sobota, 28 stycznia 2012

seriale, ach seriale :)

Zaproszona przez Paulę, Agnieszkę, Niezłą żonę i Mamę ziarenka dołączam do zabawy :)


Chwilowo w porze ostatniego wieczornego karmienia, przyznaję bez bicia, łapię wszystko co na moich pięciu kanałach nadają w okolicach dwudziestej :) Ale z tak zwanych dawnych czasów mam kilka swoich ulubionych tasiemców...

1. Kochane kłopoty - ciepło, śmiesznie i jakoś tak wciągająco. Oglądałam zmagania z życiem fajnej matki, co ma fajną córkę i myślałam sobie, że też kiedyś taką fajną mamą będę i z moją (cudownie fajną oczywiście) córką będę miała podobną, bliską relację.

2. Ally McBeal - neurotycznie i cudacznie:) Ale ja uwielbiam filmy o wariatach...
3. Czterej pancerni i pies - tiaaa, wiem ale nic na to nie poradzę :P Oglądałam pasjami i dalej oglądam jak lecą powtórki. Takie moje nieszkodliwe zboczenie... może przez psa?





No dobrze, to skoro już się przyznałam, niech przyznają się i Mtotowangu, Zezuzulla, a.pe, Clatite i Evelio... chyba, że już to zrobiły a ja przegapiłam :)))





wtorek, 24 stycznia 2012

Yes! Yes! Yes!

Cytując klasyka :) Udało się i lewa dolna jedynka ujrzała wczoraj światło dzienne... prawa dolna "spuchła" więc pewnie jakiś czas nie zaznamy spokoju ;) Swoją drogą niesamowite...nie tak dawno ledwo co widziałam ręce i nogi na USG a teraz proszę - PIERWSZY ZĄB!

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Hakuna matata...

..."don't worry be happy" i "always look on the bright side of life". To tyle mojego motta na bury poniedziałek po kolejnej nieprzespanej  nocy.








PS. A tak! Ząbkujemy dalej... i dalej bez widocznych efektów ;)

czwartek, 12 stycznia 2012

Idzie nowe :)

Tyle nowego wydarzyło się przez ostatni miesiąc w życiu mojej córki… jak grzyby po deszczu, zupełnie znikąd pojawiły się zupełnie nowe, nieznane dotąd miejsca, przedmioty, . Na przykład duża wanna, w której można dosłownie ganiać dmuchanego wieloryba. Ruchliwe żyrandole. Olśniewające lustra. Zadziwiające codzienne przedmioty – pachnące kremy, kolorowe  długopisy, szeleszczące gazety, pełen tajemniczych przycisków pilot… wszystkiego trzeba dotknąć, chwycić, upewnić się że faktycznie jest – najlepiej organoleptycznie :) Jeśli poza zasięgiem małych rączek można, a jakże, przeturlać się, powyginać, zawalczyć o odległość ruchem robaczkowo-pełzającym zadziornie wypinając do góry cztery litery. Można też głośno krzyknąć na przedmioty udające niedostępne … Łe! Młeej! Memememe! Ghhugu!  A nuż się przestraszą?  Można mamie pogadać na ucho, może podsunie pod łapki coś ciekawego. Można się w to ucho wgryźć… albo w szyję… albo w sweter… w ramię – cokolwiek byle pospieszyć wydzierające się spod dziąsełek ząbki. Żeby jeszcze potrafić usiąść  :)

