Coś optymistycznego
Naszło mnie dzisiaj na rozważanie ostatnich dziesięciu dni. A że nasza Pchełka (vel Małpka, vel Pola) łaskawie postanowiła przespać całe popołudnie, mogę sobie pomyśleć i popisać. Żeby nie było – to nie będzie smutny post, chociaż początkowo może się tak wydawać :) Niespodziewana cesarka, mimo zaplanowanego i tak chcianego naturalnego porodu stała się we mnie wyzwalaczem smutku. Wiadomo, dla dobra maleństwa wszystko – nie chodzi o to, że żałowałam. Ale wtedy pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że widać jestem za słaba skoro nie dałam rady urodzić sama. Głupie, ale czasem na myśli kwitnące pod czaszką mamy znikomy wpływ. Mimo wszystko jednak szpital zapewnił mi czterodniową dyspensę od matczynego lęku. Codziennie rano przychodzi ktoś kompetentny, ogląda maleństwo i mówi – jest dobrze. Po powrocie do domu okazało się, że nikt na zawołanie nie oceni moich wysiłków i codziennie będę się zastanawiać, czy wszystko robię dobrze. Codziennie będę się bać… Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że m...