Posty

hu hu ha!

Obraz
My się zimy nie boimy :D Żal tylko że warmińska zima taka była krótka i coś wrócić nie chce... ale udało nam się zaliczyć jednorazowe sanki i kilkanaście śnieżnych spacerów. I kilka lodowych ślizgawek. I jedną widowiskową lodową glebę (w tym widowisku główną rolę grałam niestety ja). Luśka uwielbia zimę a my uwielbiamy Luśkę :D

Ufff!

Gdybym, tak skwapliwie jak kłamliwie zarzekała się, że jesteśmy przeprowadzeni, z pewnością grom sprawiedliwości szybko by mnie do rzeczywistości wrócił. Więc nie będę, choć korci mnie bardzo :D Ale jestem. W zupełnie nowym miejscu, z masą zupełnie nowych przemyśleń… na masie worków i pudeł przynajmniej miesiąc jeszcze. Ach, gdyby tak ciocia z Ameryki, po nieznanym krewnym spadek albo choć Totolotek prozaiczny!   Nadzieje płonne- zimna kalkulacja szans na wygraną w porównaniu do szans rażenia piorunem   bezlitośnie przemawia za tym drugim. Wobec tego nasz własny kawałek podłogi pół-trwale zaściela „dobytek” – skąd ja tyle tego nabrałam?!? Kilkukrotnie sprawdzałam podczas pakowania podejrzewając, że owe worki i kartony rozmnażają się po kryjomu i poza wszelką kontrolą… niestety okazało się, że nie spakowałam sąsiadów a wszystko co teraz zalega pod ścianami należy do nas. Czekamy na szafy. Ja z narastającą frustracją, Małż z filozoficzną rezygnacją i Pola z nieświadomą acz wido...

Wiszę...

… absolutnie bez poczucia równowagi i twardego gruntu pod nogami. Wiszę i dyndam niebezpiecznie raz po raz trwożnie zerkając w dół. Gdzieś z zakamarków pamięci, mgłami otulone, wyłania się niezwykle przyjemne uczucie, z którym ładowałam się w górę i w górę… a teraz dyndam.   Bezsennymi nocami zastanawiam się, kiedy zaszwankowały moje wewnętrzne ABSy i straciłam kontakt z twardą ziemią. Remont, przeprowadzka, notariusze i prawnicy, urzędnicy i pomocnicy, potężnej mocy wichry zawodowe, tymczasowy dom zaduszony pod stertą wiecznie zbierających się rzeczy…   h.e.l.p. Luśka skutecznie przywraca mnie do świadomości i dla niej skupiam wszystko w sobie, żeby w tej drogi nie wypaść i gdzieś w środku szaleńczych zakrętów spróbować jednak złapać przyczepność. Tymczasem jednak nie ma mnie, głównie ze względu na poważne niedobory internetowe – a te rozwiążą się pewnie dopiero po przeprowadzce… czyli w grudniu, jeśli mnie do tej pory szlag jasny nie trafi. Wybaczcie mi moją/naszą chwilowa ...

Ja się stąd wynoszę...

... powiedziałam do Małża kiedy po raz kolejny zepsuł się następny  'świeżo naprawiony" kran w naszym wynajmowanym 'm'. I słowa dotrzymam, a jakże! I to już niedługo :D Zabiorę ze sobą wspomnianego wyżej, ukochane dziecię, najważniejsze tobołki... i pójdę sobie, zostawiając walące się meble, śmierdzące rury, cieknące krany, zimne betonowe podłogi i kraty w oknach. I będę w końcu swoje gniazdo wić :D Na razie wije developer, który etap wykończeniowy nieco przeciąga, ale już koniec widać i jest swiatełko w tunelu. I nie zniechęca mnie nawet wieloletni cyrograf podpisywany kilka miesięcy temu z suchością w gardle :) Bo w końcu będę miała DOM. Swój kawałek podłogi, swoją przestrzeń. Która będę mogła urządzić po swojemu, a kiedy przyjdzie mi ochota zamknąć przed obcym okiem, uchem i obecnością...mhhmm... i światło będę miała - dużo światła. I balkon. I piwnicę (jak to małe rzeczy cieszą człowieka). I pięknie będzie... jak tylko wcisnę temat urządzania i dekorowania p...

Uczę się... niestety na błędach :(

Obraz
Cisza u nas była ostatnio, bo i wakacyjnych wyjazdów i wydarzeń krew w żyłach mrożących zdarzyło się kilka, wiec do pisania nie miałam głowy. Plus to, że wstyd mi było okropnie... ale rady nie ma, ku przestrodze  i na przyszłość, kiedy Luśka zapyta skąd u niej na ciele te wątpliwej urody pamiątki. Dla potomności zostać musi. Zdarzyło się, a jakże, w samym środku urlopu. Co więcej, urlop był w samym środku lasu. Z jakby tego było mało, na scenie wyłącznie mama (czyt. ja) i Luśka, jako że Małż z samego rana pojechał do pracy. koniec lata w pełni, cudowna pogoda - ciepełko, słońce i luz. Luśka rozochocona leśnymi wczasami, dotleniona po uszy, po lesie wyhasana, w jeziorze wypluskana tak, że aż dziw bierze, że jej się kolorki nie zmyły :) Jednym słowem pięknie. I przylazł pech. Przypełzł gadzina po cichutku, w ukryciu przyczaił się i czekał... Sprawczyni dramatu (niestety, w tej roli ja) wymyśliła piknik. Uroczo miało być, na łączce wykoszonej, zieloniuchnej, blisko wody a jednocześn...

Ładujemy akumulatory

Obraz
Powakacjowałyśmy sie trochę z Luśką ostatnimi czasy, więc nie było nas widać. Ale starałam się bywać u Was regularnie, chociaż nie zawsze jest czas na pozostawienie po sobie przyzwoitego śladu. Przyczyny takiego stanu są dwie: po pierwsze dziecko, a po drugie...yhm, w zasadzie też dziecko :D Luśka przez ostatnie dni zajmowała mnie dokumentnie, a że przy okazji swoich zabaw raczyła tajemnym klawiszowym skrótem usunąć w kompa kartę sieciową, dostęp do strefy blogowej mam tylko przez tel. (a ja się broniłam przed smartfonem - silly me! ). Porządku z kartą sieciową nie udało mi się zrobić do tej pory więc możliwości pisania mam mocno ograniczone. Małż niestety pracuje więc pierwszą część urlopu spędziliśmy w miejscu zamieszkania - bo że w domu nie można powiedzieć. W ogóle ostatnio większą część każdego dnia spędzamy na powietrzu... Pola zaprzyjaźniła sie z własnymi stopami i te nie przeszkadzają jej już w chodzeniu. Ba! w bieganiu nawet :D Biegamy więc sobie - ona w sobie tyl...

rok i cztery... dni

Obraz
Impreza "roczkowa" Luśki odbyła się. W minioną niedzielę. Hucznie bardzo - nad miastem przeszła burza roku, fundując nam fanfary i "flesze" :D Matka (czyt. Ja ) wysiłek poczyniła i tort upiekła, czego dowody zamiesza poniżej :P Tort był w całości śmietanowy i nadziany wszystkim owocowym (no, może nie wszystkim...były maliny, jagody, borówki i winogrona). tort w tzw. połowie drogi. Kasztelan dla matki, na wypadek porażki i po ukończeniu :) Urodzinowej królewnie tort bardzo smakował. Sukience też :D na zdjęciu z matczyną siostrą, łaskawą karmicielką  Po konsumpcji tortu z królewny zostało niewiele, ale za to było dziecko szczęśliwe a to ważniejsze niż każda kreacja :D