środa, 26 stycznia 2011

A psik...brrrrrr....

No i się doczekałam! Wystarczyła jedna wizyta w szpitalu i od razu złapałam wirusa. Nie jest dobrze. Trzyma mnie gorączka ponad 39 stopni, prycham, kicham i w ogóle jestem do niczego. Leczyć się za bardzo nie ma czym, wiec przygotowuję się na dłuższe leżenie...do zobaczenia jak mi przejdzie ;-)



wtorek, 25 stycznia 2011

1/3 z drogi :)

Wreszcie! Niesamowite, z jakim utęsknieniem czeka się na każdą okazję podejrzenia maleństwa. Tym bardziej, ze pierwszy raz byliśmy razem. Małż był ewidentnie pod wrażeniem, ale nie ekscytował się jak ja. Cóż, taki charakter...swoją drogą ciekawe, co się tak naprawdę kryje u Niego tam, w środku. Wiem, że przeżywamy tę ciążę oboje, ale chciałabym widziec więcej emocji na wierzchu. Pewnie przyjdzie z czasem.
To nasz pierwszy film rodzinny :))) Fajnie wszystko oglądać w takiej miniaturce. Łepetynka wysuwa się na pierwszy plan, wyraźnie było widać nosek a w środku - mózg. Jest już kręgosłup, są żeberka, dobrze widać łapki i podkurczone nóżki. Rośnie nam Fasolka... serduszko bije szybko i na pierwszy rzut oka wydaje się, że niczego naszemu maleństwu nie brakuje. Kosztowne to podglądanie...samo USG 200 zł a jeszcze dodatkowe testy z krwi. Trudno, co robić...młode najważniejsze.

Powoli przechodzi mi senność i chyba wreszcie zaczynam się do czegoś nadawać, zwłaszcza w pracy. Mam coraz więcej energii. To dobrze, bo początek lutego bardzo ruchliwy - najpierw szkolenie w Krakowie, potem warsztaty w Monachium. Małż parska na mnie gniewnie uważając że przesadzam z zawodową aktywnością. Ale gin wyraził oficjalną zgodę więc parska cicho...na początku może liczył że zrezygnuję i przez ciążę będę kurą domową, ale chyba szybko się przekonał, że w moim przypadku to na nic.

Mięso nadal NIET.

wtorek, 11 stycznia 2011

Idzie NOWE...

Sylwestra spędziłam w przysłowiowych kapciach. Niespecjalnie mnie to obeszło, bo juz o ósmej zaczęły mi sie zamykać oczy i siłą zwlokłam się obserwować nadejście tego nowego, przełomowego roku. Wszystko jest fajnie, ale...nic nie czuję. Żadnych objawów, żadnych zmian, dolegliwości. Czasem mam wrażenie, że przywidziała mi się cała końcówka roku ;-). A jednak USG potwierdza 9 i pół tygodnia. Młode rozrosło się z 1 cm do prawie trzech...niedługo przestanie przypominać tego uroczego robalka.

Gwałtownie zaczęłam odczuwać potrzebę pogłębienia wiedzy. Błyskawicznie obrosłam w poradniki, instruktaże, tygodniki i miesięczniki bez których żadna przyszła matka funkcjonować nie może. Połykałam przez tydzień, potem mi troche odeszło. Poza tym ciągle chce mi się spac i każda, najciekawsza nawet lektura błyskawicznie wywołuje napady ziewania :).

W otoczeniu największą sensację wzbudza zmiana upodobań żywieniowych - dziwne, bo ja sama w ogóle nie zwróciłam na nią uwagi. Wydawało mi się naturalne, że smakują mi jogurciki, twarożki i owocki...dopiero inni zwrócili mi uwagę, że nie mam ochoty na mięso. Ja - dzikus leśny, wielbiciel mięsa pod każdą postacią. A mnie się po prostu nie chce i wcale tego nie zauważyłam.

Tymczasem nadszedł czas na wykonanie dziesiątków badań...gin chce wiedzieć WSZYSTKO. dodatkowo, ze względu na toczącą mnie od przeszło 12 lat niedoczynność tarczycy do listy życzeń dołączyła sie pani endokrynolog. W konsekwencji przewiduję stratę kupy kasy i co najmniej litra krwi żeby oboje zadowolić. Ale czego się nie robi dla maleństwa...pod koniec stycznia dokładne USG...rrany, to już będzie koniec trzeciego miesiąca!!!