wtorek, 31 grudnia 2013

Mija :)


Nieodwracalnie i niezaprzeczalnie. Ważny był. Pełen niespodzianek i spełnionych obietnic. A także tych niespełnionych... nieważne. Nie lubię podsumowań - co się nie spełniło ma czas w nadchodzącym roku. Całe mnóstwo świeżego, czekającego na wykorzystanie czasu. Zupełnie świadomie zamykam więc drzwi i całą sobą wchodzę w Nowy Rok.

źródło


Zastanawiam się nad manifestem Noworocznym. Tyle bym chciała od tego roku - spełnionych marzeń, wyśnionych snów, zrealizowanych planów, słusznych założeń, wiekopomnych chwil... jednak przede wszystkim mam plan. Będę żyć lepiej - robić to co kocham i cieszyć się chwilami, które rozgrzewają moje serce. Rozsiewać radość zamiast malkontenctwa. Akceptować siebie i tych, których kocham. Nie szukać dziury w całym. Tak. Jestem gotowa :D

wtorek, 24 grudnia 2013

Wymarzonych Świąt!

Nasze pierwsze Święta w NASZYM domu. Pierwsza choinka stanęła w kącie pokoju wcześnie i już od tygodnie, ozdabia, tworzy nastrój, łagodzi i uspokaja. Luśka sama ubierała - nawet czubek zamontowała z wysokości tatowych ramion :) Piękna?


W momentach przedświątecznego wyciszenia, stworzyłyśmy wspólnie waciane bałwanki - w prezencie dla dziadków. Pomysł podpatrzony u Agnieszki i Adasia bardzo się Luśce spodobał i jak rzadko dotrwała do samego końca zabawy.


Ostatnie dni upłynęły nam na sprzątaniu i pichceniu. Piekłam z zapałem, a co upiekłam ozdabialiśmy wspólnie.
Oto Luśka z piernikowym pozdrowieniem :D


 Teraz pozostaje nam jedynie odprasować się i grzecznie czekać na początki świętowania.

Czekające nas Święta po raz kolejny będą wyjątkowe bo znów, jak trzy lata temu kiedy zaczynałam pisać bloga, czekamy na kogoś nowego :) Będą to więc dla nas dni wypełnione radością, oczekiwaniem i nadzieją. To dobra wróżba na Nowy Rok :)

I tego samego życzymy Wam wszystkim
Nadziei.
Spokoju.
Radości z chwil, którymi możemy się cieszyć tylko teraz.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Nie do wiary!

Jestem... w siódmym miesiącu. Niewiarygodne! Czasem zastanawiam się, jak to się stało. Nie sam fakt znalezienia się w ciąży - przy tym byłam i z racji zawodu teorii też co nieco liznęłam... ale jak ten czas szybko minął. Minął i nie wróci, co coraz częściej odnotowuję z żalem, bo lubię być w ciąży. Nawet z dolegliwościami męczącymi od początku, po prostu fajnie jest :) Zupełnie inaczej mijają mi te ciążowe tygodnie. Na pewno mniej o siebie dbam i słabiej się o siebie troszczę. Kiedy byłam w ciąży z Polą miałam mnóstwo czasu na myślenie wyłącznie o sobie i noszonym pod sercem dziecku. Sporo czasu spędzałam zastanawiając się, jak też 'ono' wygląda, jakie będzie, jak mija mu czas tam w środku. Wstając rano planowałam dzień tak, żeby znalazł się czas na zdrowe jedzenie, na długi spacer... i tak dalej. Teraz zostało z tego prawie nic. Trzymam dietę ze względu na cukier, to tyle. Kursowanie między żłobkiem a pracą i znów żłobkiem wymaga samochodowych rajdów, o długich spacerach zapomniałam. Dzień się niemiłosiernie kurczy, cała energia popołudniowa kanalizuje się w trosce o starszą latorośl. Krótkie chwile refleksji z dłońmi na brzuchu zdarzają się właściwie dopiero późno wieczorem, w łóżku... i z tymi myślami często zapadam w morze niespokojnych snów. Tym bardziej, że ostatnie wydarzenia solidnie mnie wystraszyły. Przybierające na sile kopniaki odnotowuję z ulgą, ale brakuje w odczuwaniu tej magii i poczucia niezwykłości, choć przecież drugi cud jest cudem tak samo jak pierwszy...
Nie spędzam godzin na robieniu planów i zastanawianiu się czy będę dobrą matką. Nie, żebym była taka pewna siebie - po prostu myśli zajmują mi sprawy tak zwykłe i prozaiczne, że na wyższe loty pary w skrzydłach nie starcza :) Jest tak inaczej, że momentami wydaje mi się, że wcale nie jestem w ciąży, zrobiłam się 'tylko' strasznie gruba. I strasznie, to trafne określenie - brzuch zrobił się porównywalny do Luśkowego lokum jakoś tak w 38 tygodniu (?!?). Na szczęście Drugi Potomek skutecznie przywraca mnie do rzeczywistości a i, nie zdająca sobie za bardzo z powagi sytuacji Pola, potrafi zadziwić i rozczulić. Wczorajsza rozmowa przed zasnięciem:
-Mamo, a tym masz serduszko?
-Mam kochanie :)
-a tam gdzie serduszko masz dzidzię?
-prawie dokładnie tam.
-dzidzia pukała do Poli, wiesz?
-wiem kochanie, do mamy też czasem puka.
-Pola zapuka do dzidzi, dobrze?
-zapukaj, jasne :))
Puk, Puk
-dzidzia, to Pola puka...Kocham cię.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Spóźniony Mikołaj

