czwartek, 8 listopada 2012

Wiszę...

… absolutnie bez poczucia równowagi i twardego gruntu pod nogami. Wiszę i dyndam niebezpiecznie raz po raz trwożnie zerkając w dół. Gdzieś z zakamarków pamięci, mgłami otulone, wyłania się niezwykle przyjemne uczucie, z którym ładowałam się w górę i w górę… a teraz dyndam.  Bezsennymi nocami zastanawiam się, kiedy zaszwankowały moje wewnętrzne ABSy i straciłam kontakt z twardą ziemią. Remont, przeprowadzka, notariusze i prawnicy, urzędnicy i pomocnicy, potężnej mocy wichry zawodowe, tymczasowy dom zaduszony pod stertą wiecznie zbierających się rzeczy…  h.e.l.p. Luśka skutecznie przywraca mnie do świadomości i dla niej skupiam wszystko w sobie, żeby w tej drogi nie wypaść i gdzieś w środku szaleńczych zakrętów spróbować jednak złapać przyczepność. Tymczasem jednak nie ma mnie, głównie ze względu na poważne niedobory internetowe – a te rozwiążą się pewnie dopiero po przeprowadzce… czyli w grudniu, jeśli mnie do tej pory szlag jasny nie trafi. Wybaczcie mi moją/naszą chwilowa nieobecność i, jeśli możecie, trzymajcie kciuki za powrót do życia w jednym kawałku :)


ps. I need a medicine...

środa, 19 września 2012

Ja się stąd wynoszę...

... powiedziałam do Małża kiedy po raz kolejny zepsuł się następny  'świeżo naprawiony" kran w naszym wynajmowanym 'm'. I słowa dotrzymam, a jakże! I to już niedługo :D Zabiorę ze sobą wspomnianego wyżej, ukochane dziecię, najważniejsze tobołki... i pójdę sobie, zostawiając walące się meble, śmierdzące rury, cieknące krany, zimne betonowe podłogi i kraty w oknach. I będę w końcu swoje gniazdo wić :D Na razie wije developer, który etap wykończeniowy nieco przeciąga, ale już koniec widać i jest swiatełko w tunelu. I nie zniechęca mnie nawet wieloletni cyrograf podpisywany kilka miesięcy temu z suchością w gardle :) Bo w końcu będę miała DOM. Swój kawałek podłogi, swoją przestrzeń. Która będę mogła urządzić po swojemu, a kiedy przyjdzie mi ochota zamknąć przed obcym okiem, uchem i obecnością...mhhmm... i światło będę miała - dużo światła. I balkon. I piwnicę (jak to małe rzeczy cieszą człowieka). I pięknie będzie... jak tylko wcisnę temat urządzania i dekorowania pomiędzy rozmnożone tajemniczym sposobem etaty. Bo naszych popołudni i wieczorów nie oddam :D

środa, 5 września 2012

Uczę się... niestety na błędach :(

Cisza u nas była ostatnio, bo i wakacyjnych wyjazdów i wydarzeń krew w żyłach mrożących zdarzyło się kilka, wiec do pisania nie miałam głowy. Plus to, że wstyd mi było okropnie... ale rady nie ma, ku przestrodze  i na przyszłość, kiedy Luśka zapyta skąd u niej na ciele te wątpliwej urody pamiątki. Dla potomności zostać musi.
Zdarzyło się, a jakże, w samym środku urlopu. Co więcej, urlop był w samym środku lasu. Z jakby tego było mało, na scenie wyłącznie mama (czyt. ja) i Luśka, jako że Małż z samego rana pojechał do pracy. koniec lata w pełni, cudowna pogoda - ciepełko, słońce i luz. Luśka rozochocona leśnymi wczasami, dotleniona po uszy, po lesie wyhasana, w jeziorze wypluskana tak, że aż dziw bierze, że jej się kolorki nie zmyły :) Jednym słowem pięknie. I przylazł pech. Przypełzł gadzina po cichutku, w ukryciu przyczaił się i czekał...
Sprawczyni dramatu (niestety, w tej roli ja) wymyśliła piknik. Uroczo miało być, na łączce wykoszonej, zieloniuchnej, blisko wody a jednocześnie cichutko i kameralnie. Zapakowała torbę we wszelkie akcesoria (f..ck!) i dziecko pod pachę wziąwszy powędrowała. Na łące obłęd normalnie - kocyk rozłożony, dziecko w samym bodziaku śmiga uszczęśliwione po trawie... zapowiadało się popołudnie idealne. Tylko, że wtedy pech się złośliwie przeciągnął i wyszczerzył cynicznie - a matka postanowiła obrać jabłuszko. Obrała, pokroiła i dziecku podała. Dziecko z lubością przyjęło i (pyszny skądinąd) owoc pochłaniać zaczęło. Zadzwonił telefon. Durna matka odłożyła nóż (cholera, jakże przekonana że daleko) i sięgnęła po słuchawkę, kontrolując czy się młode w kierunku owego nie zbliża. Zbliżało się. Złapałam za rączkę...
Niestety, tylko za jedną :( Nastąpił skręt, łuk histeryczny w proteście przeciw zatrzymaniu, wygięcie i przewrót. Wolna dłoń trafiła na nóż.
O krwi, widoku, strachu i płaczu nie będę pisać - to chyba każdy potrafi sobie wyobrazić bez trudu. O guli w gardle i pośpiechu w jakim wracałyśmy do miasta, o kolejce i dziwnych zwyczajach na chirurgii, o panice przy podawaniu znieczulenia. I o tym, jak musiałam się na Luśce położyć w czasie szycia (rana cięta głębokości 7mm - f..ck! f..ck!!!!) i jak czułam jej strach i to trzepocące się pode mną serduszko... nie ma co się rozwodzić. Durnam i tyle.
Miliony razy obrabiałam tą sytuację w głowie tamtego wieczora i właściwie każdego następnego dnia. Gdybym, gdybym ... oczyma wyobraźni widziałam zupełnie inne scenariusze tego popołudnia. Ale obrazu tej ręki i Luśkowej buzi nie wymażę z pamięci do końca życia. Może i dobrze, są takie rzeczy o których zawsze trzeba pamiętać.
Natychmiast po zaszyciu i odespaniu stresu Luśka odzyskała cały swój dobry humor. Mimo opatrunków ręką posługuje się swobodnie, bandaże zupełnie jej nie przeszkadzają. Problemem jest widoczny uraz do białych kitlów (do tej pory wcale nie notowany) ale w końcu nie ma czemu się dziwić. Poza tym całkowicie wróciła do stanu "sprzed". Cieszę się, że choć tyle, ale nie zmniejsza to mojego poczucia winy i mnie samej powrót do normalnego stanu zajmie z pewnością więcej czasu - póki co wszędzie widzę niebezpieczeństwo...
zdjęcie pochodzi ze strony www.firebox.com

