Wstając rano planowałam dzień tak, żeby znalazł się czas na zdrowe jedzenie, na długi spacer... i tak dalej. Teraz zostało z tego prawie nic. Trzymam dietę ze względu na cukier, to tyle. Kursowanie między żłobkiem a pracą i znów żłobkiem wymaga samochodowych rajdów, o długich spacerach zapomniałam. Dzień się niemiłosiernie kurczy, cała energia popołudniowa kanalizuje się w trosce o starszą latorośl. Krótkie chwile refleksji z dłońmi na brzuchu zdarzają się właściwie dopiero późno wieczorem, w łóżku... i z tymi myślami często zapadam w morze niespokojnych snów. Tym bardziej, że ostatnie wydarzenia solidnie mnie wystraszyły. Przybierające na sile kopniaki odnotowuję z ulgą, ale brakuje w odczuwaniu tej magii i poczucia niezwykłości, choć przecież drugi cud jest cudem tak samo jak pierwszy...
Nie spędzam godzin na robieniu planów i zastanawianiu się czy będę dobrą matką. Nie, żebym była taka pewna siebie - po prostu myśli zajmują mi sprawy tak zwykłe i prozaiczne, że na wyższe loty pary w skrzydłach nie starcza :) Jest tak inaczej, że momentami wydaje mi się, że wcale nie jestem w ciąży, zrobiłam się 'tylko' strasznie gruba. I strasznie, to trafne określenie - brzuch zrobił się porównywalny do Luśkowego lokum jakoś tak w 38 tygodniu (?!?). Na szczęście Drugi Potomek skutecznie przywraca mnie do rzeczywistości a i, nie zdająca sobie za bardzo z powagi sytuacji Pola, potrafi zadziwić i rozczulić. Wczorajsza rozmowa przed zasnięciem:
-Mamo, a tym masz serduszko?
-Mam kochanie :)
-a tam gdzie serduszko masz dzidzię?
-prawie dokładnie tam.
-dzidzia pukała do Poli, wiesz?
-wiem kochanie, do mamy też czasem puka.
-Pola zapuka do dzidzi, dobrze?
-zapukaj, jasne :))
Puk, Puk
-dzidzia, to Pola puka...Kocham cię.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Spóźniony Mikołaj

Szaleńczo nam się opóźniły wymiankowe Mikołajki :( Winna temu poczta polska i perturbacje zdrowotne naszego dwupaku. Drugi Potomek zastrajkował w ubiegłym tygodniu przeciw nadmiernemu tempu życia i skończyło się szpitalem. Szczęśliwie poważniejszych konsekwencji nie było, ale zdążyłam najeść się strachu. Paczka z Mamowo-Blogowej Wymianki Mikołajkowej też dotarła do nas nieco opóźniona, tak że udało mi się ją odebrać dopiero po szpitalnych wojażach. W tym roku dostałyśmy cudowną paczkę od organizatorki zamieszania, czyli Agnieszki :)


Radości przy otwieraniu było mnóstwo, bo paczka solidnie i pięknie zapakowana. A ile szczęścia na Luśkowej Buźce wywołała wiadomość, że Mikołaj zostawił specjalnie dla niej paczkę u pani na poczcie!!!
Wypakowywała więc Młoda Dama i rozdzielała (prawie) sprawiedliwie :D Słodkości paczkowe były oczywiście wszystkie dla Poli... Małżowi udało się wykraść jedynie rewelacyjne śląskie Kopalnioki - chyba dlatego, że opakowanie było czarne ;P Teatrzyk paluszkowy w użyciu nieustannym, sam pomysł wykorzystania własnej ręki do zabawy okazał się trafiony w 10. Najgorzej na tym biznesie wyszłam ja, bo okazało się że lakiery do paznokietków też przecież dla Poli... i kremiki... i wszystko! A dla mamy? Kartka mamo dla Ciebie! Piękna kartka, samo robiona :)

Agnieszko! Dziękujemy bardzo za przepiękną paczkę mikołajową i za zorganizowanie naszej trzeciej (oby nie ostatniej) wymianki :)))))))

czwartek, 5 grudnia 2013

Hello December

Niepokojąco wpadłam w rytm comiesięcznych wpisów i chociaż wstyd mi za każdym razem kiedy zaglądam do Was, nie bardzo wiem jak ten stan zacofania postowego zmienić. Codzienność pożera - niezauważalnie, po cichutku ale nieubłaganie. I każdego wieczora okazuje się, że znów całe stadko spraw ważnych i ważniejszych ukryło się przede mną. Nie ogarniam... przerażają mnie naukowe zaległości, z których muszę wybrnąć przed porodem. Większość 'wolnych' popołudni i wieczorów spędzam w laboratorium goniąc w piętkę i ciągnąc za uszy kilka "megaważnych" projektów - wydaje się że bez szans na sukces. Pozostały czas poświęcam Luśce, która po żłobkowych szaleństwach jak nigdy wracając do domu garnie się do przytulania i szeptania w uszko. Te wieczorne chwile turlania się w pościeli i opowiadania sobie rzeczy przeróżnych są dla mnie niezwykle cenne bo koją całodniowe bóle i żale. Żałuję tylko że tak krótko trwają. I ciąża się gdzieś w tym wszystkim gubi. Czasu na zastanowienie, czy nawet przezbrzuszne pogaduchy z Drugim Potomkiem brak - kiedy już runę do łóżka jak ścięta kłoda, zasypiam w ciągu dziesięciu sekund :) Na szczęście według comiesięcznych wizyt lekarskich wszystko jest tak, jak być powinno. Poza cukrzycą, z którą chyba znowu przyjdzie mi walczyć choć nie wiem jeszcze jaką bronią - się zobaczy :/ Rośniemy sobie stopniowo i bez szaleństw, ale stale. Termin wciąż na 13.03. Nawet nie zauważyłam andrzejek, początek grudnia też mi jakoś umknął. Mam nadzieję, że Świąt nie przegapię ;P
Czasem w gonitwie myśli pojawiają się te kraczące: " i po co mi to było?", "źle mi było z jednym?", "jak ja sobie poradzę w tym nieuchronnym wariactwie, które mnie czeka?". Myśli jest dużo... Za dużo. Idę wziąć się z życiem za bary :D