środa, 11 stycznia 2012

noworoczna refleksja

Ostatni dzień w roku jest dla mnie zawsze czasem podwójnych podsumowań. Tego dnia kilkadziesiąt (!?!) lat temu rodziłam się w bólach piekielnych – tak twierdzi moja mama. Każdy Sylwester jest więc nie tylko okazją do przemyślenia mijającego roku ale też ciągle od nowa podejmowanej próby zestarzenia się z godnością ;))) 2011 był całkowicie wyjątkowy przede wszystkim dla mnie, jako kobiety. Kiedyś, jeszcze za czasów liceum po cichutku myślałam sobie, że chciałabym zostać mamą przed trzydziestką. 17 grudnia 2011 zrobiłam test, ale dopiero po nowym roku dotarło do mnie, że mi się spełniło… na ostatniej prostej ;) Był więc 2011 rokiem spełnionych marzeń, bo marzyłam na potęgę i kilka naprawdę ważnych kwestii porozplatało się nieomal magicznie. Był to też rok oczekiwania, planowania i dalszego ciągłego marzenia – żeby miał co przynieść i rok następny. Ciążę i całą masę emocji  jaką ten okres mi przyniósł opisywałam już wielokrotnie, magię porodu zastąpiła prozaiczna cesarka… a to, co potem nawet mi się nie śniło :) Zastanawiałam się wraz z wejściem w nowy Rok, co z tych pierwszych miesięcy życia Luśki zostanie we mnie na zawsze… o czym będę opowiadać jej samej i innym oczekującym maleństwa? Nie dosypiam, ale o dziwo posiadanie takiego maleństwa nie kojarzy mi się z bezsennością. Ja jestem senny niedźwiedź, mogę spać wszędzie i ile wlezie… dopóki nie zadzwoni budzik  a jakoś cały czas mam wrażenie, że wcale nie jest tak źle z tym nie spaniem. Piszę o dziwo, bo to w zasadzie najczęstsza z opinii, jaką sama słyszałam czekając na poród: „wysypiaj się, bo potem to nie pośpisz”. „Małe dziecko = oczy na zapałki”  :)))))  Najważniejsze, co mi w głowie zostanie to chyba przetasowanie priorytetów. Jako spełniona, aktywna zawodowo kobieta naiwnie sądziłam, że dziecko „dopełni” moje życie. Że do tego wszystkiego co mam dojdzie wreszcie to co najważniejsze. Ale nie przewidziałam, jak BARDZO to będzie NAWAŻNIEJSZE. Że absolutnie wszystko inne zejdzie na plan tak daleki. Że poza byciem mamą wielu rzeczy w tym pierwszym okresie zwyczajnie nie widać i nie słychać, a o tym co widać po prostu nie chce się myśleć. Więc ten totalny przewrót mnie zaskoczył. I poczucie związania totalnego. Pomijam już fakt, że w początkowym okresie, kiedy czujesz się jak jeden wielki cyc nie da się wybyć nigdzie na dłużej. Mam na myśli raczej ten stan, kiedy mogłam sobie spokojnie wyjść i wszędzie gdzie tylko się wybrałam towarzyszyła mi Luśka w setkach myśli. W basenie, w saunie, na zakupach – z głową pod wodą, w obłokach pary, w tłumie ludzi… ciągle myślę o niej. O tym jak sobie radzi, czy tęskni, czy zaśnie, czy zje. Wiem, że jest pod najlepszą (tatusiową) opieką i wszystko na pewno jest jak trzeba, ale i tak myślę ;) Powrotu do pracy na pełne obroty w tej sytuacji w ogóle sobie nie wyobrażam, muszę chyba poprosić o jakiś okres ochronny.  Zapamiętam oczywiście kolki i to uczucie bezradności, kiedy dziecko płacze a ja nie wiem dlaczego albo wiem i  nie potrafię pomóc. I dumę rozpierającą każdą komórkę ciała, bo oto MOJE dziecko: wodzi wzrokiem, odwraca główkę, uśmiecha się, przewraca na brzuszek, wyciąga rączki i tak dalej… i dalej… i dalej ;) Nigdy wcześniej tak często  nie byłam dumna. Z nikogo. I nigdy wcześniej tak często się nie wzruszałam. Wiele kwestii z pewnością  z biegiem miesięcy uleci mi z pamięci, ale dziesiątki sytuacji zapamiętam do końca życia. I oby każdy następny rok przynosił tyle samo chwil godnych zapamiętania :-D

PS. na ustosunkowanie się do powyższego zdjęcia z pewnością zabrakłoby mi emocjonalnych wykrzykników więc się wstrzymam :))))))