piątek, 17 sierpnia 2012

Ładujemy akumulatory


Powakacjowałyśmy sie trochę z Luśką ostatnimi czasy, więc nie było nas widać. Ale starałam się bywać u Was regularnie, chociaż nie zawsze jest czas na pozostawienie po sobie przyzwoitego śladu. Przyczyny takiego stanu są dwie: po pierwsze dziecko, a po drugie...yhm, w zasadzie też dziecko :D Luśka przez ostatnie dni zajmowała mnie dokumentnie, a że przy okazji swoich zabaw raczyła tajemnym klawiszowym skrótem usunąć w kompa kartę sieciową, dostęp do strefy blogowej mam tylko przez tel. (a ja się broniłam przed smartfonem - silly me! ). Porządku z kartą sieciową nie udało mi się zrobić do tej pory więc możliwości pisania mam mocno ograniczone. Małż niestety pracuje więc pierwszą część urlopu spędziliśmy w miejscu zamieszkania - bo że w domu nie można powiedzieć. W ogóle ostatnio większą część każdego dnia spędzamy na powietrzu... Pola zaprzyjaźniła sie z własnymi stopami i te nie przeszkadzają jej już w chodzeniu. Ba! w bieganiu nawet :D Biegamy więc sobie - ona w sobie tylko wiadomym kierunku a ja niewolniczo za nią. Posiadanie biegającej latorośli ma swoje niezaprzeczalne zalety. Ta nowo zdobyta sprawność zabiera większą część czasu i energii, więc primo - nie muszę specjalnie wyszukiwać nowych zabaw, secudno - zasypiamy w pięć minut po wieczornym karmieniu. Inna sprawa, że 'upychanie' chodzącej Luśki w wózku urosło do rangi konkurencji olimpijskiej, a kiedy już roztrzepanej i spoconej matce uda się zwyciężyć, zamiast medalu jest machanie nogami i wrzask, który  góry przenosi i wszystkie okoliczne "specjalistki" od wychowania stawia na baczność w pełnej gotowości do udzielania rad. Swoja drogą zauważyłam, że im starsze dziecko, tym więcej radzących (ot, taka nic nie znacząca dygresja). Wracając do wrzasku - mnie on specjalnie nie przeszkadza, tym bardziej, że zwykle ucina się zaraz po zapięciu pasów, kiedy to młoda buntowniczka zda sobie sprawę, że tę konkurencję przegrała. Ale szeroko pojętej braci parkowej protesty Luśki przeszkadzają. Bardzo. Nie dziwi mnie przerażony wzrok mam/babć pchających przed soba głęboki wózek, bo sama mam żywo w pamięci delikatny sen mojego dziecka w pierwszych miesiącach - słyszac drące się 'starszaki' pewnie niejdenokrotnie też miałam minę mordercy :D Ale jak słyszę sceniczne szepty o nowoczesnym, bezstresowym wychowaniu, albo braku umiejętności 'uciesznia tego dziecka', albo co tam jeszcze jedna pani drugiej pani (czemu to zawsze są baby???)... to normalnie nóż mi się w kieszeni otwiera i powiedziałabym do słuchu obu zainteresowanym. Ale nie powiem, bo ponoć cielak jestem nieasertywny. Powkurzam się i pójdę dalej :D Generalnie musze przyznac, że cierpliwość nie jest mocną stroną mojej córki. I sama nie wiem, czy to już zaznacza się charakter, czy jeszcze da się to i owo wyćwiczyć. Luśka szybko irytuje się, kiedy nie wychodzi jej to, co teoretycznie już umie. Zachęcana przez nas próbuje ponownie, ale niepowodzenie zawsze witane jest wybuchem złości. A zamierza się na coraz to nowe i trudniejsze rzeczy... poza tymi momentami jest cudna i do schrupania, uczy się błyskawicznie, mnóstwo rozumie i chętnie dzieli się swoją wiedzą i umiejętnościami - nawet z tymi mało zainteresowanymi :D Gada bez przerwy, choć dalej niewiele w tej gadaninie naszego wspólnego języka - mama, tata, baba, dada, popa (to Pola), udzie (to idzie), nie nie ( taaak, to dalej lubimy najbardziej)... reszta to całkowita wolna amerykanka. dla mnie najważniejsze jest to, że nie boi się świata i chętnie próbuje wszystkiego co nowe. Staram się jej nie straszyć i nie wdrukowywac w nią poczucia, że z czymś sobie nie poradzi bo nade wszystko chciałabym ją wychować na szczęśliwą i wolną od samo-ograniczeń, świadomą siebie kobietę.
Heh, wielkie zadanie przed nami... wracam ładować akumulatory :D

Na 'do widzenia' piękne, letnie oko mojej dużej, jedenastozębnej (Tak!!!) córy :))))


poniedziałek, 30 lipca 2012

rok i cztery... dni

Impreza "roczkowa" Luśki odbyła się. W minioną niedzielę. Hucznie bardzo - nad miastem przeszła burza roku, fundując nam fanfary i "flesze" :D

Matka (czyt. Ja ) wysiłek poczyniła i tort upiekła, czego dowody zamiesza poniżej :P Tort był w całości śmietanowy i nadziany wszystkim owocowym (no, może nie wszystkim...były maliny, jagody, borówki i winogrona).

tort w tzw. połowie drogi. Kasztelan dla matki, na wypadek porażki

i po ukończeniu :)
Urodzinowej królewnie tort bardzo smakował. Sukience też :D
na zdjęciu z matczyną siostrą, łaskawą karmicielką 
Po konsumpcji tortu z królewny zostało niewiele, ale za to było dziecko szczęśliwe a to ważniejsze niż każda kreacja :D

czwartek, 26 lipca 2012

R.O.C.Z.E.K.



Rrrany! to już rok?!?O matko, niemożliwe, że to już rok!!!
Czemu ten czas tak szybko
 mija??Zdecydowanie za szybko!!!Eech... niesamowite!Kurczę, no nie moge uwierzyć, że minął juz cały rok!!!!!






ps. Luśka na zdjęciu wyraźnie informuje miną o swoim stosunku do kolejnej sesji : D Ale było też mnóstwo uśmiechniętych i radosnych fotek... to taki prezent roczkowy. Impreza urodzinowa w niedzielę :)

wtorek, 24 lipca 2012

Tak, jestem kobietą... potrafię zmienić nastrój trzykrotnie w ciągu sekundy.

Chyba mam zwichrowana psychikę – od czasu do czasu dopadają mnie dziwne, dla mnie samej niezrozumiałe stany. Najpierw chodzę jak bomba zegarowa- naładowana wszystkim emocjonalnym, czego zwyczajnie wyrazić nie umiem (choć chciałabym). Najchętniej zamknęłabym się w mysiej dziurze i przeczekała, bo tzw. dobre rady  nijak nie pomagają. Świat wtedy uwiera, gryzie, codzienność nawet nie tyle nuży, co dobija. Bliskość dziecka paradoksalnie nie poprawia sytuacji. W „przed-życiu” wykrzyczałabym gdzieś te swoje żale i tęsknoty, albo wypiła butelkę wina i wypłakała je ciurkiem. Z Luśką nie mogę, bo spija ze mnie emocje i błyskawicznie się jej udzielają. Widać i czuć, mimo moich usilnych prób zamaskowania się, jak bardzo odbijają się na niej te momenty – robi się niepewna, „rączkowa” i lepi się do mnie calutka jakby się bała, że jej ucieknę. Szkoda mi Luśki, bo ja sama wiem, że to okres przejściowy – parę dni i minie, ale ona jeszcze tego nie wie, nie rozumie. Tym bardziej więc mam do siebie żal. I kółko klasycznie się zamyka. Małż twierdzi, że to reperkusje po zakończeniu karmienia… no tak, bo dwa tygodnie temu „odstawiłyśmy się”. Przyczyn było kilka (jak to zwykle bywa – klęska urodzaju :) ), metoda też z konieczności „szokowa”. Więc może to to? Może mnie dopadło obniżenie hormonalne i tęsknota za tą unikalną bliskością? Być może nas obie dopadło... choć Pola na tę zmianę zareagowała cudnie i wbrew moim poważnym obawom butlę z mlekiem przyjęła bez zastrzeżeń. Spodziewałam się krzyków, protestów i nieprzespanych nocy – w czasie karmienia piersią rytuał był stały i nienaruszalny. Po kąpieli smarowanie, masowanie i ubieranie, przy którym dziecię już nerwowo buczało a po ubieraniu rwało na matce koszulę, głośno domagając się  zasłużonego i wyczekanego posiłku :D Tymczasem zaś mamy radosne bieganie na golasa po kąpieli i błyskawiczne zasypianie – bez noszenia, kwilenia i wygibasów. I praktycznie zero dłuższych nocnych przerw. Ha! A może podświadomie zła jestem, że to tak wyglądało? Że cyc okazał się tak mało istotny a z cycem i ja sama?? Może odzywa się we mnie potrzeba bycia jedyną i niezastąpioną?  Muszę to sobie wszystko poukładać, bo poczucie pustki walczy we mnie z zadowoleniem z odzyskanej niezależności – walka jest wyrównana i szala zwycięstwa to w tę, to nazad… Tak czy inaczej kilka dni chodziłam jak chmura gradowa, a teraz dopadł mnie okres odrętwienia psychicznego, bliski emocjonalnemu paraliżowi. I ta martwota też mnie przeraża, bo jest jak tafla jeziora przed koszmarną burzą… ani zmarszczki, ani szeptu – a jednak czuje się, że będzie się działo. Sama więc widzę, że reset jest absolutnie niezbędny. Codzienność jednakowoż szansy na ów nie daje najmniejszej. Praca pożera mnie codziennie i wypluwa coraz później. Godziny popołudniowe, spędzane razem, we trójkę, są dla mnie zbyt krótkie i cenne. Wieczorem zaś gapią się na mnie półprodukty na kolejny obiad, brudne naczynia, porozrzucane zabawki i góraaaa większych i mniejszych szmatek czekających na ciepło żelazka. Gapią się i złorzeczą, bezczelne. Staram się zamykać im buzię kiedy tylko mogę… a potem padam. Padając myślę o jutrze i „pojutrzu”…



środa, 18 lipca 2012

Co się działo kiedy się działo?