źródło: http://tadams4u.wordpress.com/2012/10/01/im-lost-and-confused/

wtorek, 5 listopada 2013

Nowi towarzysze chorobowych zabaw

Tak, znowu zaliczyłyśmy z Luśką zwolnienie. Tak, zapalenie gardła. Tak, antybiotyk :/ Oczywiście dałam się zaprątkować błyskawicznie. Zamknięte w czterech ścianach, w ciągu dwóch tygodni przerobiłyśmy  chyba wszystkie rozrywkowe opcje. Przeczytałyśmy wszystkie książeczki (a myślałam że biblioteczka pojemna, phi!), zbudowałyśmy ze każdych klocków wszystkie wieże świata. I zagrody. I zamki. Byłyśmy w wirtualnym zoo i ułożyłyśmy po kolei wszystkie nasze puzzle. W wannie puszczałyśmy papierowe statki i wykąpałyśmy całkiem pokaźne stadko dinozaurów. Ale najtrudniej było wtedy, kiedy już przeszła gorączka i objawy chorobowe zniknęły jak za dotknięciem magicznej różdżki. Kiedy Luśka odzyskała całą swoją energię i zaczęła ‘chodzić po ścianach’. Ona pierwsza. Mnie niestety, bez leków, trzymało znacznie dłużej. Ona z przepaską na oku w namioty, szałasy, bunkry… heh, a ze mnie mierny partyzant. Musiałam obmyślić coś bardziej statycznego, żebym nie wypluła płuc :) I wymyśliłam. Rękodzielniczo jestem przeciętna – może to nawet za dużo powiedziane ;) Ale na Luśkowe potrzeby wystarczyło. Zaprzęgłam do pomocy różnorakie domowe znaleziska i wspólnymi siłami stworzyłyśmy sobie chorobowy ‘rescue team’


Wyszło śmiesznie, nie? Mamy tu cały zestaw indywiduów. 
Jest szalony Pan Myśliwy. Według Luśki poluje na dziki, bo jak wiadomo dzik jest zły i ma barrrdzo ostre kły ;)


Szalony Myśliwy ma muszelkowe korale (nawlekane przez Polę, z niewielką pomocą) i do towarzystwa Damę. Nie byle jaką - z piórą i koafiurą... i parasolką do tego :)


Nasza para ma też oczywiście ulubieńców. Porzućcie jednak naiwne myśli o persach czy yorkach... Luśka ma wyobraźnię niebanalną i zarządziła Państwu towarzystwo... prosiaka i koguta :D


Nowi towarzysze długo nie pożyli :) Ale oczywiście wyłącznie dlatego, że konstrukcja była niesolidna... a przynajmniej nie dość solidna dla Luśkowych potrzeb. Ale za to od tego dnia z poświęceniem zbierane są wszystkie rolki po papierze toaletowym i różnorakie resztki: 'na lale mamo!' :D


środa, 2 października 2013

Żłobek, miesiąc 1. Ciąża, miesiąc 4.

Długo mnie nie było. Naprawdę długo. I teraz w głowie mam taką gonitwę myśli, że sama nie wiem, co powinno ukazać się jako pierwsze :) Najpierw czekałam z wnioskami żłobkowymi, żeby nie pisać na gorąco. Potem dopadła nas obie choroba, a zaraz później… następna. Od poniedziałku wróciliśmy wszyscy do jako takiej normy i staram się poukładać wszystkie refleksje.


Na pierwszy ogień: żłobek. Nasz żłobek jest państwowy. Nie było w nim dni adaptacyjnych, ani integracyjnych ani nic podobnego. W połowie sierpnia otrzymaliśmy informację, żeby przyprowadzić dziecko drugiego września z zapasem pieluch (nasza droga do nocnika jest wyjątkowo wyboista, ale o tym kiedy indziej) i ubrań na zmianę. Tyle. Trochę nam się to zimne i bezduszne wydało, więc Małż wybrał się z Luśką do żłobka na tzw. Partyzanta :) Obejrzeli co się dało z zewnątrz i zapukali do dyrekcji. Dyrekcja, mimo że wzięta z zaskoczenia, stanęła na wysokości zadania i oprowadziła moją drużynę po wszystkich kątach. Zaprowadziła do sali zabaw przypisanej motylkom (tiaa, Luśka jest ‘Motylkiem’ ot co!), do sypialni i kuchni, do łazienki i szatni… no i oczywiście do kącika zabaw :) Wakacyjni rezydenci żłobka to oczywiście ‘starzy wyjadacze’ – zaciągnęli młodą do zabawy i banan nie schodził jej z buzi aż do końca wizyty. Tym samym stres drugiego dnia września został złagodzony. Oczywiście do czasu, bo rozebrana w szatni, rozśpiewana Luśka, zobaczywszy rodziców zbierających się do wyjścia, zastosowała manewr kleszcza, zmuszając stroskanego ojca do zastosowania metod bezpośredniego przymusu… a potem był płacz. Koło południa (w pierwszym tygodniu zabieraliśmy Polę do domu przed 12) znów był płacz, pełen radości, żalu i pretensji, czyt. Jak dobrze, że przyszedłeś/taka byłam samotna/jak mogłeś mnie zostawić!!! Cały ten pierwszo tygodniowy nerw spadł na barki Małża, bo to on pierwszy zdecydował się na urlop. Drugiego dnia… heh, nie będę Wam nawet opisywać histerii dni numer dwa i trzy, możecie sobie wyobrazić – latorośl zdała sobie sprawę z tego, że wczorajsza przygoda nie była jednorazową i zafundowała nam prawdziwą jazdę bez trzymanki ;) Za to pod koniec tygodnia było jakby lepiej. Zdecydowanie mniej płaczu, chociaż na widok ojca w pojawiającego się w drzwiach po obiedzie, rzucała się ku wyjściu z histerycznym szlochem. Przyznam szczerze, że na tym etapie poniedziałek nas przerażał a w głowie kiełkowały nerwowe myśli o poszukiwaniu niani. Wieczorami prowadziliśmy dyskusje pełne emocji i wątpliwości ale postanowiliśmy wytrwać jeszcze tydzień. Następny tydzień przypadł w udziale mnie i w poniedziałek prowadziłam Luśkę do żłobka trzęsąc portkami. Rozkosznie nie było, ale dałyśmy radę. Od wtorku było tylko lepiej, panie wychowawczynie chwaliły, tuliły i rozdawały uśmiechy. Luśka upatrzyła sobie ulubioną ‘ciocię’ i kiedy widziała ją w drzwiach rozstawała się ze mną bez żalu. Z relacji opiekunek wiem, że Pola ładnie się bawi, ładnie je i chętnie uczestniczy we wszystkich zabawach :)))) Jakże nam wtedy ulżyło! W czwartek pierwszy raz została na drzemkę i też całkiem nieźle poszło. Naładowani pozytywnym duchem oczekiwaliśmy kolejnego poniedziałku. Niestety w niedzielę wylądowaliśmy w szpitalnym ambulatorium. Diagnoza: angina. Antybiotyk i tydzień zwolnienia. Odchorowała i Luśka i ja. Niestety, ciąża obniżyła moją odporność do poziomu, na którym łapię od niej absolutnie wszystko – bez przerwy chodzę zasmarkana. Na szczęście w moim  przypadku obyło się bez antybiotyku ale i tak tydzień spędziłyśmy w domu kichając i prychając. W kolejną niedzielę (o zgrozo!) Luśka obudziła się wyglądając jak indycze jajo w środku pożaru. Przeraźliwie czerwona wysypka gęsto pokrywała calusieńkie ciało, od nasady włosów po podeszwy stóp. Wyglądało to strasznie, a jednocześnie nie przypominało niczego znanego. Poza wysypką żadnych objawów. Podaliśmy zyrtec i nic. Ambulatorium szpitalne wyglądało jak targowisko drobnoustrojów wszelakich – dzieci z gorączką, kaszlem, katarem, wymiotami – dziesiątki. Zrobiliśmy trzy podejścia (ostatnie ok. 21) ale nic się nie zmieniło a trwanie w takiej smarkającej kolejce było dla nas obu gwarantem kolejnej infekcji. Po 22 wylądowaliśmy na prywatnej wizycie pediatrycznej i okazało się że Luśka ma… pokrzywkę. Odetchnęłam z ulgą bo w wyobraźni już musiałam się pakować i wynosić z domu na kwarantannę :) Ale kolejny tydzień nie nasz – bateria leków i siedzenie w domu. Wysypka zeszła po trzech dniach.  Ostatniego dnia września po raz kolejny wybrałyśmy się do żłobka. Ja-przerażona, Luśka-z WIELKĄ niechęcią. Po dwóch tygodniach spędzonych w domu z mamusią w zasadzie nie ma się czemu dziwić… ale i tak było lepiej niż sądziłam. W tej chwili Pola chodzi do żłobka chętnie, ale jeszcze chętniej z niego wychodzi :D Na grupowej tablicy zawisła już nawet jej pierwsza praca :P

