wtorek, 29 stycznia 2013

Jak mówi piesek??

Nasza Miećka nie szczeka. Szczekanie ma w głębokiej pogardzie i jedynymi wykorzystywanymi przez nią 'onomatopejami' są charakterystyczne dla bokserów parskania i śpiewy, czy raczej ciche zawodzenia wynikające z dzikiej radości. Miećkowa awersja do hałasu jest faktem powszechnie znanym i przez bliższą i dalszą familię uznawanym za całkiem normalny. Nie zmienia to jednak faktu, że owa bliższa i dalsza usilnie próbuje na Luśce wymusić skojarzenie: piesek=hau, hau! No a jakże to, skoro oczywistą oczywistością jest, że piesek = buuuu buuuu? Na nic powtarzanie, próby puszczania "właściwych" psich odgłosów z nośników różnej maści - Luśka wie swoje i już :D  Podobnie jest z rybką, przez Polkę ochrzczoną roboczym 'lili'... szczęśliwie nie osiągnęliśmy jeszcze punktu pytań niechcianych, więc imieniem 'lili' tytułowane są bez żenady i po równo rybki akwariowe, rybka mini mini i makrele w supermarkecie. Wszelakie próby rozróżnienia produktów spożywczych od ulubieńców rodziny póki co spełzają na niczym. Mnie to na rękę, nie muszę się tłumaczyć ze zbrodniczych czynów dokonywanych na tych lub innych wodnych zyjątkach :D
Słownik osiemnastomiesięcznej (!!!) Luśki wykracza jednak znacznie poza tę dziwną parę. Właściwie, żeby być precyzyjnym, trzeba by rzec, że buzia jej się nie zamyka. I większość słów  ma paradoksalnie znaczenie bardzo zbliżone do pierwowzorów :) Mamy więc mamę i tatę w odmianach wszelakich - od informacyjnego mamooo/tatooo, przez objaśniające mamii/tatii, po rozdzierające mamuuuuu/tatuuu. Mamy babu i dziadziu, tota  na zmianę z Ola (czyli każda ciocia), jujek (czyt. wujek). Jest pan i pani, tu i tam i to i tak. I (dźwiękonaśladowczo) kot, koń, kura, kaczka, krowa, koza, owca, żaba, małpa, słoń... cały zwierzyniec! I sisi (siku), i ku (pa), i jee (ść), i aaa (spać) i chce, i bam. I  mimi (telewizja, analogia do MiniMini niestety słuszna). I caaaałe mnóstwo innych słówek :))) Powtarza i tworzy i gada bez przerwy - nawet przez sen! A ludzie się gapią i gapią. Wszędzie. Czasem ze złością, bo akurat gadanie zagłusza im najnowsze plotki albo coś (bardzo ważnego) co właśnie powiedziała pani za rogiem do kogoś zupełnie innego. Czasem z pobłażaniem albo zniecierpliwieniem, albo ze współczuciem, albo (co najgorsze) z jedną z tysiącpięćsetstodziewięćset złotych rad. A mnie to wcale nie działa na nerwy :D Ja się cieszę i bawię i dumna jestem jak paw i zachęcam ją do gadania jak tylko potrafię. Uwielbiam tę nić porozumienia, ten nowy rodzaj komunikacji. I naprawdę nie przeraża mnie tysiąc pytań do... i nie, nie sądzę, że najważniejsze czego trzeba nauczyć dziecko jak najszybciej to milczeć kiedy się go nie pyta ;]


środa, 9 stycznia 2013

hu hu ha!


My się zimy nie boimy :D Żal tylko że warmińska zima taka była krótka i coś wrócić nie chce... ale udało nam się zaliczyć jednorazowe sanki i kilkanaście śnieżnych spacerów. I kilka lodowych ślizgawek. I jedną widowiskową lodową glebę (w tym widowisku główną rolę grałam niestety ja). Luśka uwielbia zimę a my uwielbiamy Luśkę :D

wtorek, 8 stycznia 2013

Ufff!

Gdybym, tak skwapliwie jak kłamliwie zarzekała się, że jesteśmy przeprowadzeni, z pewnością grom sprawiedliwości szybko by mnie do rzeczywistości wrócił. Więc nie będę, choć korci mnie bardzo :D Ale jestem. W zupełnie nowym miejscu, z masą zupełnie nowych przemyśleń… na masie worków i pudeł przynajmniej miesiąc jeszcze. Ach, gdyby tak ciocia z Ameryki, po nieznanym krewnym spadek albo choć Totolotek prozaiczny!  Nadzieje płonne- zimna kalkulacja szans na wygraną w porównaniu do szans rażenia piorunem  bezlitośnie przemawia za tym drugim. Wobec tego nasz własny kawałek podłogi pół-trwale zaściela „dobytek” – skąd ja tyle tego nabrałam?!? Kilkukrotnie sprawdzałam podczas pakowania podejrzewając, że owe worki i kartony rozmnażają się po kryjomu i poza wszelką kontrolą… niestety okazało się, że nie spakowałam sąsiadów a wszystko co teraz zalega pod ścianami należy do nas. Czekamy na szafy. Ja z narastającą frustracją, Małż z filozoficzną rezygnacją i Pola z nieświadomą acz widoczną ekscytacją. Bo Luśka w tym plastykowo-papierowym gąszczu czuje się doskonale :D Zręcznie sobie lawiruje, układa, przekłada, buduje mosty i namioty. Dziurki w workach wierci paluszkiem baaardzo sprawnie :) Najbardziej lubię patrzeć jak biega ze śpiewem (krzykiem?!?) na ustach po brzmiących echem pomieszczeniach… w końcu może się rozpędzić! Ilość przestrzeni życiowej na członka rodziny wzrosła nam dramatycznie, choć my przyzwyczajeni do tego stłoczenia i tak większość czasu spędzamy razem. Jakoś tak nieswojo rozejść się po pokojach ;P Za to Pola korzysta z przestrzeni i widać, że nowe miejsce bardzo jej się podoba. Ja z kolei patrzę na tę nową przestrzeń bardziej pod kątem braków i potrzeb. No i chyba złapałam syndrom kwoki, bo patrząc na nowe ściany oczyma wyobraźni widzę te rysy i plamy, latam ze szmatą jak nawiedzona i sprzątam – mam nadzieję, że to przejdzie, bo mnie samej już trudno ze sobą wytrzymać :D Internetu jeszcze brak, więc komfort pisania znikomy. Ale starałam się, na ile mogłam śledzić nowości u Was, choć zazwyczaj nie zostało czasu na komentowanie. Teraz powoli wracam do żywych, jeszcze kilka dni i znów będę obecna „na pełny etat”. Żeby nadrobić zaległości wypadałoby hurtem wszystkie pominięte okazje uczcić, ale że ‘to se ne wrati’, więc chociaż Wszystkiego co dobre w tym, rozpoczętym już Nowym Roku (o formacie daty, do którego przywyknąć nie mogę). Niech się zrealizują Wasze najambitniejsze plany i spełnią najskrytsze marzenia. Niech świat i los będą dla Was/Nas łaskawe w tym roku!!!!