Oj, działo się :D Wielkimi krokami zbliżają się URODZINY. Nie pierwsze, chociaż jedynka na torcie będzie sugerować inaczej. Te pierwsze (właściwie zerowe) były najbardziej niezapomnianym momentem w naszym dotychczasowym życiu. I żaden roczek tego nie przebije :D Ale przyjęcie będzie, a jakże. I tort się matka zobowiązała upiec – tymi rękoma!!! Własnymi. Pierwszy i (Tfu! Tfu!) pewnie ostatni w życiu. Bo trzeba Wam wiedzieć, że kuchareczka ze mnie wcale niezła, pod warunkiem że nie każe mi się robić niczego na słodko :P Słodkiego nie lubię i robić nie umiem. A że Małż też specjalnie słodkolubny nie jest, ten brak talentu w oczy się nie rzucał i żyliśmy sobie dotąd spokojnie i bezciastowo. Ale teraz, ha! Okazja pierwszorzędna, ażeby poświęcenie uczynić i córce ukochanej z okazji ukończenia pierwszego roku życia prezent zrobić. Więc zrobię! Mentalnie przygotowuję się od miesiąca, merytorycznie już parę dni… zastanawiam się czy nie zrobić próby generalnej, żeby przed gośćmi wstydu nie było hihihi! Będzie więc tort. Obiad dla gości też będzie ale tu, mimo niewątpliwych zdolności, udzielać się nie zamierzam, gdyż z braku przestrzeni uroczystość odbędzie się w tzw. „lokalu” :) Lokal ów za obiadową obsługę odpowiadać będzie sam, ja tylko dopilnuję. Lista prezentowa przygotowana i zainteresowanym wysłana elektronicznym gołębiem pocztowym. My też poszaleliśmy i na pierwsze urodziny młoda dostała „dorosły” fotelik. Po długich namysłach, okopaniu się w literaturze i merytorycznym wsparciu jakie zamieściła u siebie Hafija, wybór padł na fotelik Römer. 

Römer King Plus, Highline Organic Nature

Wersja highline, model organic nature.  Luśka z prezentu zadowolona, my nawet bardziej bo z nosidełka wystawała już i górą i dołem, więc o bezpieczeństwie podróży nie było mowy. A kwestia to ważka, bo zdecydowaliśmy się jechać nad morze, w celach nie tyle turystycznych co towarzyskich – odwiedzić Polową chrzestną mamę (zwaną też ciocią Olą) i naszych wejherowskich znajomych. Fotelik miał więc chrzest bojowy – wypadł świetnie, chociaż na szczęście nie było okazji do ekstremalnych testów. Ale mimo upałów Luśka wytrzymała w nim pięknie całą trzygodzinną podróż, spało się wygodnie i pierwszy raz po wyjęciu z fotelika u celu podróży nie była spocona jak myszka :D Nadmorski weekend podobał się młodej damie bardzo! Tyle piasku jeszcze w życiu nie widziała :)))) Mogła się sypać, tarzać, przewracać do bólu, co też z wielką radością czyniła. Mokry, suchy… morze piasku! Samo morze niestety nie zostało przetestowane ze względu na sinice. W zamian przetestowaliśmy basen w ciocinym ogródku :D
ten słodki jęzor przy prawym uchu to Lola- córka naszej Miećki :)))
Wyjazd pod każdym względem okazał się sukcesem. W tak zwanym międzyczasie Luśka postanowiła stać się jednostką niezależną i zaczęła chodzić. Pierwsze samodzielne kroczki nie zostały niestety nagrane, bo potencjalni kamerzyści zostali wzięci z zaskoczenia, ale odnotowano wiekopomną datę – 04 lipca 2012. Od tego czasu młoda poczyna sobie coraz śmielej i biega już (dosłownie!) po całym mieszkaniu. Zanim jednak opanowała sztukę naprzemiennego stawiania nóżek, dorobiła się kilku „pamiątek”.  
tak się kończy potykanie się o własne nogi :)
Na szczęście, mimo dramatycznego wyglądu,  żadna nie była bardzo poważna :D Od tego czasu codziennie czynimy postępy w przemieszczaniu się i popołudnia rodzicielskie upływają głównie na wymyślaniu nowych, ciekawych tras dla małych nóżek oraz na próbach dotrzymania im tempa. Takie małe nóżki a ile w nich powera!!! Mimo braku urlopu korzystaliśmy z pięknej pogody  i ciepła ile się dało… to jednak olbrzymi plus mieszkania w mieście trzynastu jezior :D Woda ciepła jak zupa więc sezon pływacki zainaugurowaliśmy wszyscy z równym entuzjazmem. 

Teraz pogoda się trochę posuła, ale pomiędzy burzowymi salwami i kolejnymi ulewami udaje nam się kolonizować kolejne place zabaw i miejsca Luśkowej rozrywki. Zabawy w pomieszczeniach zamkniętych odkładamy na czas kiedy będzie już naprawdę paskudnie :)


 PS. zwróćcie łaskawie uwagę na wyszukany fryz mojego dziecięcia :)))) Ten zgrabny kołpaczek jest wynikiem ciężkiej pracy obojga rodziców podczas (drugich już) Luśkowych manewrów fryzjerskich. Tata występował w tym dramacie jako fryzjer, mama - jako fryzjerski fotel i swego rodzaju dyby. Jako współautorka dzieła, od wszystkich rodziców posiadających na stanie N.I.E.U.S.T.A.N.N.I.E poruszające się i kręcące latorośle, dopraszam się o gratulacje :D 

wtorek, 3 lipca 2012

mamy lato!

Heh... zamulam ostatnio strasznie z pisaniem. Żałuję, bo kłębi się we mnie i gotuje mieszanina myśli przedziwna, która albo wybuchnie kiedyś i popłynie niepohamowanym strumieniem, albo (co byłoby dziwne, ale i taką mozliwość dopuszczam) przycichnie i, zanim bedę miała okazję popisać, odejdzie w zapomnienie. Niby nic takiego się dzieje, ale czasem po prostu przychodzą momenty, kiedy refleksje pchają się drzwiami i oknami wcale nie zapraszane :) Niestety - chwilowo praca mnie pożera, przeżuwa, i kiedy już myślę że to koniec, wracam znów w sam środek zawodowego cyklonu. A kiedy kończę pracę, komputer chowam gdzieś głęboko i staram się nie myśleć o niczym poza Luśką i czasem który mamy dla siebie. Wybaczcie, poprawię się kiedy tylko będę mogła... Tymczasem - mamy lato i pierwsze "funkcjonalne" buty :D

czwartek, 21 czerwca 2012

teatrzyk domowy - odsłona pierwsza :)