Drugi potomek wydaje się znosić te wszystkie zawirowania z godnością. Do tej pory wszystko jest w porządku, dzielnie przeszliśmy przez USG z 12 tygodnia i wygląda na to, że z nim/nią wszystko jest dobrze. Ze mną natomiast niekoniecznie. Druga ciąża z nawiązką oddaje mi to, czego nie dała pierwsza. I mdłości i wymioty utrzymują się niestety po dziś dzień. Z każdym tygodniem liczę, że ten będzie ostatni bo kiedyś to się przecież musi skończyć ;) Nie ma co się oszukiwać, bywa ciężko. Bolą mnie różne mniej i bardziej typowe części ciała. Znacznie mniej czasu na odpoczynek, na zadbanie o siebie jeszcze mniej. Ale też mniej czasu i chęci na nerwy i strachy :) W ogóle w tej ciąży jestem spokojniejsza - chociaż strasznie zmęczona. O wielu rzeczach już wiem i nie zamartwiam się na zapas. Pierwsze ruchy też odnotowałam szybciej bo już pod koniec siedemnastego tygodnia :P Teraz czekamy na kolejne USG bo w kwestii płci wciąż wielka niewiadoma...

piątek, 16 sierpnia 2013

Gdzie, jeśli nie w domu?

„W co się bawić? W co się bawić,
Gdy możliwości wszystkie wyczerpiemy ciurkiem?
 Na samą myśl pot zimny zrasza zaraz czoło
 I mniej wesoło pod Czerwonym ci Kapturkiem

 W co się bawić? W co się bawić?
Tych wątpliwości nie rozwieje żadna wróżka,
 Kopciuszek dawno przestał grać w inteligencję,
Inteligencja już nie bawi się w Kopciuszka.

 Niedobrze jest, gdy czyha nuda,
 Gdy nie chcesz grać już w berka czy czarnego luda,
 A kiedy nawet już nie będą miały wzięcia
 Szare komórki do wynajęcia”
                                                                                                 Wojciech Młynarski "W co się bawić"


Pomysłów na zabawy w domu na razie nam nie brakuje. I nuda w oczy nie zagląda, co to to nie! Czasem jednak trzeba wyjść do ludzi. W obliczu zbliżającego się żłobka  a później przedszkola spotkaliśmy się z sugestią, że dobrze by Luśce zrobiły zajęcia grupowe. Rozpoczęłam więc poszukiwania. Olsztyn nie jest dużym miastem i jakoś nie słychać w nim głośno o morzu atrakcji dla maluszków. Miejsca takie jak Figlolandia, Bajka czy Małpi gaj odwiedzaliśmy już wcześniej i fajnie że  są.  Zależy mi jednak na jakiejś zorganizowanej formie, bo ganianie w kółko samopas po dowolnej przestrzeni Luśka ma opanowane do perfekcji ;) Podobnie jest z basenem – olsztyńskie „Bąbelki” zaliczyliśmy ponad rok temu i od tej pory basenujemy się z upodobaniem samodzielnie. Atrakcyjność bąbelkowych zabaw skończyła się dla Poli jeszcze przed końcem kursu a na zajęcia nauki pływania dla przedszkolaków jest jeszcze za mała. Więc co w zamian? Zagrzebałam się w Internecie i odkryłam , że jest  nadzieja!   

Pierwsze miejsce w które trafiłam to portal edudzieci.pl, gdzie można znaleźć In formacje o zajęciach dla dzieci, miejscach wartych odwiedzenia oraz o aktualnie trwających promocjach czy akcjach skierowanych do dzieci. Mnie zainteresowały ‘skaczące pchełki’ oraz ‘przed-przedszkole’  organizowane przez Strefę Rozwoju .

Są też zajęcia ‘szkraby i muzyka’ proponowane  przez Szkołę Muzyczną Yamaha. Niby proste, ale wiadomo że nic tak nie rozwija dziecka jak ruch, muzyka i rytm. Przeznaczone są dla dzieci w wieku od 18 mcy do 4 lat.

W Abecadle, bibliotece dla dzieci znajdującej się w CH Alfa, dla maluchów 1,5-3 lat organizowane są zajęcia ‘bajkoteki malucha’. Jedno popołudnie w tygodniu- głośne czytanie bajek, projekcje bajek i zabawy plastyczne bazujące na utworach literackich.

W domu kultury Akces rok temu wystartował Klub Aktywnego Malucha. Zajęcia uczące zasad panujących w grupie rówieśniczej połączone z nauką i zabawą odbywają się niestety (dla mnie) rano między 10-11. My niestety odpadamy, ale to ciekawa propozycja. Z informacji internetowych wynika, że podobne inicjatywy wprowadziły domy kultury na Nagórkach (Na Górce) i Jarotach  (17) ale brak do nich odnośnika w sieci. Co więcej, znalazłam informację o tym, że takie zajęcia przeznaczone są dla mieszkańców poszczególnych osiedli, nie wiem więc czy można sobie spokojnie wybrać miejsce, czy też trzeba sprawdzać w ,lokalnym DK.

Znalazłam też coś o nazwie ‘kraina pomarańczy’, gdzie podobno organizowany jest szeroki zakres tematyczny zajęć dla dzieci już od roczku. Poszukiwania strony pod wskazanym adresem spełzły na niczym, więc jeśli któraś z Olsztynianek ma bardziej aktualne informację, to proszę o info :)

Jest jeszcze Kreatywka, ale na stronie tylko bardzo ogólne informacje więc nie wiem co planują na ten rok. 