Szaleńczo nam się opóźniły wymiankowe Mikołajki :( Winna temu poczta polska i perturbacje zdrowotne naszego dwupaku. Drugi Potomek zastrajkował w ubiegłym tygodniu przeciw nadmiernemu tempu życia i skończyło się szpitalem. Szczęśliwie poważniejszych konsekwencji nie było, ale zdążyłam najeść się strachu. Paczka z Mamowo-Blogowej Wymianki Mikołajkowej też dotarła do nas nieco opóźniona, tak że udało mi się ją odebrać dopiero po szpitalnych wojażach. W tym roku dostałyśmy cudowną paczkę od organizatorki zamieszania, czyli Agnieszki :)


Radości przy otwieraniu było mnóstwo, bo paczka solidnie i pięknie zapakowana. A ile szczęścia na Luśkowej Buźce wywołała wiadomość, że Mikołaj zostawił specjalnie dla niej paczkę u pani na poczcie!!!
Wypakowywała więc Młoda Dama i rozdzielała (prawie) sprawiedliwie :D Słodkości paczkowe były oczywiście wszystkie dla Poli... Małżowi udało się wykraść jedynie rewelacyjne śląskie Kopalnioki - chyba dlatego, że opakowanie było czarne ;P Teatrzyk paluszkowy w użyciu nieustannym, sam pomysł wykorzystania własnej ręki do zabawy okazał się trafiony w 10. Najgorzej na tym biznesie wyszłam ja, bo okazało się że lakiery do paznokietków też przecież dla Poli... i kremiki... i wszystko! A dla mamy? Kartka mamo dla Ciebie! Piękna kartka, samo robiona :)

Agnieszko! Dziękujemy bardzo za przepiękną paczkę mikołajową i za zorganizowanie naszej trzeciej (oby nie ostatniej) wymianki :)))))))

czwartek, 5 grudnia 2013

Hello December

Niepokojąco wpadłam w rytm comiesięcznych wpisów i chociaż wstyd mi za każdym razem kiedy zaglądam do Was, nie bardzo wiem jak ten stan zacofania postowego zmienić. Codzienność pożera - niezauważalnie, po cichutku ale nieubłaganie. I każdego wieczora okazuje się, że znów całe stadko spraw ważnych i ważniejszych ukryło się przede mną. Nie ogarniam... przerażają mnie naukowe zaległości, z których muszę wybrnąć przed porodem. Większość 'wolnych' popołudni i wieczorów spędzam w laboratorium goniąc w piętkę i ciągnąc za uszy kilka "megaważnych" projektów - wydaje się że bez szans na sukces. Pozostały czas poświęcam Luśce, która po żłobkowych szaleństwach jak nigdy wracając do domu garnie się do przytulania i szeptania w uszko. Te wieczorne chwile turlania się w pościeli i opowiadania sobie rzeczy przeróżnych są dla mnie niezwykle cenne bo koją całodniowe bóle i żale. Żałuję tylko że tak krótko trwają. I ciąża się gdzieś w tym wszystkim gubi. Czasu na zastanowienie, czy nawet przezbrzuszne pogaduchy z Drugim Potomkiem brak - kiedy już runę do łóżka jak ścięta kłoda, zasypiam w ciągu dziesięciu sekund :) Na szczęście według comiesięcznych wizyt lekarskich wszystko jest tak, jak być powinno. Poza cukrzycą, z którą chyba znowu przyjdzie mi walczyć choć nie wiem jeszcze jaką bronią - się zobaczy :/ Rośniemy sobie stopniowo i bez szaleństw, ale stale. Termin wciąż na 13.03. Nawet nie zauważyłam andrzejek, początek grudnia też mi jakoś umknął. Mam nadzieję, że Świąt nie przegapię ;P
Czasem w gonitwie myśli pojawiają się te kraczące: " i po co mi to było?", "źle mi było z jednym?", "jak ja sobie poradzę w tym nieuchronnym wariactwie, które mnie czeka?". Myśli jest dużo... Za dużo. Idę wziąć się z życiem za bary :D

źródło: http://tadams4u.wordpress.com/2012/10/01/im-lost-and-confused/