Nie pisałam jeszcze o tym chyba, ale moja córa jest gwiazdą naszego domowego teatrzyku. Sama jej obecność sprawia, że przy większości spotkań gra rolę absolutnie pierwszoplanową, ale też nie da się ukryć, że rośnie nam w domu mała aktorka. W dodatku łasa na oklaski jak mało które znane mi dziecko :P Luśka ma swoje numery popisowe, które prezentuje przy wiekszych spędach ludzkich, wprawiając publikę w ekstatyczną radość :D.  Tuż po skończeniu dziesiątego miesiąca numerem jeden był "nosek". Po udowodnieniu wszystkim bliższym i dalszym krewnym, a także przyjaciołom i znajomym, że nosek posiadają, Luśka zajęła się odkrywaniem reszty twarzy. Wiemy więc już gdzie jest ucho, gdzie oko, buzia... urzeczony tłumek gapiów domaga się pokazywania każdego z elementów na dziesiątkach modeli, żywo komentując i nagradzając kolejne pokazówki salwami śmiechu - autorka zamieszania szczęśliwa :D Później nadchodzi pora powazniejszych demonstracji, kiedy to Luśka na pytanie: kochanie, gdzie masz brzusio? Z zapałem poklepuje się po brzuszku, głaszcze i ugniata z okrzykiem : O! Publika szaleje, a młoda sama sobie z zapałem bije brawo :))))) Wreszcie przychodzi moment na punkty kulminacyjne... Luśka gramoli się na kanapę...(tu powinny zagrać cyrkowe werble)...siada... i natychmiast zaczyna złazić na podłogę - dla niepoznaki głową w dół (spokojnie, to tylko taka prowokacja - chociaż zawsze działa). Gościom dech w piersiach zapiera, bo och! Zaraz spadnie! Ręce cioć i babć samoistnie wyciągają się przed siebie... i wtedy pada zaklęcie: "Polciu, najpierw nóżki!", po którym  Luśka tryumfalnie odsłania w uśmiechu wszystkie osiem zębów, dokonuje przeuroczego obrotu z zadkiem w górze, i zsuwa z kanapy. Następuje chóralne Aaaaaaaach !!!!! któremu nieodmiennie towarzyszą burzliwe oklaski. Dziecko szczerzy się szczęśliwe i natychmiast chce powtórzyć sztuczkę.... i jeszcze raz! .... i jeszcze!!! A ja? Dumna jestem strasznie :D

poniedziałek, 4 czerwca 2012

:/

Miała swięto mama, miała święto Luśka... a teraz obie prosimy Opatrzność o świętą cierpliwość, przyszedł bowiem po raz pierwszy w życiu Luśkowym na poważnie czas gluta. Gluta i gorączki jeśli chodzi o ścisłość :(  Radzimy sobie jak umiemy ale czasem sił brakuje, bo nocy całkiem nieprzespanych z rzędu było już kilka i na mamowym power-wyświetlaczu niebezpiecznie miga czerwona lampka. Zabrałabym ten jej zakichany noseczek i zamontowała u siebie gdybym tylko umiała - że też te wirusy nie mają kogo na celownik brać, no naprawdę!!!!

wtorek, 15 maja 2012

na wspomnienie słońca :)

Jako, że dni nam się popsuły i zimno wszędzie... i pada... i leje, postanowiłyśmy z Luśką powspominać majówkowe ciepełko. bo też i wspominać jest co-absolutnie! Wylegiwanie się w słońcu, leniwe poczytywanie książeczek, wspinanie się na rozgrzane mamowe i tatowe ciałka  - było :D Grzebanie się w piasku z miną podstępną i próby pożarcia plaży niepostrzeżenie, zanim rodziciele dostrzegą i zabronią - było ;P Zwiedzanie łąk, trawniczków i nadwodnych brzegów dostojnym czworakiem - było :) Pożeranie owoców maści przeróżnej oraz ulubionych ostatnio ogórków w rozmaitych formach - było, a jakże :D Podziwianie zwierzątek, tych uciekających szybciej i wolniej - mhmmm...było :)))))))) Zwłaszcza te wolniejsze nie oparły się Luśkowym awansom. Jednym słowem było wszystko czego idealnej majówce potrzeba!


poniedziałek, 7 maja 2012

było sobie 9



Dni przebiegają mi przed oczyma jeden za drugim i za nic cholery zatrzymać się nie chcą, pokontemplować nie dają… nasza nie-majówka upłynęła roboczo i tak prędko, że nawet najsprawniejszy obserwator miałby problem z rozróżnieniem chwil. Ale ciepło było i fotorelacja będzie :) Tymczasem jednak o mojej latorośli chciałam, bo przecież dziewiątka z przodu licznika pojawiła się i nikt tego zacnego jubileuszu dotychczas opisać nie raczył. Wyrodna (sic!) matka karierą zajęta i nie ma czasu osiągami dziecka się pochwalić ;P Z kronikarskiego obowiązku donoszę więc, że Luśka swoje 9 miesięcy świętowała pierwszą „raną wojenną” ;) Zakwitła wredota na skroni jako wynik nierównego pojedynku z drewnianą kostką edukacyjną. Moja zwykle asekurująca upadki córa runęła tym razem jak kłoda i przypłaciła swoje akrobacje solidnym sińcem – matka zaś (czyli ja) nie przymierzając, zawałem serca. Skoro więc z każdej strony słyszę (a o „życzliwych” były u mnie opowiastki nie raz), że jak tylko dziecko stanie na nóżkach to „…hohoho, wtedy dopiero zobaczysz!”  - to proszę bardzo, inauguracja jest! Zainaugurowała też żywot lewa dolna dwójka, co w sumie daje oszałamiającą liczbę siedmiu zębów w Luśkowej szczęce!!! Jest się czym chwalić, a jakże :D Poza tym oklasków wymagają umiejętności takie jak stanie i wstawanie, wstawanie i siadanie, zasuwanie w miejsca różne, nie zawsze przez rodzicieli pochwalane, sięganie gdzie da się i gdzie nie da, śmianie do wszystkich i ze wszystkiego i wiecznie, nieodmiennie gadający buziak (czyżby po mamie?!?). Sukcesów pasmo :P Tymczasem  zaś wracam do pracy… Hawk!

wtorek, 10 kwietnia 2012

szast prast i znowu zmiany :)


fot. G. Fiedorowicz


Heh, święta minęły w takim tempie i amoku że nie zdążyłam nawet pożyczyć Wam wszystkim :) Wiosna nadchodzi wielkimi krokami, zaczynają kwitnąć moje ukochane kwiaty... irysy już są, a jeszcze chwila i świat będzie cały pachniał bzem i konwalią :D Szkoda, że frezje dziko nie rosną... Luśka uwielbia przejawy wiosny - wyrywa, gniecie i miętoli wszystko co jest choć odrobinę zielone :) Ostatnie dni nie zachęcały do spacerów i eksplorowania budzącej się natury, ale zamierzamy szybko nadrobić to opóźnienie. Spacerowanie idzie nam świetnie, choć coraz mniej w nim snu, a coraz więcej obserwacji i komunikacji z otoczeniem - nawet tym, które uroczego gadolenia słuchać nie chce (dlaczego?!? nie rozumiem wcale). Ze spaniem w ogóle zrobiło się słabo. Przez ostatnie tygodnie przywykliśmy wszyscy, że od zaśnięcia następującego zwykle w okolicach 20 do pobudki koło 6.30 następuje jedna pobudka między 12 a 1. Mamom, których dzieci nie należą do gatunku przesypiających noce nie muszę mówić jakież to przyjemny i uzależniający stan :) I niestety jak się okazuje, nietrwały... wróciliśmy do dwóch a nawet trzech pobudek każdej nocy :/ Generalnie z Luśką dzieje się coś dziwnego. Nastąpił ponowny przyrost do cycusia, młoda domaga się karmienia w porach, kiedy do tej pory jadła ładnie zupełnie inne rzeczy. W zasadzie dobiera mi się do dekoltu o każdej porze dnia i nocy. Poza tym jakby zupełnie zapomniała, że na świecie są inni ludzie - jest tylko MAMA. Nikt inny do karmienia, noszenia, przytulania, przebierania, zabawiania, śpiewania i łaskotania. MAMA. Nawet tata nie daje rady. Kiedy mama znika z oczu jest płacz żałosny i marudzenie okrutne. Wystarczy że podniosę się z kanapy z zamiarem wyjścia z pokoju i już jest protest. Na rękach noszę wpiętego we mnie kleszcza, dziamgającego z zapamiętaniem maminy obojczyk albo ucho :) Czy to taki wiosenny etap, czy każdy ośmiomiesięczniak tak ma???


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Przykicał :)

Przykicał i do nas wymianowy, wielkanocny  zając :) Wyczekany z utęsknieniem i wyglądany codziennie...jest!