Zajęcia ruchowe dla maluszków, pełne rytmicznej muzyki to okazja żeby się wyszaleć. Domifika wydaje się więc receptą na ruchliwą dwulatkę :D

Dla nieco starszych dzieci fajny program mają olsztyńskie szkoły tańca. Trzy- czterolatki znajdą coś dla siebie u w szkole tańca Pavlović (Tany Tany), i w centrum Wasilewski-Felska. Ba! Są nawet zajęcia baletu, flamenco albo tańca irlandzkiego w Studiu Animacji RYTM. Na te atrakcje Luśka jest jeszcze za mała, ale skrzętnie odnotowuje, bo jeśli dalej utrzyma się jej pasja do kręcenia pupą w takt muzyki, to na pewno w przyszłości skorzystamy :)

Mamy też w Olsztynie rodzinną kawiarnię – mama caffe na Pieczewie. Oczywiście są w mieście inne kawiarnie i restauracje mianujące się przyjaznymi dzieciom, ale w tej kategorii musimy gonić bardziej cywilizowane miasta, bo samo wystawienie kompletu mebelków z IKEI nie czyni jeszcze z lokalu miejsca przyjaznego dziecku :D Jednak nic straconego, mam nadzieję!


Tyle mi się udało wyszukać i zamierzamy stopniowo zwiedzić wszelkie dostępne maluchom atrakcje. A co! Jeśli słyszałyście o czymś jeszcze, dajcie cynk – chętnie uzupełnię naszą listę :D

wtorek, 13 sierpnia 2013

Jaką będziesz starszą siostrą?

Ostatnio często zadaję sobie to pytanie patrząc na Polę. 


Mam w domu zupełnie niesamowitą, niepowtarzalną dwulatkę. Pogodną i uśmiechniętą, rozgadaną i rozśpiewaną. Ciekawą wszystkiego. Włażącą i wspinającą się wszędzie – gdzie się da i gdzie teoretycznie się nie da ;) Kochającą zwierzęta mniej lub bardziej futerkowe (a naszą Miećkę darzącą uwielbieniem) . Prowadzącą arcypoważne rozmowy z nami, dziadkami, a także z dziećmi na placu zabaw, podwórkowymi kotami i drewnianą królewną :D Kocham ją nad życie – jest mądra, zabawna i z całą pewnością ma dobre serduszko. 



Ale jest też niepokorna, asertywna i przyzwyczajona do niepodzielnej uwagi wszystkich otaczających ją dorosłych. Jak sprawdzi się jako starsza siostra? Jak przygotować ją do konieczności podzielenia się uczuciami  i czasem rodziców z maleństwem, które się pojawi? Jak rozmawiać, co mówić, żeby ta zmiana nie oznaczała dla niej łez niezrozumienia i poczucia odrzucenia? Ja sama muszę chyba poukładać sobie w głowie to i owo. A może przesadzam? Może najlepsza okaże się naturalność i wejście w nową sytuację bez specjalnej napinki…  Do tej pory wszystkie przełomy nadchodziły, okraszone moimi nerwami i strachem a potem przechodziły spływając po młodej w zasadzie bez śladu. Tak było z odstawieniem od piersi, pożegnaniem smoczka, wreszcie z przeniesieniem do własnego pokoju. Po prostu zmiana i już – zero nerwów, płaczu, strachu. Wyjątkowo elastyczna i odporna wydaje się być ta moja córka. Jednak pojawienie się rodzeństwa to chyba coś więcej… co sądzicie?

środa, 17 lipca 2013

Odpowiadam

Kilka dni temu zostałam wyróżniona przez Sylwię i zaproszona do zabawy


Bardzo dziękuję za wyróżnienie i niniejszym postem wypełniam moją powinność :)

ZASADY
Nominacja Liebster jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę".
 Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania.
 Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała.
 Następnie Ty nominujesz 5 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań.
 Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

MOJE ODPOWIEDZI

1.Czarne czy białe?  W teorii białe, w praktyce zwykle wychodzi na szaro.

2. W prawo czy w lewo?  
W lewo. Ja mańkut jestem :)

3. Szarlotka czy sernik?  Jeśli mam być szczera, najchętniej schab.

4. Dzień czy Noc?  
Noc.

5. W góry czy nad morze?  
Lubię góry ale jestem wodne zwierzę więc nad morze.

6. Kot czy pies?  
Tu mam dylemat – nie potrafię wybrać.

7. Optymista czy Pesymista?  Optymista. Nieuleczalny. Forever. Always.


8. Blondyn czy Brunet?  
W zamierzeniach był brunet. Jest szatyn... może liczę, że zciemnieje ;P


9. Dzień w SPA czy na zakupach?  
Zdecydowanie SPA.


10. Komedia czy Dramat?  
Dramaty rzadko mnie kuszą, chociaż czasem lubię popłakać dla resetu :)


11. Kino czy teatr?  
Kino. Za rzadko chodzę do teatru…


Chciałabym zaprosić do zabawy 


MOJE PYTANIA

          1.  Jesteś szczęściarą czy pechowcem?
 „        2.  Grosik do grosika” czy „niech się dzieje, ja szaleję”?
          3.  Anielsko dobra czy diablo sprytna?
          4.  Walczysz czy odchodzisz?
          5.  Jaką tajemnicę najbardziej chciałabyś zgłębić/na jakie pytanie poznać odpowiedź?
          6.  Jakie danie wybrałabyś na swój ostatni posiłek?
          7.  Twój najważniejszy zmysł?
          8.  Czynny sportowiec czy kanapowy poczytywacz?
          9.  Więc chodź, pomaluj mój świat… na żółto czy na niebiesko?
        10.  Owoce czy warzywa?
.       11.  Pogoda żeglarska czy upał-patelnia?


piątek, 12 lipca 2013

Kiedy pada.

Dni jak ten, kiedy od rana pada nam na głowę, mają swój specyficzny urok. Luśka w ogóle się cieszy z deszczu – w końcu to woda, kalosze można włożyć, w kałużach poskakać… a błoto to taki przyjazny materiał kosmetyczno-budulcowy ;)
Dla mnie deszczowy dzień oznacza więcej czasu w domu. Pomiędzy godzinami czają się chwile tylko dla mnie, pięciominutówki z herbatą albo telefonicznymi plotkami. W antraktach sztuki o garnkach i ścierkach momenty refleksji i zamyślenia :) To nic, że pochmurno. Że świat wokół w szarościach – ja lubię szarości i lubię deszczową ciszę. Poza tym… wieczory po deszczu mają swoją magię.