niedziela, 1 stycznia 2012

krajobraz po bitwie

Wielką bitwę stoczyliśmy w ostatnich tygodniach na naszym rodzinnym poligonie. Wrogiem oczywiście mikroby bezwzględne, miejscem bitwy – szpital, niestety :( Walczyła Luśka dwa tygodnie, a my z Małżem staraliśmy się jej towarzyszyć i oczywiście liczyliśmy straty. Teraz kiedy znów bezpiecznie okopaliśmy się na z góry upatrzonych pozycjach mam chwilę, żeby zdać relację z zupełnie nie-mikołajkowych początków naszego grudnia… siadłam przed białym ekranem, spojrzałam na migający kursor i nie doznałam nagłego napływu weny. Po prostu nie wiem jak to wszystko ugryźć. Niech więc będzie po kolei… zaczęło się niby niewinnie od zielonej kupy w niedzielny poranek.  Wydarzenia toczyły się jednak na tyle dynamicznie, że dzień kończyliśmy z bilansem dziesięciu kup i jednych nocnych wymiotów. Nie było na co czekać, Luśka waży ledwie 6,5 kilo… przez krótką chwilę w głowie zakołatało mi się, że może przesadzam i panikuję, ale na odwrót było już za późno. Lekarz w ambulatorium nie pozostawił wątpliwości wypisując skierowanie do szpitala. Małż został wysłany po rzeczy, bo mimo szybkiej reakcji w głębi duszy miałam nadzieję, że może to nic poważnego i puszczą nas z powrotem do domu. Siedziałam z małą czekając na kolejnych lekarzy (po co dziecko jest oceniane przez czterech różnych lekarzy pozostaje tajemnicą do tej pory) i łzy jak groch ciekły mi po twarzy z bezradności. Młoda w niezłej formie, chociaż bledziutka, trochę zaskoczona całym tym zamieszaniem, jakby lekko nieobecna i wyciszona... a może za słaba żeby płakać. Dzielniej niż ja zniosła kłucie w poszukiwaniu cienkich żyłek i na pewno znacznie lepiej przespała tę najgorszą bo pierwszą noc. Podłączona do kroplówki tylko raz obudziła się na karmienie a ja na rozłożonej w pośpiechu polówce trzęsłam się całą noc z zimna… albo z nerwów. Najmniejsze westchnienie podrywało mnie na nogi i do łóżeczka, sprawdzać. Do rana zeszły dwie kroplówki, ale dopiero od poniedziałku biegunka rozkręciła się „na dobre”. Ciężko mi nawet opisać własny strach na widok ciągłych wysiłków młodej, z których niewiele wynikało. A kiedy pojawiła się krew na chwilę wpadłam w panikę. Szczęśliwie naprawdę paskudny stan utrzymał się tylko jeden dzień a potem było już lepiej. Trzeciego dnia włączyli antybiotyk… 10 dni. Dziesięć dni na oddziale zakaźnym oznaczało totalne zamknięcie – bez możliwości głupiego spaceru po korytarzu. W sali trzy na trzy dwa dziecinne łóżeczka i dwoje dorosłych, w ciągu dnia na krzesełku, w nocy na polówce. W sali o przeszklonych ścianach kursując w tą i powrotem, oglądając inne chore dzieci i ich rodziców na ich krzesełkach… jak w akwarium. Poza przeszklonymi ścianami oszklone drzwi łazienki i brak prysznicowej zasłonki… dodać ze dwie kamerki i prawie BigBrother ;))))) Luśka bez codziennych spacerów, całe dnie jak nie w łóżeczku to na rączkach. Z tymi rączkami walczymy zresztą do tej pory, z różnym skutkiem. Leki co 6 godzin, więc dodatkowe nocne wybudzanie ( też trwa do dziś), co trzy dni przekłuwanie wenflonu – mnóstwo szpitalnych atrakcji. Dla mnie największym problemem, poza oczywistym syndromem klatki, było znalezienie sposobów na zabawienie młodej. Pokój obchodziłyśmy w każdą stronę – widok z okna porażający, na kolejną bryłę szpitala, naklejki na szybach - sztuk dwie -  omówiłyśmy setki razy , książeczki, zabawki, obrazki… i tak w kółko. Kiedy nas wypuścili przez pierwsze dwa dni czułam się co najmniej dziwnie. Teraz powoli wszystko wraca do normy, walczymy ciągle z nocnym wybudzaniem – Luśka zaczyna płakać znienacka, przez sen. Ciężko ją wtedy utulić, cacuś oczywiście pomaga, ale ileż można. Tym bardziej, że potrafi budzić się co pół godziny. O ciężko wypracowanym przed szpitalem zasypianiu w łóżeczku nawet nie ma co myśleć – śpi na mnie, w najróżniejszych pozycjach, nieważne gdzie, byle nie sama. Z każdym dniem jest trochę lepiej, ale mam wrażenie jakbym się cofnęła co najmniej z miesiąc i zaczynała wszystko od nowa. Na szczęście zdrowotnie Luśka znowu jest modelowa – największe zmartwienie za nami, do reszty spokojnie dojdziemy… krok po kroku w nowym roku :)