Luśka oszalała na punkcie kolorowych, ręcznie robionych spinek... na razie bada głównie organoleptycznie, chociaż udało mi się uwiecznić chwilę przepisowego ich zastosowania :)
Mama dostała cudną kwiatowa broszkę i mmhmm....rękawice do domowego spa.  A Małża ucieszyło słodkie, bo i jemu się przecież coś należy, nie? Cały prezent pięknie zapakowany w pudełeczko i jak przystało na zająca ze świąteczną kartką w środku. Bardzo lubimy dostawać listy, więc osobiste życzenia wyjątkowo nas ucieszyły :)



gorąco dziękujemy Mamie SynAlka za piękną wielkanocną niespodziankę no i oczywiście Agnieszce, za wspaniały pomysł i zaproszenie od zabawy :)))))

wtorek, 13 marca 2012

mamo-radar


Uwielbiam ludzi. Naprawdę. Jestem generalnie otwartą osobą i na palcach jednej ręki można by policzyć tych, których nie lubię. Ale przychodzą takie dni (jak dziś), kiedy niektórych ludzi mam po prostu dość. Bycie pracującą mamą niesie ze sobą wystarczająco wiele emocji i wątpliwości, których nie doświadczałam będąc jeszcze na macierzyńskim. Niezależnie od tego jak sprawnie zorganizowałam sobie opiekę nad Luśką, niezależnie od miłości i wprawy opiekujących się nią osób, wciąż czasem nachodzą mnie „złe myśli”. Przedwiośnie paskudnie się przedłuża, wszystko wydaje się brzydsze i gorsze niż jest – ja sama sobie wydaję się brzydsza, gorsza, słabsza… a pojawiający się jak zając z kapelusza „życzliwi” zawsze są gotowi dorzucić do mojego ogródka kolejny kamyczek. Więc oto ja, zła matka, zamiast być w domu i wychowywać młodą uganiam się za kasą, w konsekwencji czego jak nic moje dziecko doświadczy braku matczynego ciepła i wychowa się na emocjonalną kalekę. Przez powrót do pracy nie karmię małej w ciągu dnia „na żądanie” więc na pewno będzie chorowita a kto wie, może i iloraz inteligencji jej opadnie (ło matko, a może to dlatego ona jeszcze nie raczkuje?). Swoją drogą, naprawdę dochodzę do wniosku, że cokolwiek bym nie robiła, wszystkim po prostu nie dogodzisz (nie żeby mi jakoś specjalnie zależało – ot, tak refleksja mnie naszła). Nie zostajesz z dzieckiem – olewasz je i to się na tobie zemści. Zostajesz – zamiast się opierdzielać wzięłabyś się do pracy, społeczeństwo buli na ciebie podatki. Wracasz do pracy i w związku z tym zaczynasz rozszerzać dziecku dietę od 5 miesiąca – jasne, dla własnego widzimisię narażaj je na alergię, AZS, galopującą astmę i co tam jeszcze. Karmisz piersią – jesteś wariatką, która nie potrafi znieść myśli o rozdzieleniu z dzieckiem i w ten sposób funduje mu niekończącą się zależność emocjonalną. Nie karmisz piersią – za nic masz zalecenia lekarzy i odbierasz dziecku szanse już na starcie. Chciałaś karmić piersią, ale się nie udało – na pewno za słabo chciałaś, gdybyś NAPRAWDĘ tego pragnęła udałoby ci się, bo wszystko jest w głowie a chcieć to móc. Układasz na brzuchu – czemu tak katujesz to dziecko, nie widzisz, że nie lubi? Nie układasz – wychowasz kalekę, kiedyś to dzieci cały czas na brzuchu leżały. Nie wychodzisz na spacer – dusisz dziecko, będzie się słabo rozwijać bez tlenu. Wychodzisz na spacer codziennie – no wiesz? Przecież jest wiatr/deszcz/szaro/nieładnie/zimno/takie słońce, że na pewno mu zaszkodzi. Ubierasz ciepło – mózg jej przegrzewasz. Nie ubierasz ciepło – mózg ci wywiało. Stosujesz BLW – głupoty, fanaberie, nowomody! Nie stosujesz BLW – będziesz do matury karmić ją łyżeczką? Dajesz cukier – Zanim dziecku wyrosną zęby będzie potrzebowało protezy. Nie dajesz cukru – odbierasz dziecku nawet takie drobne przyjemności, hetera nie matka! Kupujesz zabawki – jak można tak dziecko rozpuszczać, nie będzie szanować niczego a już na pewno własnych rodziców. Nie kupujesz zabawek – no jasne, najlepiej oszczędzać na dziecku, a przecież dzieciństwo powinno być kolorowe... i tak dalej i tak dalej. Gdyby nie wewnętrzny mamo-radar nakryłabym głowę wiadrem i tłukłabym o mur, bo jak nic okropna ze mnie matka. Ale niestety z racji paskudnej aury dziś radar się na mnie wypiął i dlatego oficjalnie stwierdzam, że na razie ludzi (życzliwych szczególnie) nie lubię. Aż do jutra :)

piątek, 2 marca 2012

magiczne 7

Siedem miesięcy... kto by pomyślał?!? Galopuje ten czas jak nasza Miećka ze smyczy spuszczona :) Miało być o nowym zębie, o pełzaniu, turlaniu, jedzeniu flipsów i bułek z masłem, o siedzeniu i o nie-siadaniu, o gadaniu i pokrzykiwaniu, puszczaniu ślinowych bąbelków, o nieużywaniu nocnika, o zabawek ciągłym rzucaniu i sensorycznym książek czytaniu... ale jest coś, czym muszę się podzielić teraz, dzisiaj i natychmiast - choć pewnie zaraz potem los znowu spłata nam psikusa...ale niech tam! Otóż z okazji kolejnego jubileuszu Luśkę zaczarowało :)  Zaczarowało cudownie w permanentnie uśmiechnięte, pogodne, radosne i towarzyskie dziewczę, które wprawdzie w nocy nie sypia, ale nawet te pobudki uskutecznia z takim wdziękiem, że gniewać się nie sposób. Fajnie mieć dziecko, które wcina wszystko z uśmiechem na ustach nie plując po ścianach, z radością uczestniczy we wszelkich zabawach, uśmiecha się i zagaduje do każdego kto chce słuchać... I like! Chwilo trwaj : D