Jakoś tak dobrze się zrobiło i z dużą pogodą spoglądamy ostatnio w naszą rodzinną przyszłość :D

poniedziałek, 1 lipca 2013

Luśka lubi

Poranne lenistwo. Po tacie z pewnością :) Nie dotyczy to oczywiście weekendów, kiedy staje rześka jak skowronek zanim jeszcze na dobre się rozwidni ;)

Malować. To kolejna faza, przyszła zaraz po naklejkach :) zaczęła się od kupionych przez matkę rodzicielkę (w tej roli ja) akwareli celem stworzenia laurki na dzień taty. I miłość do malowania wybuchła w Luśce potężnym płomieniem. Farby wodne, do wanny, plakatówki, do malowania palcami. Technika dowolna. Temat, cyt. Dom, miau (czyt. kotek), ato (czyt. auto), dzidzia, tatuś, mamusia, balon, jajo… tu akurat trwa ciągły progres :D


Mleko. Dopóki budziła się w nocy, jakoś mi się to w oczy nie rzuciło. Teraz ,kiedy budzi się rano, komenderuje (bardzo ładną polszczyzną nomen omen): Mamo, idź rób mleko dla Poli. TERAZ. Musi być mleko wieczorem i rano. Bezwzględnie.

Śpiewać. Podśpiewuje sobie przy zabawie, tworzy nowe piosenki. Na całe gardło śpiewa przez balkon „Dino pociag naaaasz, Dino pociąg nasz”, „dzit ma baldzo otle tły”, „jadą jadą misie”, „witamiti, witamiti” i „szczota, pasta… bo to baldzo rzecz, zdlowe żeby mieć”.

Makaron. Najlepiej w rosole, ale jak będzie w czymś innym to też ok. a i suchym nie pogardzi :P „Matalon” i już! 

Z dialogów rodzinnych:
-Polusiu, z czym chcesz mięsko? 
- może z matalonem. 
-ale makaron masz już w zupie, to może z kaszą?
-a możeee… z matalonem?
- a z ziemniaczkiem?
-a możeee… z matalonem?


Wspinać się. Na schody (mamo! Pola siama!), na piaskowe/żwirowe górki, na krzesła, stoły, zjeżdżalnie. Skupienie ma przy tym na twarzy aż miło :)


Samochody. Daremne ciocio-babciowe ładowanie lalek do wózka i propozycje w stylu: połóżmy lalę spać, zabierz lalę na spacer, itp. Lalki lądują na podłodze w ciągu kilku sekund. W wózku wozi się Luśka sama, ewentualnie może przewieźć pociąg. Albo niebieskiego citroena. Chociaż samochodem lepiej się jeździ niż go wozi :) Nie ma więc mowy o ulubionych pluszakach. Jest lokomotywa, koparka, gazik i rzeczony citroen. A poza domem, olaboga! Dźwig! Autobus! Pociąg! Osobówka… łeee mamo, takie małe ato :)

Biegać. Kilkanaście razy dziennie, szturcha mnie palcem mówiąc: Mama doni, Pola ucieta! I zwiewa :D A ucieka coraz szybciej. Lubi tańczyć. Kręcić się w kółko, podskakiwać. A ja lubię patrzeć na jej zziajaną ale szczęśliwą buzię.

Owady. Muchy, bąki, komary, pszczoły, osy, ważki, motyle, mrówki, żuki gnojarki, pająki i w ogóle wszelkie „lobaki”. Uwielbia. Kuca i obserwuje (Szczęśliwie udało mi się ją odwieść od łapania, zwłaszcza gryzących indywiduów), szturcha, albo inaczej – zachęca do podjęcia aktywności :D I komentuje.


Wodę. W każdej postaci. Na szczęście wszyscy już do tego przywykli i nawet babcie nie próbują jej przemycić soczków/herbatek/napojów. Nie lubi i już. Woli wodę :) Wodę lubi też w konewce, w akwarium, psiej misce, basenie, jeziorze czy morzu. Raczej chłodną niż ciepłą i w dowolnej ilości. Powiedzenie że umie pływać byłoby wielkim nadużyciem, ale z makaronem albo w rękawkach radzi sobie nieźle :D



P.S. Jeśli trafi tu ktoś bieglejszy w blogowej sztuce, to może wyjaśni mi, co za szajs pojawia się na moim blogu, dlaczego i jak się tego pozbyć? Plizzz! EDIT: Sroka, I love you !!!

poniedziałek, 24 czerwca 2013

PoLuśka

W dwóch wydaniach: codzienno-ogrodowym i świąteczno-wizytowym. Czy muszę dodawać, że kocham ją bezgranicznie?


środa, 19 czerwca 2013

Uwielbiamy...

...czereśnie. Wszyscy troje:D A że w rodzinie najważniejsza praca zespołowa - jest trzymacz, podawacz i człowiek od brudnej roboty ;P

P.S. Na drabinę wlazła sama... 

wtorek, 18 czerwca 2013

T.A.T.A.

    Jestem szczęściarą. Mam najwspanialszego na świecie tatę. Tatę, który wszystko potrafi i zawsze mi pomoże. Który odda wszystko, żebym była szczęśliwa. Który wysłucha, wesprze, przejedzie pół świata żeby znaleźć dla mnie to, czego bezskutecznie szukam. Który jest ze mnie dumny w momentach szczęścia i nigdy nie zostawi mnie samej kiedy świat usuwa się spod nóg. Bardzo kocham mojego tatę i kiedy pomyślę sobie jakie mam szczęście że go mam, nieodmiennie się wzruszam.
    Moja córka też jest niesamowitą szczęściarą :D Ma tatę, który zawsze ma czas i ochotę spędzać z nią czas. Dla którego jej dobro i szczęście są zawsze priorytetami. Który ma głowę pełną pomysłów na nowe wyzwania i kreatywne zabawy. Który chce ją nauczyć wszystkiego co sam potrafi i dużo, dużo więcej. Który jest zawsze, kiedy w nocy przyśni się zły sen i nawet na wpół śpiący, zawsze odpowiada na wołanie z łóżeczka. Który dba o nią bardziej niż o siebie samego i walczy o jej przyszłość jak lew. Na którego obie zawsze i wszędzie możemy liczyć. Który szanuje i kocha, no KOCHA bezwarunkowo :) Jeden jedyny. Najlepszy na świecie. Luśkowy TATUŚ. 





środa, 29 maja 2013

Siama.