wtorek, 28 lutego 2012

Pan niania

W związku z moim powrotem do pracy i koniecznością pozostawienia Luśki pod inną niż moja opieką nazbierało się we mnie kilka refleksji. W naszej rzeczywistości przyjęło się, że dla dziecka najlepsza jest matka. Zawsze i wszędzie. Matka zawsze zna najlepiej, wie najlepiej i najlepiej zrobi. A jeśli już nie matka to babcia, ciocia ewentualnie… w każdym razie kobieta. Absolutnie nie neguję niezaprzeczalnie potężnej roli kobiety w wychowaniu, tylko zastanawia mnie czemu uważa się, że facet choćby troskliwy i czuły, zawsze będzie na tym polu słabszy? W naszym przypadku tak się złożyło, że moją pociechą w czasie kiedy ja jestem w pracy zajmują się głównie panowie – Małż, czyli Luśkowy tata, i dziadek. 
Dziadkowe „nianiowanie” wyszło tak jakoś naturalnie, samoistnie. Dziadek się emerytuje, i mimo sporej liczby zajęć zdeklarował się zostać dziennym opiekunem naszej dziewczynki. Przyzwyczajaliśmy się powoli, żeby młodej bezpośrednio z ciepełka „macierzyńskiego” nie wrzucać na głęboką wodę, więc bywałyśmy z Luśką u dziadków stopniowo coraz dłużej. Zaczęło się od spacerów. Potem był czas we troje, potem godzinka, dwie sam na sam… a od połowy lutego zaczęło się niańczenie pełną gębą. Porozumienie na linii Luśka-dziadek jest absolutne - podszyte chichotem i przyklaśnięte dziesiątkami uścisków. Dziadek gotuje pyszne zupki, śpiewa piosenki, opowiada cudne (choć czasem niewiarygodne) bajki. Poświęca czas. Całe mnóstwo czasu i całą swoją uwagę. Z perspektywy mamy (czyt. Mojej) dziadkowe opiekowanie się Luśką ma dodatkowe zalety – dziadek jest konkretny. Podchodzi do sprawy zadaniowo – powiedziane spacerować codziennie? Spaceruje. Deszczyk? Spaceruje w kaloszach. Mrozik? Oboje smarują się kremem i spacerują. Jeśli tylko wiatr głowy nie urywa a na nosie nie tworzą się sople, nie ma powodu by dziecko nie spędziło kilku godzin na świeżym powietrzu… dziadek nie idzie na łatwiznę. Nie daje się zwariować napadom złego humoru i nie leci na pogotowie kiedy tylko młoda zacznie płakać. No i ma niesamowitą cierpliwość.  Same plusy  :D
Z Luśkowym tatą sprawa ma się jeszcze lepiej. Kiedy czekaliśmy na Luśkę w naszych rozmowach niejednokrotnie pojawił się temat wizji wspólnego rodzicielstwa. Moim celem było bowiem osiągnięcie stanu, w którym opieką dla dziecka są mama i tata, a dopiero potem wszyscy inni. Zależało mi, żeby nie było sytuacji, w której babcia (choć kochana) zabiera dziecko  z ojcowskich rąk, bo „daj, nie umiesz” albo „ona zrobi lepiej”. Nie wierzę w powtarzane od pokoleń slogany, że facet nie potrafi nakarmić, ubrać, pamiętać. Oczywiście, mężczyźni myślą inaczej i na innych rzeczach się skupiają, z czego wynikają czasem przeróżne zabawne albo frustrujące (głównie mnie) sytuacje, ale wynikają one z różnicy w oczekiwaniach i przetwarzaniu informacji a nie z nieumiejętności zajęcia się własnym dzieckiem. Zostawiając Polę z Małżem jestem o nią najspokojniejsza – wiem, że niczego jej nie brakuje, że na pewno czuje się bezpieczna i nie płacze z tęsknoty za mną, bo z tatą jest tak samo fajnie. Z tatą można wszystko :D. Nie ukrywam, że nie udałoby mi się wprowadzić tego planu w życie, gdyby nie pełne zaangażowanie Małża. Dzięki jego miłości do Luśki (która jest miłością, nie wstydźmy się przyznać, szaleńczą), dzięki jego chęciom i poświęceniu jesteśmy sobie w opiece nad dzieckiem prawie równi (albowiem chwilowo nic oczywiście nie przebije cycusia ;)). Dzięki niemu nie czuję się przytłoczona i nie mam wrażenia, że w rodzicielstwie jestem sama. Małż wie o Poli tyle co ja – wie co lubi i czego nie lubi. Szczepienia, książeczka zdrowia, stan ostatnich badań? Opanowane. Jadłospis, plan dnia, nowe osiągnięcia, słabsze chwile? Zna na pamięć. Śledzi z uwagą i śmiem twierdzić, że umyka mu mniej szczegółów niż mnie w codziennym zabieganiu. Więc opiekunem jest cudnym. Czasem tylko przy okazji różnych rodzinnych wizyt słyszę komentarze typu: zostawiasz go samego z kąpielą? Czy on sobie poradzi? Sam pójdzie na spacer? Nie boisz się? Otóż nie. Z nim nie boję się niczego.
I żeby nie było – uwielbiamy z Luśką obie babcie. Są cudowne, ukochane i zawsze spieszą z pomocą, gotowe tulić, całować i nosić na rękach. Kochamy też prababcie i wszystkie dalsze i bliższe ciocie. Kobiety są super! Tylko ich rola w opiece nad maluszkami jest tak oczywista i naturalna, że nikt się ich zaangażowaniu i obecności nie dziwi. A mężczyźni wciąż muszą udowadniać, że mogą, chcą, potrafią… Więc dziś: hip hip hura! Niech żyje pan niania!

wtorek, 21 lutego 2012

Całkiem nowy poziom porozumienia

Czasem udaje się wypracować wolny wieczór. Taki ze szczególnym, romantycznym przeznaczeniem. Oczywiście obwarowany całym mnóstwem różnych „jeśli”: …jeśli Luśka ładnie zaśnie… jeśli nie będzie się budzić co pół godziny… jeśli Luśkowa mama (czyt. Ja) nie padnie na nos razem z pociechą pozostawiając pana domu samego z jego planami… jeśli… Ale jeśli już się uda, jest małe święto. Ukradkiem i po cichutku jak za czasów tak starych, że już zdajemy się nie pamiętać. Jest śmiech i szept tłumiony. Emocje sięgają zenitu. Pospieszne pozbywanie się odzienia. Żona, matka i kochanka (w tej roli ponownie ja) nieco zbyt szybko próbuje pozbawić pana domu górnych części garderoby, głowa utyka gdzieś w materiale i dochodzi do bezładnej i nieco nerwowej szamotaniny. Nagle pan domu zamiera. Cisza…. A potem spod koszulki dobiega mnie stłumione: nie ma taty nie ma, nie ma…. A kuku!

wtorek, 14 lutego 2012

I świat nie zawalił się...

O, tak. Jakkolwiek dziwne się to wydaje, świat nie zawalił się mimo powrotu mamy do pracy. Co więcej, Luśkowy swiatek ma się całkiem nieźle, choć na szersze podsumowania przyjdzie czas trochę później, bo w końcu to dopiero pierwsze dni. Ciężko mi jest i wciąż jeszcze walczę ze sobą, żeby nie dzwonić do domu co chwilę... ale żyję. Oddycham. Mimo poczucia straty i wielu obaw z przyjemnością wstaję rano. Spotykam ludzi i myślę znów o całkiem nowych rzeczach. Bo ja naprawdę lubię swoją pracę :)

czwartek, 9 lutego 2012

Całe pół...

...roku minęło Luśce w końcówce stycznia :) A że znajdujemy się w samym oku cyklonu jaki wywołała dolna prawa jedynka, nie było kiedy pochwalić się tak zacnym jubileuszem. Nie chciałabym jednak pozwolić by nasze wiekopomne osiągi przykrył kurz niepamięci, spieszę więc donieść, że minione pół roku zostało uwieńczone wagą 7,5kg oraz zawrotnymi 74cm :) Zęby - sztuk dwie (obie widoczne w promiennym uśmiechu) też są osiągiem ostatniego miesiąca. To by było na tyle w kwestii zmiany image :) Cała energia ostatnich tygodni została skanalizowana w ciekawość świata. Młoda uwielbia nowe - w każdej postaci. Nowe twarze, nowe potrawy, nowe przedmioty, podróże w nowe miejsca.  Czynności też lubi nowe i sama stara się  zapewnić  sobie wystarczającą ilość doznań :) Ukłony do samych (slicznych skądinąd) stópek? Proszę bardzo! Nogi lądują w małych łapkach a potem konsekwentnie w buziaku z szybkością błyskawicy...siuuup! I zanim się matka obejrzy już tam są!  Przewracanie, turlanie, pełzanie...a jakże :) Chwytanie i ściąganie wszystkiego w zasięgu rączek, macanie, ściskanie, głaskanie, klapanie w klawisze pluszowego pianinka - check! Pełen wachlarz :D Głośny chichot ba, śmiech regularny na dźwiek ulubionych piosenek i rymowanek, a nawet (uwaga!) pierwsze "o-mało-co" słowa! Luśka z upodobaniem powtarza "nie, nie, nie" i, ku rozczarowaniu tatusia, "ma ma ma". Bez świadomości wprawdzie, ale samo brzmienie, zwłaszcza tego ostatniego, jest mi tak miłe, że cieszę się jakby to był mój własny sukces ;) Młoda jest zresztą wyjątkowo gadatliwa, i po swojemu rozmawia z każdym kto tylko wygląda jakby chciał słuchać. Niewiele jeszcze można z tego zrozumieć, ale ogólne wrażenie świadczy o tym, że dziecko szczęśliwe jest i zadowolone... a nawet jesli nie, to przynajmniej nie boi się wyrazić swojego zdania ;))))  Lwi charakterek Luśka objawia zresztą od samego początku... dokładnie wie czego chce a czego nie i próby wymuszenia na niej czegokolwiek kończą się zwykle karczemną awanturą. Skutkiem tego matka wyspryciła się jak, nie przymierzając, Zagłoba :) Mimo szalonego postepu w rozwoju dalej walczymy z pewnymi uciążliwościami. Zasypiamy wciąż tylko na rękach. Czasem nawet w ciągu 10 sekund, ale na rękach. W łóżeczku ab-so-lut-nie. No i w nocy wciąż pobudki...jest coraz lepiej, czasem nawet zdarzy nam się przespać 5-6 godzin ale z reguły pobudki są ciągle co 3-4 godziny. Że niby pić. Albo jeść. Albo jeść i pić :))) Ulegam, chociaz podobno półroczny maluszek nie powinien już wymagać nocnego karmienia... zobaczymy co będzie jak mama wróci do pracy. Innych problemów brak, czyli dziecko prawie idealne ;)  A nawet gdyby nie było, to powiem Wam, wcale nie w sekrecie, że kocham ją do szaleństwa, codziennie mocniej i mam na jej punkcie totalnego fisia. Ot co!


piątek, 3 lutego 2012

nie ogarniam...

To właściwie jedyne, co mogę z czystym sumieniem napisać na fali dzisiejszych doniesień medialnych. Mój matczyny umysł po prostu tego nie ogarnia...  :/

środa, 1 lutego 2012

Chrzest bojowy



Echhh, stało się. Skończył się (mocno za krótki) urlop macierzyński i pieczołowicie zbierany od roku urlop wypoczynkowy też ma się ku końcowi. Dokładnie trzynastego lutego zostanę mamą pracującą i nie ukrywam, że mam w związku z tym mnóstwo wątpliwości. Budzą mnie w nocy własne lęki i leżę gapiąc się w sufit, bo przecież jak ja wrócę, kiedy Luśka taka malunia, taka bezbronna? Wyjścia niestety nie mam... zaczęło się więc przygotowywanie. Przygotowywanie do wytrzymania dnia bez cycusia. Przygotowanie do picia z butelki. Do jedzenia kaszek, obiadków, deserków. Do maminej nieobecności dłuższej niż spacer. Udało nam się wypracowac plan dnia, który nie zakłada karmienia piersią od ósmej rano do 15-16. Luśka radzi sobie świetnie, je pięknie a nawet dorosłym w talerze zagląda, chciwie wyciągając łapki - ciekawa nowego w każdej postaci. Opiekun przyszły (czyt. dziadek) radzi sobie równie dobrze zarówno z planem dnia jak i przychodzącymi od czasu do czasu humorkami. Matka natomiast (czyt. Ja) nie radzi sobie w ogóle, chociaż wie, że powinna ;) Staram się podchodzić do problemu zadaniowo i nie ryczeć po kątach, ale nie jest łatwo. W ubiegłym tygodniu przeszłyśmy obie chrzest bojowy, bo miałam dwa dni warsztatów w których chciałam-musiałam uczestniczyć. Dwa dni od dziewiątej do osiemnastej... na samą myśl skóra mi cierpła przez cały tydzień :) Okazało się oczywiście, że dziecię moje spędziło oba dni spokojnie i radośnie - jeden z dziadkami, drugi z rodzonym ojcem, ja natomiast chlipałam w aucie jadąc do pracy, przez cały dzień myślałam właściwie wyłącznie o niej , a jak leciałam na złamanie karku z powrotem do domu łzy, już zupełnie nie hamowane, ciekły mi po twarzy i zanim podeszłam do młodej musiałam pięc minut doprowadzać się do porządku. Ot, życie. A martwilam się, jak dziecko zniesie rozstanie :) Wygląda na to, że mloda matka sama jest dla siebie największą zagadką i największym hamulcem jednocześnie...


 

PS. Dolna prawa jedynka przebiła się 30 stycznia i, w przeciwieństwie do pierwszej, przyniosła ze sobą gorączkę i nocne płacze. Miałam cichą nadzieję, że z każdym nastepnym zębem bedzie lżej ale wygląda na to, że nie ma reguły. Jak wysoka może być gorączka w czasie ząbkowania i kiedy podać leki? Luśka dobiła dziś rano do 38 stopni, ale wstrzymałam się z paracetamolem i goraczka spadła. Chwilowo trzyma się na poziomie 36,9 - 37,1 więc w zasadzie nic strasznego... tylko ile może trwać taki podgorączkowy stan i kiedy zacząć się martwić?


sobota, 28 stycznia 2012

seriale, ach seriale :)

Zaproszona przez Paulę, Agnieszkę, Niezłą żonę i Mamę ziarenka dołączam do zabawy :)


Chwilowo w porze ostatniego wieczornego karmienia, przyznaję bez bicia, łapię wszystko co na moich pięciu kanałach nadają w okolicach dwudziestej :) Ale z tak zwanych dawnych czasów mam kilka swoich ulubionych tasiemców...

1. Kochane kłopoty - ciepło, śmiesznie i jakoś tak wciągająco. Oglądałam zmagania z życiem fajnej matki, co ma fajną córkę i myślałam sobie, że też kiedyś taką fajną mamą będę i z moją (cudownie fajną oczywiście) córką będę miała podobną, bliską relację.

2. Ally McBeal - neurotycznie i cudacznie:) Ale ja uwielbiam filmy o wariatach...
3. Czterej pancerni i pies - tiaaa, wiem ale nic na to nie poradzę :P Oglądałam pasjami i dalej oglądam jak lecą powtórki. Takie moje nieszkodliwe zboczenie... może przez psa?





No dobrze, to skoro już się przyznałam, niech przyznają się i Mtotowangu, Zezuzulla, a.pe, Clatite i Evelio... chyba, że już to zrobiły a ja przegapiłam :)))





wtorek, 24 stycznia 2012

Yes! Yes! Yes!

Cytując klasyka :) Udało się i lewa dolna jedynka ujrzała wczoraj światło dzienne... prawa dolna "spuchła" więc pewnie jakiś czas nie zaznamy spokoju ;) Swoją drogą niesamowite...nie tak dawno ledwo co widziałam ręce i nogi na USG a teraz proszę - PIERWSZY ZĄB!

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Hakuna matata...

..."don't worry be happy" i "always look on the bright side of life". To tyle mojego motta na bury poniedziałek po kolejnej nieprzespanej  nocy.








PS. A tak! Ząbkujemy dalej... i dalej bez widocznych efektów ;)

czwartek, 12 stycznia 2012

Idzie nowe :)

Tyle nowego wydarzyło się przez ostatni miesiąc w życiu mojej córki… jak grzyby po deszczu, zupełnie znikąd pojawiły się zupełnie nowe, nieznane dotąd miejsca, przedmioty, . Na przykład duża wanna, w której można dosłownie ganiać dmuchanego wieloryba. Ruchliwe żyrandole. Olśniewające lustra. Zadziwiające codzienne przedmioty – pachnące kremy, kolorowe  długopisy, szeleszczące gazety, pełen tajemniczych przycisków pilot… wszystkiego trzeba dotknąć, chwycić, upewnić się że faktycznie jest – najlepiej organoleptycznie :) Jeśli poza zasięgiem małych rączek można, a jakże, przeturlać się, powyginać, zawalczyć o odległość ruchem robaczkowo-pełzającym zadziornie wypinając do góry cztery litery. Można też głośno krzyknąć na przedmioty udające niedostępne … Łe! Młeej! Memememe! Ghhugu!  A nuż się przestraszą?  Można mamie pogadać na ucho, może podsunie pod łapki coś ciekawego. Można się w to ucho wgryźć… albo w szyję… albo w sweter… w ramię – cokolwiek byle pospieszyć wydzierające się spod dziąsełek ząbki. Żeby jeszcze potrafić usiąść  :)