Odsmoczkowała się. Sama. Nie wiadomo kiedy i jak, po prostu się stało. Po raz kolejny udowodniła, że za nic ma rodzicielskie plany i skedżule :D
Z odpieluchowaniem tak łatwo niestety nie pójdzie. Na nocnik reaguje jak na zapowiedź Hiroszimy co najmniej i z gołym tyłkiem potrafi zwiać w najciemniejszy kąt z prędkością światła. Nie bardzo możemy się dowiedzieć o co chodzi z tym strachem. Wywiad środowiskowy nie wskazuje żadnych realnych obaw, urojeń tym bardziej. Innymi słowy gra - ale, o matko, jak skutecznie ;) Są jeszcze takie dni (najwyraźniej dane matce jako ten wyjątek potwierdzający regułę), że siada na nocnik niemal ze śpiewem na ustach. Siada i gada. Zrobi, wstanie, pożegna się z wydalinami kurtuazyjnie - no problem. A potem znów slalom z przeszkodami.
Wszystko chce teraz sama. Schody, winda, wdrapywanie się do samochodowego fotelika. Łyżka, widelec, nóż... cholera, nóż! Tępy nie tępy, fobia mi została. Nawet do wanny chce sama włazić ;) I gada. Bez przerwy, nie jestem przekonana czy choć powietrza nabiera. Widocznie uważa, że rodzicielom świat trzeba objaśniać w drobiazgach, bo sami się pogubią niebożęta. Pełnymi, trzysłownymi nawet zdaniami: mamo, to mucha. Duża. I mała... no i kto przebije tą filozoficzną prawdę, hę?
Rozczulam się przy niej codziennie. Jak mnie małą łapką po twarzy klepie pocieszająco. Albo post-rowerowego siniaka na kolanie całuje. A już do łez mnie doprowadził poniższy prezent:


Mój pierwszy 'bukiet' kwiatów na Dzień Mamy :D 

Przy okazji: dostaliśmy (!?) się do żłobka. Państwowego (!?!?!?). Do tej pory, mimo złożonych papierów, ta wizja tylko nieostro majaczyła na moim horyzoncie. A teraz przeżywam i sama już nie pamiętam czy w ogóle się ucieszyłam. Matka-hormonalnie-nienormalna.

wtorek, 28 maja 2013

Moje dziś

Z braku czasu zapominam ostatnio o wszystkim, łącznie z blogiem. Dłuższy post jednakowoż smaży się i już za chwileczkę... a tymczasem kadr z NAJukochańszej bajki Luśki. Ona-kocha. Ja-oglądam i choć często padam ze śmiechu powiem Wam - codziennie czuję się jak ten miś :D


piątek, 26 kwietnia 2013

Ogon.

Anegdotka wczorajszego wieczoru:
Luśkowy tata okupuje toaletę. Moja córka, stęskniona widocznie, postanowiła do niego dołączyć. Nagle z łazienki słychać: 
- Mamooo!
- Chwilkę skarbie, już idę.
- MAAAMOOOO!!!!
Lecę więc do łazienki. Luśka stoi ze wzrokiem i paluszkiem utkwionym w wiadomej części ojcowskiej anatomii.
- MAMO, OGON!

no comment.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Rdzewieję.

Historia wczesno-poranna:
Idę sobie chodnikiem, trzymając w dłoni małą, cieplutką rączkę. Słonko świeci, niebo błękitne, poranny chłodek ustępuje prawdziwie wiosennej pogodzie. Drepczemy na autobus. Katem oka widzę zbliżającą się z prawej postać. Jest drobna i szczupła (swoją drogą jakieś ewolucyjne przystosowanie nowego pokolenia). Kolorowe dżinsy, trampki, grzywa malowniczo przesłaniająca jedno oko. Śliczna. Zmierza ku nam chodnikiem prostopadłym i ani chybi spotkamy się na krzyżówce. Prawym okiem rzucam po raz ostatni (z podziwem) i wkraczam na chodnikową część wspólną. No i niestety taranuje nas ten piękny blondowłosy czołg... Zupełnie nie tego się spodziewałam, więc osłupiałam na małą chwilkę. A potem (biję się w piersi) zaczęłam złorzeczyć - o sikso, taka smaka, owaka!!!! Bo przecież JA szłam, z dzieckiem przecież, i przecież starsza i w ogóle. Jak mi już ulżyło i cały jad wypłynął uderzyła mnie ta straszna myśl - STARZEJĘ SIĘ.

piątek, 5 kwietnia 2013

Wyniki rozdawajki i mysie ogonki

Nie udało mi się wczoraj... Z pracy wyszłam, a właściwie wyczołgałam się dopiero po 19, ze zwisem ramion sięgającym kolan co najmniej  i zwyczajnie wypadło mi z głowy. Wybaczcie! Dziękuję wszystkim, którzy zostawili pod 'świątecznym' postem komentarz zgłaszając się do zabawy :P
Do rozdawajki zgłosiło się piętnaście osób , spośród których sprawny system elektroniczny wylosował jedną:


Gratuluję Niezła Żono! Prześlij mi proszę dane do przesyłki na monsoon@interia.pl a zaraz wyfrunie do Ciebie moja wiosenna niespodzianka :D

Z rzeczy bardziej przyziemnych... udało mi się skłonić Luśkę do zabiegów fryzjerskich, na co posiadam dowód :D


środa, 3 kwietnia 2013

Nasz zając

W przedświątecznym zamieszaniu nie zdążyłam się pochwalić paczką z zającowej wymiany organizowanej przez Agnieszkę. Już drugi raz brałyśmy z Luśką udział w tym zacnym projekcie i ofizjalnie zapowiadamy że nie ostatni :))) Prezencik od Mamy Adama dotarł do nas jeszcze przed świętami i jeśli mam być szczera, do dziś niewiele z niego zostało :D No, ale po kolei!
W naszej paczce skrywało się takie oto, pięknie (ręcznie?!?) ozdobione pudełeczko. Była też kartka z osobistym podpisem (niestety, Luśka potraktowała ją z nadmierną uczuciowością i nie zostało nic do udokumentowania :P).

A we wnętrzu pudełeczka, czarujące zapachem 'dzikie masło' :D


Oświadczam uroczyście, że Buerre de Karite, czyli masło shea w czystym wydaniu zostaje od dziś moim kosmetykiem numer 1. Obłędnie pachnie, cudnie rozpuszcza się w dłoniach, posmarowana skóra błyskawicznie odzyskuje elastyczność a nawilżenie utrzymuje się baaardzo długo :) Można je stosować u dzieci, co skwapliwie wykorzystałam. i powiem Wam, że Luśkową skórkę to masło traktuje tak samo dobrze jak moją. Zaprawdę, uwielbiam i już zamówiłam następną porcję - o, tu!
Mamie Adama serdecznie dziękujemy za prezent, a Agnieszce za kolejną udaną wymiankę :D

PS. A jutro wyniki rozdawajki... stay tuned :)

niedziela, 31 marca 2013

Wielkiej Nocy!