środa, 11 stycznia 2012

noworoczna refleksja

Ostatni dzień w roku jest dla mnie zawsze czasem podwójnych podsumowań. Tego dnia kilkadziesiąt (!?!) lat temu rodziłam się w bólach piekielnych – tak twierdzi moja mama. Każdy Sylwester jest więc nie tylko okazją do przemyślenia mijającego roku ale też ciągle od nowa podejmowanej próby zestarzenia się z godnością ;))) 2011 był całkowicie wyjątkowy przede wszystkim dla mnie, jako kobiety. Kiedyś, jeszcze za czasów liceum po cichutku myślałam sobie, że chciałabym zostać mamą przed trzydziestką. 17 grudnia 2011 zrobiłam test, ale dopiero po nowym roku dotarło do mnie, że mi się spełniło… na ostatniej prostej ;) Był więc 2011 rokiem spełnionych marzeń, bo marzyłam na potęgę i kilka naprawdę ważnych kwestii porozplatało się nieomal magicznie. Był to też rok oczekiwania, planowania i dalszego ciągłego marzenia – żeby miał co przynieść i rok następny. Ciążę i całą masę emocji  jaką ten okres mi przyniósł opisywałam już wielokrotnie, magię porodu zastąpiła prozaiczna cesarka… a to, co potem nawet mi się nie śniło :) Zastanawiałam się wraz z wejściem w nowy Rok, co z tych pierwszych miesięcy życia Luśki zostanie we mnie na zawsze… o czym będę opowiadać jej samej i innym oczekującym maleństwa? Nie dosypiam, ale o dziwo posiadanie takiego maleństwa nie kojarzy mi się z bezsennością. Ja jestem senny niedźwiedź, mogę spać wszędzie i ile wlezie… dopóki nie zadzwoni budzik  a jakoś cały czas mam wrażenie, że wcale nie jest tak źle z tym nie spaniem. Piszę o dziwo, bo to w zasadzie najczęstsza z opinii, jaką sama słyszałam czekając na poród: „wysypiaj się, bo potem to nie pośpisz”. „Małe dziecko = oczy na zapałki”  :)))))  Najważniejsze, co mi w głowie zostanie to chyba przetasowanie priorytetów. Jako spełniona, aktywna zawodowo kobieta naiwnie sądziłam, że dziecko „dopełni” moje życie. Że do tego wszystkiego co mam dojdzie wreszcie to co najważniejsze. Ale nie przewidziałam, jak BARDZO to będzie NAWAŻNIEJSZE. Że absolutnie wszystko inne zejdzie na plan tak daleki. Że poza byciem mamą wielu rzeczy w tym pierwszym okresie zwyczajnie nie widać i nie słychać, a o tym co widać po prostu nie chce się myśleć. Więc ten totalny przewrót mnie zaskoczył. I poczucie związania totalnego. Pomijam już fakt, że w początkowym okresie, kiedy czujesz się jak jeden wielki cyc nie da się wybyć nigdzie na dłużej. Mam na myśli raczej ten stan, kiedy mogłam sobie spokojnie wyjść i wszędzie gdzie tylko się wybrałam towarzyszyła mi Luśka w setkach myśli. W basenie, w saunie, na zakupach – z głową pod wodą, w obłokach pary, w tłumie ludzi… ciągle myślę o niej. O tym jak sobie radzi, czy tęskni, czy zaśnie, czy zje. Wiem, że jest pod najlepszą (tatusiową) opieką i wszystko na pewno jest jak trzeba, ale i tak myślę ;) Powrotu do pracy na pełne obroty w tej sytuacji w ogóle sobie nie wyobrażam, muszę chyba poprosić o jakiś okres ochronny.  Zapamiętam oczywiście kolki i to uczucie bezradności, kiedy dziecko płacze a ja nie wiem dlaczego albo wiem i  nie potrafię pomóc. I dumę rozpierającą każdą komórkę ciała, bo oto MOJE dziecko: wodzi wzrokiem, odwraca główkę, uśmiecha się, przewraca na brzuszek, wyciąga rączki i tak dalej… i dalej… i dalej ;) Nigdy wcześniej tak często  nie byłam dumna. Z nikogo. I nigdy wcześniej tak często się nie wzruszałam. Wiele kwestii z pewnością  z biegiem miesięcy uleci mi z pamięci, ale dziesiątki sytuacji zapamiętam do końca życia. I oby każdy następny rok przynosił tyle samo chwil godnych zapamiętania :-D

PS. na ustosunkowanie się do powyższego zdjęcia z pewnością zabrakłoby mi emocjonalnych wykrzykników więc się wstrzymam :))))))

niedziela, 1 stycznia 2012

krajobraz po bitwie

Wielką bitwę stoczyliśmy w ostatnich tygodniach na naszym rodzinnym poligonie. Wrogiem oczywiście mikroby bezwzględne, miejscem bitwy – szpital, niestety :( Walczyła Luśka dwa tygodnie, a my z Małżem staraliśmy się jej towarzyszyć i oczywiście liczyliśmy straty. Teraz kiedy znów bezpiecznie okopaliśmy się na z góry upatrzonych pozycjach mam chwilę, żeby zdać relację z zupełnie nie-mikołajkowych początków naszego grudnia… siadłam przed białym ekranem, spojrzałam na migający kursor i nie doznałam nagłego napływu weny. Po prostu nie wiem jak to wszystko ugryźć. Niech więc będzie po kolei… zaczęło się niby niewinnie od zielonej kupy w niedzielny poranek.  Wydarzenia toczyły się jednak na tyle dynamicznie, że dzień kończyliśmy z bilansem dziesięciu kup i jednych nocnych wymiotów. Nie było na co czekać, Luśka waży ledwie 6,5 kilo… przez krótką chwilę w głowie zakołatało mi się, że może przesadzam i panikuję, ale na odwrót było już za późno. Lekarz w ambulatorium nie pozostawił wątpliwości wypisując skierowanie do szpitala. Małż został wysłany po rzeczy, bo mimo szybkiej reakcji w głębi duszy miałam nadzieję, że może to nic poważnego i puszczą nas z powrotem do domu. Siedziałam z małą czekając na kolejnych lekarzy (po co dziecko jest oceniane przez czterech różnych lekarzy pozostaje tajemnicą do tej pory) i łzy jak groch ciekły mi po twarzy z bezradności. Młoda w niezłej formie, chociaż bledziutka, trochę zaskoczona całym tym zamieszaniem, jakby lekko nieobecna i wyciszona... a może za słaba żeby płakać. Dzielniej niż ja zniosła kłucie w poszukiwaniu cienkich żyłek i na pewno znacznie lepiej przespała tę najgorszą bo pierwszą noc. Podłączona do kroplówki tylko raz obudziła się na karmienie a ja na rozłożonej w pośpiechu polówce trzęsłam się całą noc z zimna… albo z nerwów. Najmniejsze westchnienie podrywało mnie na nogi i do łóżeczka, sprawdzać. Do rana zeszły dwie kroplówki, ale dopiero od poniedziałku biegunka rozkręciła się „na dobre”. Ciężko mi nawet opisać własny strach na widok ciągłych wysiłków młodej, z których niewiele wynikało. A kiedy pojawiła się krew na chwilę wpadłam w panikę. Szczęśliwie naprawdę paskudny stan utrzymał się tylko jeden dzień a potem było już lepiej. Trzeciego dnia włączyli antybiotyk… 10 dni. Dziesięć dni na oddziale zakaźnym oznaczało totalne zamknięcie – bez możliwości głupiego spaceru po korytarzu. W sali trzy na trzy dwa dziecinne łóżeczka i dwoje dorosłych, w ciągu dnia na krzesełku, w nocy na polówce. W sali o przeszklonych ścianach kursując w tą i powrotem, oglądając inne chore dzieci i ich rodziców na ich krzesełkach… jak w akwarium. Poza przeszklonymi ścianami oszklone drzwi łazienki i brak prysznicowej zasłonki… dodać ze dwie kamerki i prawie BigBrother ;))))) Luśka bez codziennych spacerów, całe dnie jak nie w łóżeczku to na rączkach. Z tymi rączkami walczymy zresztą do tej pory, z różnym skutkiem. Leki co 6 godzin, więc dodatkowe nocne wybudzanie ( też trwa do dziś), co trzy dni przekłuwanie wenflonu – mnóstwo szpitalnych atrakcji. Dla mnie największym problemem, poza oczywistym syndromem klatki, było znalezienie sposobów na zabawienie młodej. Pokój obchodziłyśmy w każdą stronę – widok z okna porażający, na kolejną bryłę szpitala, naklejki na szybach - sztuk dwie -  omówiłyśmy setki razy , książeczki, zabawki, obrazki… i tak w kółko. Kiedy nas wypuścili przez pierwsze dwa dni czułam się co najmniej dziwnie. Teraz powoli wszystko wraca do normy, walczymy ciągle z nocnym wybudzaniem – Luśka zaczyna płakać znienacka, przez sen. Ciężko ją wtedy utulić, cacuś oczywiście pomaga, ale ileż można. Tym bardziej, że potrafi budzić się co pół godziny. O ciężko wypracowanym przed szpitalem zasypianiu w łóżeczku nawet nie ma co myśleć – śpi na mnie, w najróżniejszych pozycjach, nieważne gdzie, byle nie sama. Z każdym dniem jest trochę lepiej, ale mam wrażenie jakbym się cofnęła co najmniej z miesiąc i zaczynała wszystko od nowa. Na szczęście zdrowotnie Luśka znowu jest modelowa – największe zmartwienie za nami, do reszty spokojnie dojdziemy… krok po kroku w nowym roku :)