Każdy czeka. Jedni aż coś się zacznie, drudzy aż coś się wreszcie skończy, jeszcze inni na kogoś lub coś (przypuszczalnie większość na zmianę pogody) :D Na miłość, nadzieję, siłę, spokój... Z okazji Świąt życzymy wam wszystkim tej WIELKIEJ NOCY... niech każdemu z Was 'stanie się' to, na co czeka najbardziej :)


Zdjęcie pochodzi z witryny:http://www.babyboom.pl/forum/staramy-sie-f66/kto-po-vitro-26936/index4404.html

piątek, 22 marca 2013

A trip to elswhere

W poprzednim poście wspomniałam już, że wyjątkowo trafiony przez Srokę nowy nagłówek bloga bardzo dobrze oddaje to, co dzieje się w mojej głowie. Zawsze tak na mnie działa przedwiośnie i 'pozimie'... w okresach przejściowych mam ochotę oddalić się mentalnie od wszystkiego co dzisiejsze lub wczorajsze i całkowicie zatopić się w myślach. Czasem ten trend oscyluje w kierunku melancholii, czasem bliżej mu do rozmarzenia. A czasem, nie ukrywam, jest to klasyczna bezmyślna zawieszka :D W takich chwilach uciekam myślami do momentów, które odcisnęły się na mojej pamięci... migają ich dziesiątki pod zamkniętymi powiekami - a każdy pieści duszę znajomym szeptem i ciepło się robi koło serca. Uciekam (jeśli tylko mogę, fizycznie) do miejsc, gdzie się rodziły i dojrzewały moje marzenia :)


Wiem, nie wygląda to na jakieś 'szczególne' miejsce, ale ci, którzy w takim środku niczego stawiali kiedyś swój kilkutygodniowy dom, znają takie miejsca :)

Kiedyś, dobre dziesięć lat temu, przeczytałam (z pewnym sceptycyzmem) książkę. I od tego czasu  uczę się pielęgnować w sobie ta pierwotną kobiecość, która sprawia że czuję i widzę a nie tylko wącham i patrzę. Wiem, kiedy potrzebna mi cisza i ucieczka od zgiełku codzienności. I staram się karmić te potrzeby, kiedy tylko mogę... a nie jest to proste w dzieciowo-pracowo-domowej rzeczywistości, na pewno wszystkie o tym wiecie :D Dziś nad Olsztynem obłędnie świeci słońce i czuć w powietrzu ten wilgotny zapach zwiastujący narodziny świeżości, więc po południu na chwile uciekam w moje ukochane warmińskie lasy. A Wy? Dokąd uciekacie, kiedy 'dziś' wam dopiecze?

piątek, 15 marca 2013

reaktywacja, regeneracja i świętowanie :)

Nowe Manewry :D
Wróciłyśmy do żywych po dłuższej przerwie, notując po drodze serię przełomów, zakrętów i nowych początków. Przyszedł więc czas zacząć od nowej karty i nasze blogowanie. Za zasługą najulubieńszej ciotki Sroki (Tu! Tu!), matki astrologicznego brata mojej córki, odmienił się nasz image na wiosnę :D Same przyznajcie, jest cudnie...kolory piękne, a w nagłówku niemal wierne odzwierciedlenie zawartości mojej głowy :P Dziękuję, DZIĘKUJĘ !!!!
Wiosna zakrada się do nas cichutko i sezon poligonowy na pewno już się zaczął. Na naszym lokalnym poligonie też ciągle nowe podchody i manewry, bo Luśka w bunt dwulatka wkracza wielkimi krokami i jeńców nie bierze :)
Nawet nie zauważyłam, jak z nowym rokiem na moim liczniku odwiedzin pojawiła się liczba 20 000. Rozpoczynając pisanie nawet bym nie pomyślała o takim osiągu. Bardzo Wam dziękuję za odwiedziny i komentarze! Wasze towarzystwo na tym blogowym podwórku naprawdę wiele dla mnie znaczy :D Z tej okazji, z pewną taką nieśmiałością zapraszam Was do wspólnego świętowania, które postanowiłam uczcić rozdawajką. Przygotowałam dla Was babską niespodziankę na wiosenne odświeżenie  :)



Warunków specjalnych nie ma - jeśli chcesz się ze mną pocieszyć i wygrać mała niespodziankę zostaw ślad w komentarzach pod tym postem. Miło mi będzie, jeśli umieścisz informację o cukierku na swoim blogu :D Zapisy potrwają do końca marca i w pierwszych dniach kwietnia wyłonimy zwycięzcę :)


ps. Przyznam się Wam, że mam trochę pietra organizując tą zabawę...

środa, 13 marca 2013

Girls night out :)


Bibułki matujące - check!
Puder - check!
Połyskliwe cienie - check!
To takie lepkie, kolorowe, co nie chce zejść z rajstopek - check!

To jak mamo, kiedy ruszamy w miasto?


wtorek, 12 marca 2013

O „słodkich” snach raz jeszcze



Niech was nie zmyli Luśki słodka buźka. Nie dajcie się zwieść pełnym niewinności rumieńcom sugerującym głęboki sen sprawiedliwych… cokolwiek chcielibyśmy powiedzieć o snach naszej latorośli, na pewno nie są one ani głębokie ani długie. Nie do końca wiadomo co się wydarzyło i gdzie leży przyczyna. Niemal co noc, w okolicach drugiej-trzeciej budzi nas dziecięcy płacz, który ciężko ukoić. Sprawdzamy wszystko: gazy-nie. Pić-nie. Mleko-nie. Smoczek-nie. Przytulanie-nie. Czasem nawet przenosiny do naszego łóżka nie pomagają i zostaje męczące łkanie. Po takim śród-nocnym zaśnięciu  Luśka spokojnie śpi w łóżeczku do rana… czasem ją muszę budzić po siódmej, ale tu akurat przyczyna nie jest żadną tajemnicą.  Martwię się…

        Poza-sennie jest za to cudownie. Fajną mam córkę – mądrą, ciekawą świata, uśmiechniętą :D Nowe słowa wypływają prawie codziennie. Genialne literkowe magnesy - wygrana u Ambiguity (pochwalę się następnym razem) skłoniła Luśkę do czytania – staje Pola pod lodówką i przesuwając paluszkiem literki ‘czyta’: dii, wii, ooo, zii, bii, aaa… :P Upodobała sobie końcówki typu ś, ć, dź i dokładnym akcentowaniem tych liter w słowach wprawia nas w osłupienie :) Coraz chętniej bawi się sama i widać w tych zabawach mnóstwo kreacji wyobraźni. No i najnowsza miłość – naklejki. Na wszystko :)
          
            „Na nowym” jeszcze ciągle bez kontaktu ze światem, zostaje mi więc praca – ale tu zwykle zdążę tylko przeczytać co się u Was wszystkich dzieje. Na odpowiedzi i własne story czasu rzadko starcza – choć z drugiej strony to podobno tylko wymówka dla złej organizacji czasu. W ogóle muszę chyba obudzić się z zimowego snu i wziąć za siebie solidnie. Wiosna idzie, słyszałam, więc odświeżenie zagości mam nadzieję również pod moją czaszkową kopułą:D

wtorek, 29 stycznia 2013

Jak mówi piesek??

Nasza Miećka nie szczeka. Szczekanie ma w głębokiej pogardzie i jedynymi wykorzystywanymi przez nią 'onomatopejami' są charakterystyczne dla bokserów parskania i śpiewy, czy raczej ciche zawodzenia wynikające z dzikiej radości. Miećkowa awersja do hałasu jest faktem powszechnie znanym i przez bliższą i dalszą familię uznawanym za całkiem normalny. Nie zmienia to jednak faktu, że owa bliższa i dalsza usilnie próbuje na Luśce wymusić skojarzenie: piesek=hau, hau! No a jakże to, skoro oczywistą oczywistością jest, że piesek = buuuu buuuu? Na nic powtarzanie, próby puszczania "właściwych" psich odgłosów z nośników różnej maści - Luśka wie swoje i już :D  Podobnie jest z rybką, przez Polkę ochrzczoną roboczym 'lili'... szczęśliwie nie osiągnęliśmy jeszcze punktu pytań niechcianych, więc imieniem 'lili' tytułowane są bez żenady i po równo rybki akwariowe, rybka mini mini i makrele w supermarkecie. Wszelakie próby rozróżnienia produktów spożywczych od ulubieńców rodziny póki co spełzają na niczym. Mnie to na rękę, nie muszę się tłumaczyć ze zbrodniczych czynów dokonywanych na tych lub innych wodnych zyjątkach :D
Słownik osiemnastomiesięcznej (!!!) Luśki wykracza jednak znacznie poza tę dziwną parę. Właściwie, żeby być precyzyjnym, trzeba by rzec, że buzia jej się nie zamyka. I większość słów  ma paradoksalnie znaczenie bardzo zbliżone do pierwowzorów :) Mamy więc mamę i tatę w odmianach wszelakich - od informacyjnego mamooo/tatooo, przez objaśniające mamii/tatii, po rozdzierające mamuuuuu/tatuuu. Mamy babu i dziadziu, tota  na zmianę z Ola (czyli każda ciocia), jujek (czyt. wujek). Jest pan i pani, tu i tam i to i tak. I (dźwiękonaśladowczo) kot, koń, kura, kaczka, krowa, koza, owca, żaba, małpa, słoń... cały zwierzyniec! I sisi (siku), i ku (pa), i jee (ść), i aaa (spać) i chce, i bam. I  mimi (telewizja, analogia do MiniMini niestety słuszna). I caaaałe mnóstwo innych słówek :))) Powtarza i tworzy i gada bez przerwy - nawet przez sen! A ludzie się gapią i gapią. Wszędzie. Czasem ze złością, bo akurat gadanie zagłusza im najnowsze plotki albo coś (bardzo ważnego) co właśnie powiedziała pani za rogiem do kogoś zupełnie innego. Czasem z pobłażaniem albo zniecierpliwieniem, albo ze współczuciem, albo (co najgorsze) z jedną z tysiącpięćsetstodziewięćset złotych rad. A mnie to wcale nie działa na nerwy :D Ja się cieszę i bawię i dumna jestem jak paw i zachęcam ją do gadania jak tylko potrafię. Uwielbiam tę nić porozumienia, ten nowy rodzaj komunikacji. I naprawdę nie przeraża mnie tysiąc pytań do... i nie, nie sądzę, że najważniejsze czego trzeba nauczyć dziecko jak najszybciej to milczeć kiedy się go nie pyta ;]


środa, 9 stycznia 2013

hu hu ha!


My się zimy nie boimy :D Żal tylko że warmińska zima taka była krótka i coś wrócić nie chce... ale udało nam się zaliczyć jednorazowe sanki i kilkanaście śnieżnych spacerów. I kilka lodowych ślizgawek. I jedną widowiskową lodową glebę (w tym widowisku główną rolę grałam niestety ja). Luśka uwielbia zimę a my uwielbiamy Luśkę :D

wtorek, 8 stycznia 2013

Ufff!

Gdybym, tak skwapliwie jak kłamliwie zarzekała się, że jesteśmy przeprowadzeni, z pewnością grom sprawiedliwości szybko by mnie do rzeczywistości wrócił. Więc nie będę, choć korci mnie bardzo :D Ale jestem. W zupełnie nowym miejscu, z masą zupełnie nowych przemyśleń… na masie worków i pudeł przynajmniej miesiąc jeszcze. Ach, gdyby tak ciocia z Ameryki, po nieznanym krewnym spadek albo choć Totolotek prozaiczny!  Nadzieje płonne- zimna kalkulacja szans na wygraną w porównaniu do szans rażenia piorunem  bezlitośnie przemawia za tym drugim. Wobec tego nasz własny kawałek podłogi pół-trwale zaściela „dobytek” – skąd ja tyle tego nabrałam?!? Kilkukrotnie sprawdzałam podczas pakowania podejrzewając, że owe worki i kartony rozmnażają się po kryjomu i poza wszelką kontrolą… niestety okazało się, że nie spakowałam sąsiadów a wszystko co teraz zalega pod ścianami należy do nas. Czekamy na szafy. Ja z narastającą frustracją, Małż z filozoficzną rezygnacją i Pola z nieświadomą acz widoczną ekscytacją. Bo Luśka w tym plastykowo-papierowym gąszczu czuje się doskonale :D Zręcznie sobie lawiruje, układa, przekłada, buduje mosty i namioty. Dziurki w workach wierci paluszkiem baaardzo sprawnie :) Najbardziej lubię patrzeć jak biega ze śpiewem (krzykiem?!?) na ustach po brzmiących echem pomieszczeniach… w końcu może się rozpędzić! Ilość przestrzeni życiowej na członka rodziny wzrosła nam dramatycznie, choć my przyzwyczajeni do tego stłoczenia i tak większość czasu spędzamy razem. Jakoś tak nieswojo rozejść się po pokojach ;P Za to Pola korzysta z przestrzeni i widać, że nowe miejsce bardzo jej się podoba. Ja z kolei patrzę na tę nową przestrzeń bardziej pod kątem braków i potrzeb. No i chyba złapałam syndrom kwoki, bo patrząc na nowe ściany oczyma wyobraźni widzę te rysy i plamy, latam ze szmatą jak nawiedzona i sprzątam – mam nadzieję, że to przejdzie, bo mnie samej już trudno ze sobą wytrzymać :D Internetu jeszcze brak, więc komfort pisania znikomy. Ale starałam się, na ile mogłam śledzić nowości u Was, choć zazwyczaj nie zostało czasu na komentowanie. Teraz powoli wracam do żywych, jeszcze kilka dni i znów będę obecna „na pełny etat”. Żeby nadrobić zaległości wypadałoby hurtem wszystkie pominięte okazje uczcić, ale że ‘to se ne wrati’, więc chociaż Wszystkiego co dobre w tym, rozpoczętym już Nowym Roku (o formacie daty, do którego przywyknąć nie mogę). Niech się zrealizują Wasze najambitniejsze plany i spełnią najskrytsze marzenia. Niech świat i los będą dla Was/Nas łaskawe w tym roku!!!!